Strona główna > Wokół piłki
"Sztuka piłki prawdziwej". Rozmowa ze Stefanem Szczepłkiem (część II)
Po Kazimierzu Górskim nastał czas Jacka Gmocha [9]. Nie chcemy w tym wywiadzie robić chronologicznej pogadanki o historii polskiej i światowej piłki nożnej, ale postać Gmocha przywołać warto, nie tylko ze względów sportowych.
„Szach, mat, Gmoch” – tak nazwałem rozdział swojej książki. Nie bez powodów. Jacek Gmoch chciał uczynić z piłki naukę ścisłą. Problem nie w tym, że to robił. To było po prostu trochę za wszelką cenę. Dokonywał pomiarów, nurkował w statystykach, komputeryzował. Wprowadził psychologa, co pewnie było i słuszne. Ale zatrudnił też karatekę, by wzmóc agresję u piłkarzy. Organizował nocne mecze przy świetle jupiterów, by sprawdzać wytrzymałość zawodników. Miał nieograniczoną władzę, bo znał wielu możnych tamtego czasu, na przykład kierownika Wydziału Organizacyjnego KC PZPR Zdzisława Żandarowskiego. To otwierało wtedy wszystkie drzwi. Gazety i telewizja były po stronie selekcjonera. Napisał też książkę, w której wyłuszczał obiektywne i ścisłe powody sukcesów reprezentacji. Nazwał ją „Alchemią futbolu”. Fakt, że potencjał mieliśmy potężny. Trzeba to było jedynie potwierdzić na mundialu w Argentynie.
Rewers koszulki Micka Channona. Channon w słynnym meczu na Wembley był jednym z najlepszych piłkarzy angielskich. Nasi zawodnicy czerwoną ósemkę widywali zatem chyba częściej, niż herb na wierzchniej stronie.
Wyszło średnio.

Niestety. Trener zbyt dużo kalkulował, a piłkarze się kłócili, podejrzewali się wzajemnie o donosicielstwo. Deyna i Boniek w niezdrowy sposób rywalizowali. To nie mogło dać mistrzostwa, a na to liczyliśmy.
Mecz z Argentyną i wielka tragedia Deyny.
Najważniejszy mecz turnieju. Przepiękny w wykonaniu polskiej drużyny. Pokazaliśmy wielką klasę. Kocioł na stadionie w Rosario był niesamowity. I ta 38 minuta.
Jerzy Pilch napisał o tym karnym Deyny długi felieton…
Tak, chodziło mu o to, że to przecież nie był setny mecz Kazika w kadrze narodowej. Trąbiono o tym jubileuszu na okrągło. A to jeszcze kilka meczów. W związku z tym była olbrzymia presja. I Deyna się spalił. Pilch sugeruje, że gdyby to nie był jubileusz, gdyby nie wmówiono piłkarzowi wówczas tego setnego meczu, mogłoby to wszystko wyglądać inaczej. Strzelałby na luzie, albo oddał piłkę Bońkowi.
Zbigniew Boniek palił się do tego karnego…
Tak, rozmawiał o tym z Deyną przed samym strzałem. Chyba widział, że Kaziu nie jest tego dnia sobą. Sugestia Pilcha jest taka, że owa bomba z jubileuszem była dodatkowym odważnikiem przywiązanym do nóg Deyny. Ten karny to taki symbol całej polskiej gry w tamtym czasie.
Komputer nie odpalił…
Niestety nie. Nadszedł czas rozliczeń, totumfaccy odwrócili się od Jacka Gmocha, nie był już potrzebny. Wynik uznano za porażkę, w końcu balon napompowano do rozpuku. Gmoch zaryzykował bardzo ostrą grę, w kumpelstwo z władzą. A do takiego tramwaju nie wsiada się kilka razy…
Bardzo gorzki felieton napisał o tych smutnych w sumie wydarzeniach Krzysztof Mętrak.
