Strona główna > Wokół piłki
"Sztuka piłki prawdziwej". Rozmowa ze Stefanem Szczepłkiem (część I)
Adam Adamczyk i Łukasz Grodziński rozmawiają ze Stefanem Szczepłkiem, dziennikarzem sportowym i kolekcjonerem piłkarskich pamiątek. Niektóre z bezcennych eksponatów obejrzeć można na zdjęciach wplecionych w wywiad.
Nasz portal nosi nazwę „Sztuka Piłki”. Pierwsze pytanie narzuca się samo. Czy piłka nożna i sztuka w jednym stoją domu?
Odpowiedzi nasuwa się kilka i zupełnie różnorodnych, ale wszystkie twierdzące. Zacznijmy od strony praktycznej. Niejedno w piłce widziałem i mogę Panom z czystym sumieniem powiedzieć, że są takie zagrania piłkarskie, umiejętności techniczne, stosowanie ich w praktyce, które z czystym sumieniem nazwałbym sztuką – nie sztuczką cyrkową, a prawdziwą sztuką.
Zatem czym się różni w przypadku piłki sztuka od sztuczki?
Różnica chyba taka jak w innych dziedzinach życia – taka jak pomiędzy prawdą o czymś a namiastką prawdy. W latach 80. ubiegłego wieku karierę w Polsce i nie tylko robił Janusz Chomontek, żonglujący do utraty tchu różnymi rodzajami piłek, rywalizował nawet o tytuł najlepszego z samym Maradoną. Ale Chomontek piłkarzem był bardzo przeciętnym. Niektórych kibiców to dziwiło – taki żongler, a nie gra na najwyższych szczeblach rozgrywkowych. A on był miernym piłkarzem. Są piłkarze – niech mi Panowie wierzą – którzy z pokazową wirtuozerią są na bakier, a bywają centralnymi postaciami wielkich, naprawdę wielkich drużyn. Ja tę różnicę rozpoznaję nie tylko teoretycznie. Sam byłem takim mistrzem podbijania piłeczki – nóżkami, kolankami, główeczką, czym się dało. Dane mi było posiąść umiejętności cyrkowe, ale nie namaścił mnie Bóg.
![]() |
Redaktor Stefan Szczepłek prezentuje proporczyk, który Kazimierz Deyna otrzymał od Johana Cruyffa przed meczem Polski z Holandią w Rotterdamie – 10 października 1973 roku. Tydzień po tym meczu graliśmy najsłynniejszy mecz w historii polskiej piłki – z Anglią na Wembley. |
Kazimierz Górski nazwał Pana Białym Pele. Ironicznie?
Zaczynałem swoją przygodę dziennikarską dokładnie wtedy, kiedy zaczynała wygrywać drużyna Górskiego. Zarówno trener jak i piłkarze wiedzieli, że jakoś tam w piłkę grać potrafię, pozwalali mi więc ze sobą trenować, przebierać się razem z nimi w szatni. Poznawałem to wszystko od środka, co było dla mnie nie tylko wielką frajdą, ale także pożytkiem dla mojej pracy dziennikarskiej. Chłopcy też mnie cenili, z kilku powodów: nigdy nie skłamałem o nich w jakimkolwiek tekście i oni wiedzieli, że nie będę pisał bzdur – po prostu mieliśmy do siebie zaufanie. Poza tym wiedzieli, że dzięki poznaniu tego wszystkiego od kuchni będę w stanie pisać rzeczowo, będę sprawiedliwszy w ocenach, z korzyścią dla piłkarzy. Same plusy.
Wiąże się z tym zresztą mnóstwo anegdotycznych sytuacji. W lutym 1980 roku byłem z kadrą narodową – oczywiście jako dziennikarz – w Maroku. Jechały dwie drużyny: pierwsza, trenowana przez nieżyjącego już Ryszarda Kuleszę [1] i reprezentacja młodzieżowa, której opiekunem był przedwcześnie zmarły Waldemar Obrębski [2]. Przed meczem młodzieżówek Polski i Maroka Obrębski poprosił mnie, bym na oczach gromadzącej się już publiczności – i na oczach oficjeli marokańskich oczywiście – przeprowadził indywidualną rozgrzewkę. Zrobiłem pokaz żonglerski. Jakież było zdziwienie naszych przeciwników, kiedy w czasie meczu usiadłem na ławce. Jeżeli ja nie gram, jakie umiejętności mają ci, którzy grają?...
