Strona główna > Wokół piłki
Kiks Garrinchy. Panowie od historii
Nie zdołamy zrozumieć momentów dziejowych w ewolucji jakiejś kultury, jeśli odłączamy je od całości, do której przynależą i umieszczamy na zewnątrz.
Émile Cioran
Co by było, gdyby?...
Co by było, gdyby wydarzyło się coś innego, niż to, co się stało naprawdę? Ustalanie alternatywnych ciągów zdarzeń i – co w tej zabawie najsmaczniejsze – wymyślanie ich konsekwencji, to jedna z rozkoszniejszych zabaw historyków, domorosłych i zawodowych. Co by było, gdyby Hitler wygrał wojnę? Co by było, gdybyśmy nie odparli spod Warszawy zarazy bolszewickiej? Co by było, gdyby w roku 1989 nie upadł komunizm? Co by było, gdyby było? A gdyby tak Bonaparte zagarnął w swoim czasie całą Europę? Czy Tołstoj napisałby „Wojnę i pokój” a Mickiewicz „Pana Tadeusza”? Tysiące podobnych pytań. Nie inaczej jest z historią sportu, nie inaczej w przypadku piłki nożnej.
Najłatwiej szukać alternatyw w sytuacjach boiskowych, tutaj czasem centymetry kreują rzeczywistość, niekiedy przypadkowe ustawienie stopy przy uderzeniu piłki czyni nieodwracalnym bieg zdarzeń. Choćby słupek Holendrów w ostatniej minucie mundialu w 1978. Kilkanaście milimetrów i nie byłoby mistrzostwa dla Argentyny. My też coś o tym wiemy, bo także w naszym, niczym relikwia strzeżonym przez zbiorową pamięć meczu na Wembley w 1973, boska fizyka kazała piłce kreślić zbawcze dla nas trajektorie. Ale takie cuda przynależą do natury naszej ukochanej gry. Są jej nieodłącznym elementem, co czyni ich cudowność najzupełniej normalną. Minęły na szczęście czasy, kiedy historię piłki współkreował rzut monetą, niczym w świecie starożytnego mitu – traf decydował o zwycięstwie i porażce, o życiu lub śmierci. Nam fortuna sprzyjała, gdy Stanisław Oślizło po słynnym trójmeczu z Romą wyciągnął dla Górnika Zabrze szczęśliwy los. Ale ostatecznie wprowadzono przepis z pomeczowymi karnymi, by historię tworzyli ludzie. I nawet Dariusz Szpakowski przestał już powtarzać, że „jedenastki to loteria”. Jednak powyższe to tylko skrawek, malusieńki urywek problemu.
Piłka nożna jest wszakże istotnym fenomenem społecznym, z dziesięciolecia na dziesięciolecie coraz bardziej docenianym, dzisiaj mało kogo wielkie widowisko futbolowe pozostawia obojętnym. Historia piłki, jej ewolucja w coraz mniejszym stopniu – jeśli jeszcze w ogóle – ma charakter idiomatyczny, niezależny od tego, co na zewnątrz, co wydaje się jej obce, przed czym zdajemy się zwyczajnie uciekać. Jest to zresztą tendencja na tyle silna, że może niepokoić – wtedy, gdy widzimy, jak całe tabuny koniunkturalistów wycierają sobie twarze tym, co jest naszą pasją. Ale z drugiej strony czujemy się w naszej miłości dowartościowani, mile się łechcemy – gdy rozprawiamy o piłce w kontekście kulturowym, społecznym, antropologicznym, a nawet – ale to już rzadko – politycznym.
