DO BOJU
WE ARE THE CHAMPIONS / AF BANEN
Przedmieścia Kopenhagi. Kiedy były zawodowy piłkarz Torben, obecnie bezrobotny i niedawno rozwiedziony, proponuje, że będzie trenować drużynę piłkarską swego trzynastoletniego syna, Dawida, chłopiec nie jest zachwycony. Drużyna jest na szarym końcu ligi, a poprzedni trener odszedł z niej, by trenować rywali. Zawodnicy i kierownictwo klubu poważnie wątpią w trenerskie umiejętności Torbena. Odtąd jego celem staje się zdobycie zaufania syna i mistrzostwa ligi.

Martin Hagbjer
Urodził się w Szwecji w roku 1973. W roku 1997 ukończył reżyserię w Duńskiej Szkole Filmowej. W latach 90. ubiegłego wieku pracował jako scenarzysta i reżyser przy produkcji filmów dla dzieci. Zrealizował Manden fra dybet (1997), We are the Champions (2005), Remix (2008).
Dania 2005, 90'
reżyser: Martin Hagbjer
scenariusz: Audrey Castañeda, Morten Dragsted
zdjęcia: Lars Beyer
muzyka: Martin Hagbjer
montaż: Marie-Louise Bordinggaard
obsada: Lars Bom, Camilla Bendix, Bjarne Henriksen, Claus Bue, Kristian alken
producent: Hülya Karaca
produkcja: Zeitgeist
właściciel praw: Danish Film Institute
nośnik: 35mm
![]() ![]() |
![]() |
"Komentujący Jan Ciszewski nie zapomniał powiedzieć, że sędzia spotkania pan Patrick Partridge jest z zawodu farmerem, ale o mnie nic nie mówił. Mała dziewczynka – dzisiaj ma ze czterdziestkę – wręcza tuż przed pierwszym gwizdkiem Mirosławowi Bulzackiemu kwiaty i nie są to kwiaty dla mojej matki. Jan Tomaszewski płacze w czasie hymnu ze wzruszenia, ale wzruszony jest stutysięcznym śpiewem, a nie wiadomością o moich urodzinach" - cykliczny felieton Adama Adamczyka. więcej
"Pisarze wobec futbolu. Negacje, irytacje, fascynacje"
Erotyzm futbolu, piłka nożna jako tworzywo poetyckie, poeta-chuligan... Katolicki Uniwersytet Lubelski zaprasza na konferencję poświęconą związkom futbolu i literatury (4-5 czerwca 2012). więcej
“Przelobować to zagrać tak, żeby piłka spadła bramkarzowi za plecami niczym liść jesienny, najlepiej klonowy, bo wirujący.”
Jerzy Pilch
Alexi Lalas
Słaba jakość krótkiego filmu nie pozwala dokładnie zorientować się, jak wygląda nocny klub muzyczny, który zwabił na gościnny występ prawie dwumetrowego rudzielca, z gęstą brodą i długimi włosami. Widzowie mogą odnieść wrażenie, że człowiek, który zaraz będzie śpiewał, nieco chowa się za swoim zarostem, dając do zrozumienia, że nie do końca czuje się na swoim miejscu. Ale oto rozpoczyna się piosenka i od razu rozpoznajemy nieśmiertelny standard. To „Johnny B. Good” z repertuaru Chucka Berry’ego. Ogromny facet podchodzi do mikrofonu i od pierwszych taktów nie mamy wątpliwości, że początkowe wrażenie było czystą kokieterią. Bo Alexi Lalas bez dwóch zdań umie śpiewać. więcej