„Szakale i krwiopijcy”. To jeden z ważniejszych tekstów o polskiej piłce nożnej. Poraża swoją uniwersalnością. Opowiada o układzie trenera z pochlebną i niepochlebną prasą oraz przychylnymi mu i nieprzychylnymi działaczami. Układ bardzo typowy dla każdego selekcjonera, wymagający wszakże odpowiednich zachowań adaptacyjnych. Mętrak pił do arogancji i buty. Końcowym rozliczeniem jest wynik i tylko on uświęca owo zachowanie. Zasada typowa nie tylko dla sportu. W świecie konkurencji a zarazem konieczności współdziałania z innymi wymogi są oczywiste. Ale dosyć może o tym. Nawiasem mówiąc tekst Mętraka jest sam w sobie dziełkiem sztuki pisarskiej.
Koszulka Dukli Praga. Jej pierwotnym właścicielem był słynny czechosłowacki napastnik Zdenek Nehoda. Z zagadnieniem wiąże się bezpośrednio dowcip, który krążył pośród kibiców zza niegdysiejszej żelaznej kurtyny. Dla nich drużyny z Europy Wschodniej to była prawdziwa egzotyka, tajemnica, świat zupełnie niezrozumiały. Rzecz dzieje się w Manchesterze, Glasgow, Liverpoolu, Monachium – w jakimkolwiek mieście Europy Zachodniej. Mama pyta synka: „Co chciałbyś dostać na urodziny?”. „Chciałbym dostać wyjazdową koszulkę Dukli Praga” – odpowiada synek.

W odniesieniu do tekstów o piłce nożnej, porozmawiajmy o książce piłkarskiej. Ma Pan ich co nie miara.
Jest tego trochę. Mam około 2000 książek o sporcie, z czego jakieś 85% to książki piłkarskie.
W jaki sposób Pan komponuje swój piłkarski księgozbiór?
Większość książek kupuję z myślą, by je przeczytać. Ale są też takie, które chcę po prostu mieć. Lubię upajać się widokiem półek z książkami. To na mnie świetnie działa. Nie kupuję książek okazjonalnych, wydanych przy okazji jakichś imprez, różnego rodzaju przedruków statystycznych, historii w kapsułce, i tym podobnych. Nie lubię też książek skandalizujących, odsłaniających nachalnie kuchnię piłkarską, o handlowaniu punktami, meczami. Takie książki bardzo często przywołują fakty nie do końca sprawdzone, a bywa, że wymyślone.
Jak Pan zdobywa książki?
Bardzo często po prostu dostaję. Jak książka jest nie do zdobycia, potrafię za nią łazić, sępić, bywam namolny. Jeżdżę też trochę po świecie i choćby z racji tego łatwiej mi uzupełniać księgozbiór. Kiedyś miałem taką swoją księgarnię w Londynie. Można w niej było kupić książki sportowe po bardzo niskich cenach. Zdarzyło mi się pewnego razu zakupić kilkadziesiąt książek. Zapełniłem nimi całą olbrzymią torbę. Na lotnisku nie chciano mi tego przepuścić – a chciałem wracać polskim przewoźnikiem. Brytyjski nie widział kłopotu…
Są podobne księgozbiory w Polsce?
Wiem z pewnością o dwóch.
A gdyby miał Pan wymienić ulubioną przez Pana książkę piłkarską…
„Gole, faule i ofsajdy” Stanisława Mielecha [10]. Zdecydowanie pierwsze miejsce, ze względu na sentyment do przedwojennej piłki, ale także wielką fachowość. Mam zresztą maszynę do pisania, na której Mielech pisał swoje książki – marki ‘Mercedes’. Dostałem ją od Jego córki.
Coś jeszcze?
Ciężko tak od razu. Z innych zupełnie względów uwielbiam „Przez Wembley do Monachium” Wiktora Osiatyńskiego. To perła sportowego reportażu. Facet jedzie do Londynu kilka dni przed meczem, nie interesuje się praktycznie w ogóle futbolem. Ale łapie bakcyla, zaczyna się z wolna wciągać, rodzi się fascynacja. I to wszystko czuć w tej książce. Ciężko to nazwać wyłącznie książką piłkarską, to już prawdziwa literatura.
Trudno nie spytać o „Encyklopedię Piłkarską Fuji”, sygnowaną przez Andrzeja Gowarzewskiego.