W piłce fascynuje nas także to, że ze wszystkich sportów zespołowych jest dyscypliną najbardziej nieprzewidywalną, tutaj ewidentnie słabszy ma szansę na sukces. Łatwiej o sensację. Historia piłki zapełnia swe rozdziały niespodziankami, wymyka się racjonalnej ocenie. W tym jej piękno. Z drugiej jednak strony futbol przyciąga olbrzymie pieniądze, coraz większe. Reklamodawcy, sponsorzy, to wszystko z roku na rok pęcznieje, mnożą się wokół piłki znaki towarowe. Forsa wisi na każdym drzewku, na każdym krzaczku. Dla przykładu: już nie tylko sama Liga Mistrzów jest licencjonowanym znakiem towarowym, osobnymi znakami towarowymi stają się same finały, coś jakby towar w towarze. Nie łudźmy się, nie ma mowy o przypadku, tutaj nikt nie może sobie pozwolić na wpadkę, na sensację w dawnym stylu – wszystko musi się zgadzać! Dlatego władze światowej piłki, pomimo coraz silniejszych sprzeciwów i nacisków kibiców czy dziennikarzy, nie zobiektywizują sędziowskiego arbitrażu, nie wprowadzą elektroniki na stadiony, zapis telewizyjny nigdy nie będzie weryfikował wyniku meczu. Historia nie potoczy się własnym, sobie tylko wiadomym duktem. Nikt z tych panów nie pozwoli sobie na utratę kontroli. Sędziowie piłkarscy nadal będą współkreatorami wydarzeń – żeby tylko nie było przypadków! Wciśnie się raz po raz uwagę, ze ludzka omylność jest jednym z elementów uatrakcyjniających grę. Bo to w sumie prawda, podobnie jak zakamuflowany, sprytny faul albo boska ręka Maradony. I ja to nawet przyjmuję, ale wyłącznie jako rodzaj przyprawy delikatnie łamiącej smak. W niewielkich dawkach i gdy nie psuje wrażenia całości.
Pomyłki się oczywiście zdarzają, dodają rzeczonego smaku, ale na Boga – gdyby naprawdę chodziło o ich wyeliminowanie, władze piłkarskie wprowadziłyby elektronikę na stadiony, zamiast dwóch dodatkowych sędziów za bramkami. Tylko czy wtedy Barcelona zdobyłaby Puchar Ligi Mistrzów w sezonie 2008/2009?
To tylko jeden przykład z niedawnej historii, ale jakże wymowny. Nie myślę tutaj o zwykłej, banalnie pojętej korupcji, gdy jedni przekupują drugich. Jestem absolutnie pewien, że wszystko odbyło się poza wiedzą piłkarzy. Rzecz potoczyła się przy nieświadomości głównych aktorów, morze rozstąpiło się bez ich współudziału, przeszli ku ziemi obiecanej suchą stopą, a woda sama z siebie pochłonęła nielubianych i nie tak cennych... Myślę oczywiście o tym sławetnym rewanżu z Chelsea (6 maja 2009 roku), o trzech niepodyktowanych i ewidentnych karnych dla londyńczyków. Wtedy, kilka lat temu, oglądałem to na gorąco, a że od pamiętnego meczu z Lechem jestem dozgonnym kibicem Barcelony, nie dostrzegałem kłamstwa. A może widziałem, ale cieszyłem się, że po łapach dostaje Hiddink (za mistrzostwa świata w Korei i mecze z Włochami i Hiszpanią – jakaś sprawiedliwość dziejowa, jak to się mawiało w starych, a pięknych dla naszej ojczystej piłki czasach) i że w łeb bierze plan Abramowicza (kara za nuworyszowski całokształt). Mecz minął, potem Barcelona wygrała finał z Manchesterem, i jakoś się rozeszło po kościach.
W tym roku przyszły jednak mecze z Realem, w których obie drużyny wyrzynały się, przy czym Real karano jakby trochę mocniej. Mój kolega, wierny i długoletni kibic Królewskich, zaczął mi wykładać spiskową teorię, że mianowicie Barcelonie pomagają w wygrywaniu nie tyle przypadkowe pomyłki sędziowskie, ale celowe działania władz piłkarskich. To Barcelona i Manchester, a nie Real Madryt, są najpopularniejszymi klubami piłkarskimi tego najpiękniejszego ze światów. Co za tym idzie – tutaj jest największy pieniądz, największy zysk teraźniejszy i potencjalny. Koło młyńskie musi się prężnie kręcić, a pańskie oko nad tym wszystkim pilnie czuwać. I tuczyć złotego cielca.
