Strona główna > Wokół piłki
Powrót Murasia. Oda (radość) kibica
Kilka dni temu wielu z nas było świadkami czegoś, co współczesnemu kibicowi piłki nożnej zdarza się bardzo rzadko. Widzieliśmy powrót piłkarza do swojej dawnej drużyny. W niedzielę, 20 lutego 2011 roku, na stadionie przy Bułgarskiej w meczu ćwierćfinału Pucharu Polski w drużynie Kolejorza znów zagrał Rafał Murawski. Wrócił. Wbrew wszystkiemu (współczesnemu postrzeganiu futbolu i wszystkiego wokół przez pryzmat forsy; wygasającej potrzeby identyfikacji piłkarza z jednym klubem, bo dziś chyba tylko kilku graczy w Europie tym się kieruje - myślę przede wszystkim o Stevenie Gerardzie i jego związku z Liverpoolem – na dobre i na złe…). Muraś porzucił rubinowe boisko w stolicy Tatarstanu, wrócił i zagrał cały mecz. Jedni mówią, że niczym szczególnym się nie wyróżnił, inni widzieli dawne zaangażowanie, serce do walki i od razu wychwycili ten niuans w obrazie gry Lecha, który nadaje facet uwijający się bez wytchnienia wzdłuż i wszerz przestrzeni leżącej między liniami obu pól karnych. Muraś wrócił.
Gdy odjeżdżał, lamentowałem, a żeby samego siebie przekonać, że nie jestem płaksą, wykoncypowałem to sobie wtedy tak:
Muraś odszedł z Kolejorza, bo jest piłkarzem romantycznym i musi szukać nowych wyzwań. Musi grać o inne, wyższe stawki. Także finansowe. Wyższa gaża – więcej do stracenia. Nie ma już Murawskiego w Lechu – zostają obrazki jego pracowitej krzątaniny, za pomocą której ustanowił silne chwile, jasne momenty. Może niezapomniane.
Teraz zaś dodam: Murawski wrócił do Poznania, bo jest romantyk i za nic ma przestrogi, by nie wchodzić dwa razy do tej samej rzeki. Powiecie, że wrócił, bo wynegocjował z zarządem niezłą kasę. Powiecie, że sam mówił, iż odchodzi z Kazania, bo trudno znieść mu rozłąkę z żoną i córką. Stwierdzicie, że inni też wrócili. Żurawski do Wisły, Wawrzyniak do Legii i jeszcze kilku rzuciło zachodnie kluby (w których mało grali, a Muraś przecie dość regularnie wychodził w pierwszym składzie Rubina). Mówcie sobie zresztą, co chcecie. Dla kogoś, kto doznał olśnienia w ostatniej, 120 minucie meczu Kolejorza z Austrią Wiedeń jesienią 2008 i zajarzył, czym jest prawdziwe kibicowanie, bo Muraś zapakował do bramki piłkę w momencie, gdy nie było już żadnej nadziei, otóż dla kogoś takiego przyjazd tego piłkarza ma tylko jeden, wyraźny, niczym nie zmącony smak. Słodycz i pikanterię radości. Dlatego pisze odę. Nie dlatego, by wierzył we wzniosłość dawnych ód Mickiewiczów i Naruszewiczów. Pociąga go raczej ich energetyczny ton, a jeszcze bardziej prawdziwe źródło ody – radość. To ona nakłoniła Friedricha Schillera do napisania ody do tej „pięknej iskry bogów”, a Beethovenowi kazała kantatą do jej słów zamknąć zwariowaną i piękną IX symfonię d-moll. Tak moi Państwo, jedni z nas przeżywają ekstazę radości w dostojnych murach filharmonii i w odświętnych ciuchach, innym potrzebne jest kilkaset metrów kwadratowych zieleni i wiara (tłum) w niebieskobiałych szalikach.
Asysta Murasia w ligowym re-debiucie w barwach Lecha:
Muraś wrócił i wdział koszulkę z jedenastką na plecach. Długo myślałem, co to może znaczyć, że będzie teraz numerem jedenastym. Jak odczytać ten szyfr na plecach piłkarza? Co tu ma do powiedzenia futbolowa Kabała? W sumie to proste. Zacznę wyliczać znaczenia, a Wy sami już to sobie pociągnięcie…
Jedenaście oznacza najpierw, iż Muraś jest integralną częścią boiskowego kompletu, że stanowi zwieńczenie kolejarskiej jedenastki. Bez niego była niekompletna.
Liczba Jedenaście składa się z dwóch jedynek. Jeden z jednym – futbol to gra jedenastu jedynek. Gra Murawskiego to afirmacja piłki nożnej jako gry zespołowej. Odebrać piłkę przeciwnikowi i obsłużyć podaniem kolegę z drużyny – otworzyć mu drogę do bramki; walczyć do końca o piłkę, która wydawała się już stracona; naprawić błąd kumpla, który stracił piłkę – oto są znaki szczególne stylu tego piłkarza.
Jedenaście, czyli jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.
Jedenastka stoi najbliżej dwunastki, a – jak powszechnie wiadomo – to kibice są dwunastym zawodnikiem w drużynie…
Muraś przyjechał. I co dalej? Może się to potoczyć tak, jak w balladzie Mickiewicza, z której pożyczyłem motto do ody. Może, o ile zgodzimy się, że na grę drużyn piłkarskich, na style poszczególnych piłkarzy wolno patrzeć, jak na literackie gatunki i konwencje. Ponieważ jestem przekonany o sensie takich analogii (no bo zobaczmy: Lech za Smudy grywał klasyczne tragedie /horrory/thrillery – jeśli ktoś woli filmowe skojarzenia/, a czasem dramaty romantyczne /cały stadion zwraca się do niebios o cud – i bywa wysłuchany/; w mistrzowskim sezonie pod wodzą Zielińskiego mieliśmy mieszankę eseistyki i epopei; na razie nie jest jasne, jakie środki wyrazu wykuje Bakero…), wracam do ballady romantycznej, bo w końcu powrót romantyka na poznańskie tory opiewam. Jeśli pod dziecięcych bohaterów Powrotu taty podstawić kibiców, to okaże się, że to oni w tej wiosennej rundzie będą mieli głos decydujący. Muraś (tato) jedzie – my skaczemy i wykrzykujemy na obrzeżach miasta. Na wracającego ojca czyha jednak u Mickiewicza wielkie niebezpieczeństwo. I wtedy żarliwa modlitwa dzieci (wiara kibiców) przechyla szale wagi… to już jednak inna opowieść i inny gatunek. My skaczemy i śpiewamy odę na powrót Rafała Murawskiego.
Jerzy Borowczyk
Komentarze
Dodaj komentarz
*tytuł komentarza:
*treść komentarza:
Wielka Przygoda z Filmem - Życie i piłka
W Szkole Mistrzostwa Sportowego nr 2 w Poznaniu odbędzie się halowy mecz piłkarski, którego stawką jest - rola w filmie! więcej
Paul Gascoigne
Geniusz i błazen. Jeden z największych zmarnowanych talentów w historii angielskiego futbolu. Idol młodzieży lat 90-tych, zanim wpadł w kłopoty związane z uzależnieniami, był prawdziwą gwiazdą brytyjskiego sportu, ale także showmanem i … raperem. więcej