Czasami oprócz umiejętności przydawały się też fizjonomia i wzrost. W ten sposób Kazimierz Deyna wmówił jednemu z reporterów, że na kadrę wreszcie przyjechał Janusz Sybis [3]. Ze względu na duże podobieństwo otrzymałem od Janka Domarskiego [4] oficjalne pozwoleństwo na rozdawanie autografów w jego imieniu, z czego ku uciesze własnej i świętemu spokojowi Domarskiego oczywiście korzystałem. Trochę było tych historii.
A co do przydomka z Panów pytania: kiedyś, w czasie jednego z pokazowych meczów Orłów Górskiego, Pan Kazimierz odczytywał skład wyjściowy. Robert Gadocha zagadnął, dlaczego w składzie nie ma Stefana Szczepłka. „Stefanek to jest Biały Pele, ale na treningu”.
Czym zatem charakteryzuje się ten, kogo Bóg z pewnością namaścił?
Niemożliwe, by to zdefiniować w kilu zdaniach, by to ogarnąć na gorąco, bez dłuższego zastanowienia. Na czym polega ta prawdziwa sztuka? Nie wiem. Panowie jesteście literaturoznawcami i potraficie rozpoznać tekst wybitny, odróżnić go od dyletanckiego gniota. Nie jest to nawet dla Was specjalnie trudne. Czym innym jest jednak odpowiedzieć na pytanie – dlaczego jeden pisze rzeczy wielkie, drugiego natomiast nie stać na nic, co wyrośnie ponad przeciętność. Cała magia geniuszu! Żonglerkę można wypracować, na coś więcej sama praca nie wystarczy. Ale nikt nie powiedział, że świat jest sprawiedliwy.
![]() |
| Koszulka FC Porto z roku 1987, a na niej autografy zdobywców Pucharu Mistrzów z wygranego meczu z Bayernem Monachium. Kawał historii europejskiej i polskiej piłki nożnej – w bramce drużyny portugalskiej stał wtedy Józef Młynarczyk! |
Analogicznie jest w piłce. Kiedyś Deyna uczył mnie strzelać rzuty wolne. A muszę wam powiedzieć, że do tego dnia wydawało mi się, że wcale nienajgorzej opanowałem ten element rzemiosła piłkarskiego. Tak mi się przynajmniej wydawało. Najpierw Kazik poprosił mnie, żebym pokazał, co umiem. Uderzyłem na bramkę Piotrka Mowlika [5], ten z wielkim trudem – chyba jednak udawanym – sparował piłkę nad poprzeczkę. Deyna popatrzył chwilę nieruchomo, po czym pokiwał głową: „Bardzo dobrze, ale tak naprawdę to fatalnie. Ty piłkę popychasz, a trzeba ją uderzyć”. Po czym nastąpiło takie właśnie, modelowe uderzenie w samo okienko bramki Mowlika. Poprosiłem tedy o wstępny wykład propedeutyczny. W słowie wstępnym znakomity piłkarz nadmienił o rzeczach na pozór oczywistych – o łatach, z których zszyta jest piłka. Rzecz w tym, że sama regułka była stosunkowo prosta – aby trafić w odpowiednie miejsce bramki, należy uderzyć odpowiednim centymetrem kwadratowym wewnętrznego palca wybranej nogi odpowiedni centymetr kwadratowy konkretnej łaty. Można się tego zdania bardzo szybko nauczyć na pamięć. Ale praktyka i tak zrobi po swojemu. Kombinacji jest bowiem bez liku, a trzeba je rozpoznawać intuicyjnie, w trakcie meczu o stawkę, przy wielkich emocjach.