Byłem jednym z jej współautorów. Startowaliśmy zaraz po upadku komuny. Polski czytelnik był głodny tego typu publikacji, czasy Peerelu nie sprzyjały książce piłkarskiej. Gowarzewski wydał właśnie „Encyklopedię piłkarskich mistrzostw świata”. Publikacja zrobiła wrażenie nie tylko w Polsce, bo autor dokopał się do materiału unikatowego. Tysiące faktów, z których niektóre weryfikowało się przez całe lata, z niezliczonej ilości źródeł. Tak potem pracowaliśmy także nad poszczególnymi tomami „Encyklopedii”. Tytaniczna robota…
…ale i wspaniała przygoda.
Niewątpliwie, stworzono coś, co nie miało odpowiednika w literaturze światowej. Na przykład Tomasz Wołek napisał książkę o Copa America [11], w której zgromadził materiał, jakiego nie znali specjaliści z Ameryki Południowej.
Było pięknie, ale pojawiły się zgrzyty. Krążyły dziwne historie…
Nie chciałbym ciągnąć tematu, bo to trochę smutne. Powiedzmy – różnica charakterów. To naprawdę smutne sprawy. Ale serię kupuję i czytam skrupulatnie.
Chcielibyśmy porozmawiać o Pańskim warsztacie pisarskim. „Moja historia futbolu” jest dziełem na polskim rynku unikatowym.
To było przedsięwzięcie, z którego jestem dumny, choć rzecz była szalona.
Dlaczego?
Ze względu na czas. Pewnie trudno w to uwierzyć, ale miałem cztery miesiące, aby to napisać. Nie było wyboru. Sprawa wyszła przed letnimi wakacjami, a książka miała ukazać się na Gwiazdkę.
Cztery miesiące!? I każde słowo, każda litera, przecinek – wszystko powstało w trakcie tych czterech miesięcy? Nie wykorzystał Pan w niej niczego, co napisał wcześniej?
Nic. Wszystko, od pierwszej litery do ostatniej kropki, zostało napisane na potrzeby tej właśnie książki. Tempo było zawrotne. Mało czasu na koncepcję, przecież liczył się każdy dzień – dosłownie. Z efektu finalnego jestem dumny, ale gdybym miał nieco więcej czasu, napisałbym to pewnie jeszcze inaczej. Nie mówię, że lepiej – inaczej.
Napisać to jedno, ale żeby książka osiągnęła efekt finalny, potrzeba zgrania dziesiątek rzeczy.
Tych spraw jest całe mnóstwo i potrzeba dyscypliny nieomal boiskowej – muszą się ze sobą zgodzić ludzie różnych profesji. A podkreślę raz jeszcze – mieliśmy bardzo mało czasu. Było to przedsięwzięcie szalone! Ale miałem szczęście do współpracowników. Współpracował ze mną doskonały i doświadczony grafik Bogdan Kuc, nie waham się powiedzieć - współautor książki. Do tego wybór ikonografii – ktoś przecież jest posiadaczem praw autorskich, trzeba je wykupić lub uzyskać zgodę na publikację. To robota głupiego. A nie chciałem ograniczać się do fotografii powszechnie znanych, wszędzie publikowanych. To wszystko wymaga czasu.
A bibliografia?
Miałem to szczęście, że nie musiałem opuszczać domu, pożyczać, łazić po bibliotekach. Wszystko miałem pod ręką! Obładowałem się książkami, włączyłem komputer – i jazda!
Pracuje Pan teraz nad czymś?
Chcę rozbudować moją książkę o Deynie. Jest dobry czas ku temu, w Warszawie rodzi się jego kult. Chcę rozszerzyć to, co napisałem wcześniej – o kontekst historyczny, kulturowy, w którym przyszło mu funkcjonować. Zamierzam się za to zabrać. Mam też inny pomysł – książka o koszulkach, herbach, reklamach piłkarskich – czyli całej tej futbolowej otoczce. Wszyscy to widzimy, ale mało kto dostrzega niuanse. Jest tylko jedno ale – kto to kupi? Kto zaryzykuje wydanie takiej książki? Taka książka już z racji zawartości musi być kolorowa, droga edytorsko.
Wspomniał Pan koszulkach – to prawdziwa chluba Pańskiej kolekcji.
Mam ich około 500.
Jak je Pan przechowuje?