Gdy to usłyszałem, w pierwszej chwili po prostu się obruszyłem. Jeszcze jedna, ukuta w gniewie, fałszywa interpretacja gołych faktów. Real po raz kolejny zebrał baty, a kolega był rozgoryczony. On mi wówczas przypomniał ten mecz z Chelsea. Obejrzeliśmy skrót internetowy. Nie miałem już żadnych wątpliwości – mecz wyglądał na mocno sterowany. I na koniec kołek osikowy, który wbił Iniesta. Na dokładkę kolega przywołał wydarzenie stosunkowo świeże, z sezonu 2010-2011, mecz z Arsenalem na Camp Nou. W pierwszym spotkaniu niespodzianka, 2–1 dla Arsenalu. W angielskiej bramce Maciej Szczęsny i nieśmiałe nadzieje przed rewanżem – może się uda! I nie było wcale tak źle, wynik wisiał na cieniuteńkim włosku. Aż do momentu, w którym van Persie zarobił czerwoną kartkę, co najmniej kontrowersyjną. W tym momencie mecz w zasadzie się skończył. Jeszcze raz powtórzmy – nie wierzę, że Hiszpanie wiedzieli o czymkolwiek, szczęście operowało wydarzeniami bez ich świadomości, ale po takich znakach musieli poczuć nienaruszalność, omnipotencję. Nad ich bezsporną klasą czuwały dobre duszki. Mecz z Realem był już wojną, podsycaną przez Mourinho, który o kreatywnej stronniczości sędziów mówił otwartym tekstem, czym skazał swój zespół na porażkę jeszcze przed wyjściem drużyn na boisko.
Pozostał niesmak, dla mnie tym większy, że jestem kibicem Barcelony i wiem, że mój kolega ma sporo racji, odbierając w jakiejś mierze Katalończykom prawo do bycia najlepszymi. Sprawa haniebna, zważywszy, że o tę pomoc – powtórzę raz jeszcze – nikt z otoczenia klubowego nie zabiegał. Przyszła z zewnątrz i wbrew woli zainteresowanych. Jest w sporcie, myślę o dyscyplinach kontaktowych, niepisana zasada, że tych najlepszych, grających najpiękniej, tych geniuszy, naznaczonych srebrnym pyłkiem wirtuozów, że ich traktuje się trochę łagodniej, z wyrozumiałością dla przewin, z tolerancją dla słabostek. Tu potraktowano tak całą drużynę.
Piłkę nożną kochamy i kochać będziemy. Oddajemy się cyklicznie emocjom, by uciec od brudu codzienności, od kłamstw, zawiści, niezdrowej konkurencji, pogoni za środkami utrzymania – w świat niczym nieskrępowanych, jak nas pouczają antropolodzy, pierwotnych emocji. I naraz konstatujemy, że to część tego, od czego chcieliśmy odpocząć. Dla mnie piłka nożna od zawsze miała twarz Pelego, strzelającego gola Włochom w Meksyku w 1970, bezzębnego Nobby Stilesa z Pucharem Złotej Nike, van Bastena strzelającego bramkę Dasajewowi podczas Euro’88. Widzę dziesiątki podobnie roześmianych twarzy. A dzisiaj? Pewnie, są zwycięstwa uczciwe. Ale dopóki arbitraż piłkarski się nie zobiektywizuje, dopóki do weryfikacji sytuacji boiskowych nie zostanie zaangażowany elektroniczny zapis obrazu, dopóty futbol będzie miał dla mnie nie do końca współczesną twarz. Oglądam Messiego, Cristiano Ronaldo, oglądam Rooneya, a myślę o Karolu Borowieckim, myślę o Morycu Welcie.
Adam Adamczyk
Ostatnia ilustracja przedstawia Pierre'a Simona La Place'a, patrona filozoficznego determinizmu (przyp. red.)
>>> KIKS GARRINCHY. NA CO DZIEŃ I OD ŚWIĘTA
>>> KIKS GARRINCHY. SUMA SZCZĘŚCIA I PECHA
>>> KIKS GARRINCHY. O KSIĄŻCE PIŁKARSKIEJ
>>> KIKS GARRINCHY. PIŁKARZE (NIE)LUBIANI
>>> KIKS GARRINCHY. TORT ŻAŁOBNY
>>> KIKS GARRINCHY. STUDIUM I PUNCTUM MUNDIALI
>>> KIKS GARRINCHY. GEORGIE BOY
Komentarze
Dodaj komentarz
*tytuł komentarza:
*treść komentarza:
Wielka Przygoda z Filmem - Życie i piłka
W Szkole Mistrzostwa Sportowego nr 2 w Poznaniu odbędzie się halowy mecz piłkarski, którego stawką jest - rola w filmie! więcej
Paul Gascoigne
Geniusz i błazen. Jeden z największych zmarnowanych talentów w historii angielskiego futbolu. Idol młodzieży lat 90-tych, zanim wpadł w kłopoty związane z uzależnieniami, był prawdziwą gwiazdą brytyjskiego sportu, ale także showmanem i … raperem. więcej