Opowiedziałem tylko o jednym elemencie prawdziwego kunsztu futbolowego. Są jeszcze wślizgi, dryblingi, parady bramkarskie – wszystko to można opanować jak każdą dziedzinę życia – słabo, średnio, dobrze, bardzo dobrze, genialnie. By osiągnąć ów ostatni stopień wtajemniczenia, trzeba jednak zostać wybranym – Salierim może stać się każdy z nas, Mozartem już nie.
W światku dziennikarskim uchodzi Pan jednak za znakomitego piłkarza. Samo przecież nie przyszło.
No, ofermą to ja może rzeczywiście nie jestem. Od najwcześniejszej młodości kopałem piłkę na poziomie wyższym niż podwórkowy – w rodzinnym Hutniku Falenica. Do dzisiaj pamiętam debiut i okoliczności z nim związane. Pisałem zresztą o tym przy kilku okazjach, ale rzecz jest na tyle ciekawa, że każda okazja jest dobra, by ją przypominać. Gra w Hutniku to było moje marzenie. Głębokie lata 60., Gomułka w najbardziej szarych odcieniach szarości. Falenica była centrum świata, a Warszawa – centrum wszechświata. Hutnik Falenica był zaś początkiem i końcem piłki nożnej. Telewizja oczywiście w dwóch kolorach (nie każdy w ogóle miał telewizor), mecze transmitowano raz w roku – dziś to brzmi niesamowicie.
Piłkarze Hutnika byli moimi idolami. I nagle miałem zagrać pośród nich – szok!, nobilitacja! Kiedy wszedłem do szatni, poczułem oczywiście tremę. A przebierali się w niej ludzie najróżniejszego autoramentu – grypsujący lub nie, utatuowani bardziej lub jeszcze bardziej, a tatuaż nie był kiedyś tym, czym jest dzisiaj – artystyczną ozdobą. Kiedyś pełnił rolę – tak to nazwijmy – stopnia wojskowego. Wiedzą Panowie, co mam na myśli. Samego meczu nie pamiętam już dokładnie, ale musiałem wypaść nienajgorzej, bo zostałem przez kolegów z drużyny zaproszony na coś w rodzaju pomeczowej kolacji. Byłem zdenerwowany, więc zjawiłem się w domu gospodarza – wbrew zasadom etykiety - znacznie przed czasem. Etykieta nie miała tego dnia, a zwłaszcza w tym miejscu żadnego znaczenia. Na stole stały już głębokie talerze z równiuteńkimi porcjami makaronu. Nie było w nich jeszcze zupy. Chłopcy zjawili się punktualnie, każdy usiadł przed swoim talerzem. Również i ja. Gospodarz przed każdym z nas postawił butelkę z winem „WINO” [6]. Tego dnia dostałem jeszcze jedną lekcję – sposobów otwierania tego charakterystycznego kordiału – o stół, ręką, łokciem, o kolano, o książkę (była!). Chłopaki zalali zawartością butelek talerze z makaronem i zjedli to jak najzwyklejszy chłodnik owocowy. Ja byłem pośród nich. Zostałem namaszczony i od tego dnia już nic nie było tak, jak dawniej. To byli świetni kumple, nie byle jacy piłkarze – na moją ówczesną wyobraźnię.
![]() |
![]() |
| Absolutne cacko – koszulka z meczu z Holandią z 10 września 1975 roku. Wielki mecz, według niektórych – największy mecz w historii polskiej piłki! W tej koszulce grał słynny obrońca Antoni Szymanowski. Ale ciekawe jest coś jeszcze – czerwony orzełek na białym tle! Producencka gafa i kolekcjonerska frajda. |
Tak, jak mówiłem – początkowo jeden, dwa mecze rocznie. Pierwsze relacje światowe z mistrzostw świata odbywały się w roku 1954, w czasie turnieju szwajcarskiego. Pierwsza polska relacja z jakiegokolwiek meczu miała miejsce w 1957 roku [7]. I tak szybko, zważywszy, że władza miała nieco inne priorytety i nieco inaczej pojmowała i programowała rozrywkę ludzi pracy. Ale żarty na bok. W pewnym momencie zaczęto transmitować finały Pucharu Europy.