W foliowych torebkach. Przestrzegano mnie, że od takiego przechowywania koszulka, zwłaszcza starsza, może się niszczyć, ale nie doświadczyłem tego. Każda z koszulek ma oczywiście osobny emblemat inwentaryzacyjny…
…i zapewne osobną, często unikatową historię…
Niektóre zdobywałem w ciekawych okolicznościach, innym potem towarzyszyły ciekawe okoliczności. Tak było z zieloną koszulką Beckenbauera z meczu z Polską [12] z 1971 roku. To było kilka lat temu. Stało wokół niego kilkunastu dziennikarzy. To był dzień przyznania Niemcom mistrzostw świata w 2006 roku. Beckenbauer, jak wiadomo, miał być szefem tej imprezy. Tak się też stało. Oblekł go wianuszek ciekawskich. Stałem z boku i w pewnym momencie wyciągnąłem tę koszulkę. On ją zobaczył i natychmiast odstąpił grupkę dyskutantów, podszedł do mnie i zagaił rozmowę. Sam Cesarz!
Zawsze tak piłkarze reagują?
Bruno Bellone [13] się rozpłakał, kiedy mu pokazałem jeden z moich eksponatów, dotyczący jego osoby, z kolei Greame Souness [14], gdy zobaczył swoja dawną koszulkę Liverpoolu, zareagował czymś w rodzaju wywyższającej obojętności. Christo Stoiczkow [15] skrupulatnie lustrował autentyczność koszulki Bułgarii, zanim się na niej podpisał – HRISTO!!!!!!! Charakterystyczny jest brak litery „c” w imieniu i zatrzęsienie wykrzykników – kto pamięta zachowania boiskowe i nie tylko tego piłkarza, wie, o co chodzi.
Pierwsza koszulka w Pańskiej kolekcji…
Reprezentacyjna koszulka Anglii Micka Channona [16] ze słynnego meczu na Wembley z Polską. Dostałem ją od Leszka Ćmikiewicza [17].
Prawdziwy rarytas. A która z koszulek wydaje się najcenniejsza, właśnie ta?
To jest skarb, ale najbardziej cenię sobie koszulkę Jairzinho [18] z roku 1966. Wymienił się na nią Bernard Blaut [19] po meczu Brazylia – Polska na Maracanie.
![]() |
| Koszulka Ajaksu Amsterdam. Należałoa do Tcheu La Linga. Autograf z przodu należy jednak do Johana Neeskensa. |
Herb klubowy lub reprezentacyjny ma znaczenie symboliczne – jest znakiem przynależności do określonej grupy. To oczywiste. Ale czy tak samo możemy powiedzieć o koszulce piłkarskiej?
Wydaje się, że to wyłącznie herb ma znaczenie. Zawsze widnieje po lewej stronie koszulki, gdzieś w miejscu serca i pewnie jest najważniejszy. Ale barwy koszulek czy całych strojów też się mogą wykreować z własną niepowtarzalną symboliką. Tak jest z reprezentacją Brazylii. Nie wszyscy kibice znają herb brazylijski, ale każdy kibic wie, że Brazylijczycy grają w żółtych koszulkach i niebieskich spodenkach. Cały świat rozpoznaje te barwy. Każdy piłkarz lubi się tak ubrać, bo od razu czuje się lepszy. Kiedy w czerwcu 1973 Anglicy przyjechali na mecz z Polską, ubrali się po brazylijsku, bo to im podbijało bębenka [20] Taki fetysz. Francuzi na mundial w 1998 roku poprosili, by uszyto im stroje o podobnym wzornictwie, jakie zastosowano w czasie Euro’84, które trójkolorowi wygrali. I pomogło – Francja została mistrzem świata! Długo można mówić… A charakterystyczna biel kostiumów Realu Madryt?...
Kontrowersje wzbudziły ostatnio stroje reprezentacji Niemiec.
Całe czarne. Kiedy trenerem był Klinsmann, kazał im ubierać koszulki czerwone, bo to rzekomo wywoływało dodatkowe pokłady agresji. Co do czarnych strojów, skojarzenia są już mniej zabawne – tak ubierała się reprezentacja Niemiec w czasach Hitlera.
A jak to było z tą słynną koszulką reprezentacji Polski z meczu z Holandią? Mamy oczywiście na myśli czerwonego orła na białym tle.
Bardzo banalnie – wpadka producenta.
A gdy piłkarze wyszli na boisko, nie było konsternacji? Nie odebrano tego jako coś w rodzaju prowokacji politycznej?
Rozczaruję Panów, ale nic takiego nie miało miejsca. Kto miałby w tym interes? Piłkarze? PZPN? To był przypadek, ale dzięki temu mamy kolekcjonerski unikat.
Zdarza się Panu kupować koszulki? Czy bazuje Pan wyłącznie na podarunkach od piłkarzy?
Oczywiście, zdarza mi się kupować. Mój zbiór nie ogranicza się do koszulek, w których grali piłkarze, bo nie miałbym czasami czegoś, na czym szczególnie mi zależy. Musiałem więc skorygować definicję swoich zbiorów. Mianem koszulki oryginalnej nie określę już wyłącznie koszulki z konkretnego meczu, ale także tą, kupioną w licencjonowanym sklepie. Z kolekcjonerskiego punktu widzenia jest to istotne rozróżnienie. Na piłkarzy jednak nadal mogę liczyć, choć kiedyś było mi łatwiej – kiedy byli moimi rówieśnikami, kiedy razem graliśmy w piłkę. Ale młodsi też pamiętają – tu ukłon w stronę Jurka Dudka czy Michała Żewłakowa.
![]() |
| Holenderska z nr 11 to Simon Tahamata. Podpisywał się na niej w drodze z Zabrza do Warszawy w roku 1997 (grano wtedy mecz z okazji jubileuszu Lubańskiego). |
Zbiera Pan autografy piłkarzy na koszulkach.
Tak, ale i tutaj ciężko dopracować się systemu. Mogłem zastosować wariant rygorystyczny i starać się wyłącznie o podpisy niegdysiejszych właścicieli. Przyjąłem jednak koncepcję bardziej liberalną. Opiszę to na przykładzie. Kiedy przyjechali do Warszawy przedstawiciele Realu Madryt, by pertraktować w sprawie transferu Deyny, zostawili na pamiątkę koszulkę swojej drużyny. Kaziu mi ją podarował, a ja po latach poprosiłem, by złożył na niej autograf Francisco Gento [21], choć był on piłkarzem tej drużyny kilkanaście lat wcześniej. Czy postąpiłem źle? Gdybym trzymał się ścisłych wydawałoby się zasad – jedyną osobą, która mogłaby się na tej koszulce podpisać, byłby Deyna.
Wspaniałym uzupełnieniem Pańskiej kolekcji jest but Gerda Müllera [22].
Grał w nim w finale z Holandią na mistrzostwach w Niemczech w 1974 roku. Pewnie zakładał go również w meczu z Polską i w nim strzelił gola Tomaszewskiemu. Niestety, pozbyłem się go w fatalnych, bardzo przykrych dla mnie okolicznościach. Nie chcę jednak tej historii kolportować. Było, minęło.
Pasja kolekcjonerska narodziła się wraz z pasją do piłki nożnej?
Chyba szło to równolegle. Urodziłem się kilka lat po wojnie. W domu nie było dostatku. To były czasy, kiedy należało się starać o sprawy zupełnie podstawowe. W związku z powyższym od małego chciałem mieć coś, co będzie wyłącznie moje. Starałem się pielęgnować moje pasje, wiedzieć o przedmiocie moich zainteresowań jak najwięcej. I móc żyć tym na co dzień, mieć autografy, fotografie moich idoli, proporczyki ukochanych klubów. Tak to kiełkowało. Aż rozrosło się do rozmiarów monstrualnych, wymagających logistycznego podejścia do problemów, potrzeba inwentaryzacji, porządkowania, upychania, czasami selekcji. Ale żyję tym tak samo intensywnie, jak kiedyś, to mi daje prawdziwe szczęście.
I na koniec – czy jest jakiś jeden szczególnie cenny przedmiot, którym chciałby Pan wzbogacić kolekcję?
Nie ma takiego przedmiotu. Albo inaczej – jest ich tak wiele, że nie zaprzątam sobie tym głowy.
________________________
[9] Jacek Gmoch - piłkarz, trener, z wykształcenia – inżynier. Jako pierwszy w polskiej piłce miał naukowe podejście do trenerki. Twórca słynnego „banku informacji”. Kolorowa postać, dzisiaj pełni rolę telewizyjnego eksperta.