I wtedy rodzi się powszechna miłość do Realu Madryt…
Wiem, że to banalne, ale przecież nie mogło być inaczej. To pierwsza telewizyjna drużyna. Wszystko, co było wcześniej, stanowiło efekt percepcji sprawozdawcy radiowego, gazetowego w połączeniu z wyobraźnią odbiorcy. Wierzymy, że przedwojenny Urugwaj lub Włochy Vittorio Pozzo [8] to wielkie drużyny, ale traktujemy to trochę niczym opowieść o antycznych bogach. Jakieś stare strzępy filmów, jakieś gole uchwycone przedpotopową kamerą – nic się nie da powiedzieć. Nic wiarygodnego.
Przełom nastąpił chyba w 1966 roku. Pierwsze mistrzostwa świata transmitowane przez polską telewizję…
Tak, to był przełom. Od tego czasu dostawaliśmy już trochę więcej. Wakacje 1966 roku i tyle wielkiej piłki do oglądania! Niesamowite! To się chłonęło, a nie patrzyło. Telewizor wystawiałem na balkon i podpatrywałem tych, o których dotychczas głównie się czytało. Dwa mecze dziennie! To był istny raj! Anglicy, którzy się odgrażali, że tym razem zdobędą mistrzostwo, Portugalczycy z Eusebio!, no i Brazylijczycy…
Dostali solidne lanie…
To było jedyne dla mnie rozczarowanie tamtego turnieju. Płakałem razem z nimi. Od zawsze kochałem Brazylię. A tu pierwsze mistrzostwa, które mogę oglądać, a oni nie wychodzą z grupy. Sensacja! Nie jedyna wtedy.
Bo była jeszcze Korea Północna…
Niespodzianka równa tej, którą sprawiła Brazylia. Biegali jak dzikusy. Byli niscy, a skakali do górnych piłek wyżej od obrońców przeciwników. Anglicy nazwali ich „kucykami”. Dopiero po latach okazało się, że pomagała im farmakologia – tak to nazwijmy. Wtedy, w roku 1966, żyliśmy jednak jeszcze w świecie naiwności i takie sprawy jak doping nie mieściły się w ramach zdrowego rozsądku. Ale to też był urok tych mistrzostw. Piłkarze Korei dostali oczywiście państwowe odznaczenia, do dzisiaj są przez propagandę północnokoreańską wykorzystywani jako wzorce do naśladowania. Fotki z ich mistrzowskich meczów lądują na znaczkach pocztowych. Co by nie mówić, stworzyli legendę.
Ten jeden jedyny raz mistrzem została Anglia…
Anglia zawsze grała na schemacie, na opanowaniu rzemiosła. Tym razem jednak miała idealnych wykonawców, kilku indywidualistów i prawdziwego geniusza w roli rozgrywającego, a także najlepszego bramkarza w swej historii. Późniejsze losy angielskiej piłki reprezentacyjnej pokazują, ile znaczy wielki bramkarz. Trener angielski Alf Ramsey wynalazł Gordona Banksa i początkowo pewnie sam nie wiedział, że na kilka ładnych lat ma na pozycji bramkarza święty spokój. Jego parada w meczu z Brazylią na mistrzostwach w Meksyku w 1970 roku przeszła do historii piłki. W obronie miał Bobby Moore’a, wielkiego zawodnika, który za kadencji Alfa Ramsey’a zagrał w kadrze 100 meczów, a w 90 był kapitanem. To świadczy o trenerskim zaufaniu. Ostatni mecz Moore zagrał w Chorzowie z Polską, kiedy to sprokurował oba polskie gole. Bywa! Obok Moore’a grał na przykład Nobby Stiles, niski, łysy, w szatni przed meczem zostawiał sztuczną szczękę (nie miał czterech przednich górnych zębów!). Jego zadaniem było dosłowne obrzydzanie gry najgroźniejszym piłkarzom drużyny przeciwnej. Piłkarz idealny! Ale to był destruktor.