[10] Stanisław Mielech - przedwojenny polski piłkarz. Grał w pierwszym meczu polskiej reprezentacji z Węgrami w Budapeszcie w 1921 roku. Po wojnie parał się dziennikarstwem sportowym.
[11] Copa America – mistrzostwa Ameryki Południowej w piłce nożnej.
[12] Polska – RFN, 10. 10. 71, mecz eliminacyjny do Mistrzostw Europy na Stadionie X-lecia w Warszawie. Przegraliśmy 3 – 1, ale Niemcy mieli wtedy chyba najlepszą drużynę na świecie.
[13] Bruno Bellone – wspaniały piłkarz francuski, mistrz Europy z roku 1984.
[14] Greame Souness – piłkarz reprezentacji Szkocji, grał między innymi w Liverpoolu i Glasgow Rangers.
[15] Christo Stoiczkow, wspaniały napastnik bułgarski, wielka gwiazda piłkarska lat 90., grał w Barcelonie i zdobył z nią Puchar Mistrzów.
[16] Mick Channon - reprezentant Anglii, napastnik. W słynnym meczu na Wembley z Polską chyba najgroźniejszy piłkarz angielski.
[17] Leszek Ćmikiewicz - reprezentant Polski, piłkarz Legii Warszawa, świetny obrońca.
[18] Jairzinho - legenda brazylijskiej piłki, uczestnik trzech mundiali, mistrz świata z roku 1970.
[19] Bernard Blaut - reprezentant Polski, piłkarz Legii Warszawa.
[20] Polska – Anglia 2 - 0, 06. 06. 73, eliminacje do mistrzostw świata.
[21] Francisco Gento - legendarny piłkarz wielkiego Realu Madyt z przełomu lat 50. I 60.
[22] Gerd Müller - słynny napastnik niemiecki, pobił wszelkie możliwe rekordy strzeleckie.
____________________
W dniu 8 listopada 2011 roku zgłosił się do nas Pan Andrzej Gowarzewski, będący pomysłodawcą, twórcą, autorem, realizatorem i wydawcą "encyklopedii piłkarskiej FUJI". Andrzej Gowarzewski wskazał, iż stwierdzenia Stefana Szczepłka odnośnie jego roli, zasług i pracy nad powstaniem i realizacją idei encyklopedii nie są prawdziwe. Odmiennej oceny wymaga również zachowanie Stefana Szczepłka wobec zespołu encyklopedii. Andrzej Gowarzewski prostuje także, iż tom encyklopedii poświęcony Copa America ma co prawda tekst polski napisany przez Tomasza Wołka, ale wartość tej pozycji, zwłaszcza na forum międzynarodowym, polega głównie na uniwersalnym materiale dokumentacyjnym, jaki zgromadził Andrzej Markowski.
Redakcja
Komentarze
Dodaj komentarz
*tytuł komentarza:
*treść komentarza:
"Pisarze wobec futbolu. Negacje, irytacje, fascynacje"
Erotyzm futbolu, piłka nożna jako tworzywo poetyckie, poeta-chuligan... Katolicki Uniwersytet Lubelski zaprasza na konferencję poświęconą związkom futbolu i literatury (4-5 czerwca 2012). więcej
“Przelobować to zagrać tak, żeby piłka spadła bramkarzowi za plecami niczym liść jesienny, najlepiej klonowy, bo wirujący.”
Jerzy Pilch
Alexi Lalas
Słaba jakość krótkiego filmu nie pozwala dokładnie zorientować się, jak wygląda nocny klub muzyczny, który zwabił na gościnny występ prawie dwumetrowego rudzielca, z gęstą brodą i długimi włosami. Widzowie mogą odnieść wrażenie, że człowiek, który zaraz będzie śpiewał, nieco chowa się za swoim zarostem, dając do zrozumienia, że nie do końca czuje się na swoim miejscu. Ale oto rozpoczyna się piosenka i od razu rozpoznajemy nieśmiertelny standard. To „Johnny B. Good” z repertuaru Chucka Berry’ego. Ogromny facet podchodzi do mikrofonu i od pierwszych taktów nie mamy wątpliwości, że początkowe wrażenie było czystą kokieterią. Bo Alexi Lalas bez dwóch zdań umie śpiewać. więcej