W środku Anglia miała dyrygenta tej całej orkiestry. Bobby Charlton, bo o nim mowa, był prawdziwym rozgrywającym. Bez takiego piłkarza nie da się zdobyć mistrza świata. Musi być na boisku ktoś, kto to wszystko poskleja, poda dokładnie na 40 metrów, strzeli z daleka, weźmie na siebie kilku przeciwników, aby koledzy mieli więcej miejsca na własną kreację. A do tego nie będzie kłótnikiem, ani samochwałą. I Anglii trafił się taki ktoś, prawdziwy lider, piłkarski geniusz. Obok niego biegał malutki Alan Ball, genialny w meczu finałowym. I jemu kariera załamie się w tym słynnym chorzowskim meczu z Polską, dostanie czerwoną kartkę za bijatykę z Leszkiem Ćmikiewiczem. Ale to dopiero w 1973 roku.
W ataku Anglicy mieli Rogera Hunta, Geoffreya Hursta i Martina Petersa. Wszystkie pozycje mieli optymalnie obstawione. To była wspaniała drużyna! Urozmaicona mentalnie i charakterologicznie. I związana wspólnym celem.
Hurst w finale ustrzelił hat-tricka, ale jedna z tych bramek bardzo kontrowersyjna.
Ten strzał uchwycono z kilku kamer i nadal jesteśmy głupi. Także fotografie nic nie rozstrzygają. Piłka odbiła się najpierw od poprzeczki, ale co potem? Wielką rolę odegrał tutaj sędzia liniowy Tofik Bachramow. To on po konsultacji z głównym wmówił mu pewnego gola. Po tej decyzji niemiecki napastnik Uwe Seeler miał powiedzieć, że czerwoni zawsze trzymają z czerwonymi. By objaśnić słowa Seelera – Bachramow był Azerem, ale wtedy reprezentował Związek Radziecki, z kolei Anglicy grali tego dnia w czerwonych koszulkach. W każdym razie sprawa do dzisiaj budzi żywe emocje, a niemiecki magazyn sportowy „Kicker” wyznaczył nagrodę dla tej osoby, która udowodni czy był gol, czy go nie było.
![]() |
Koszulka ze słynnego meczu na Wembley z 17 października 1973 roku! Grał w niej angielski napastnik Mick Channon i po meczu, w szatni podarował ją polskiemu obrońcy Leszkowi Ćmikiewiczowi. Prawdziwa relikwia. |
Trochę jak ta nagroda miliona dolarów dla pierwszego mężczyzny, który urodzi dziecko…
Historia piłki nożnej pełna jest takich smaczków, a mistrzostwa świata to osobna, fascynująca, sprawa. Ten turniej darzę szczególnym sentymentem. Pierwsza transmisja – niczym okno na świat. A co to był za świat! Anglia to stolica piłki nożnej, kwintesencja futbolu. Majestat stadionu Wembley z tymi dumnymi dwoma wieżami i ta cała celebra związana z meczami na tym stadionie. Do tego wszystkiego architektura pozostałych obiektów: z dachami i bez bieżni. To było niesamowite!
Tak jak Anglia była stolicą piłki, tak Londyn wyznaczał pozostałe trendy, w muzyce, modzie, sposobie życia. Dla młodego człowieka zza żelaznej kurtyny, a miałem wówczas 17 lat, to był powiew innej cywilizacji. W ciągu tego jednego miesiąca transmisji zmieniło się bardzo dużo. Pobudzony został zbiorowy apetyt na porządną piłkę, siermięga dnia codziennego przestała nam wystarczyć. Zresztą nie tylko w futbolu.
Nadchodziły czasy Gierka. Drużyny klubowe zaczęły odnosić sukcesy w europejskich pucharach, Polska w ogóle się zaczęła otwierać. W każdym razie wrażenie było takie, że śruba będzie się z wolna odkręcać. A tu klops, transmisji z mistrzostw w Meksyku nie było, „szlaban na gary” – jak mawiał jeden z bohaterów „40-latka”.
Śmieszna sprawa. Dwa kraje europejskie wówczas nie transmitowały tych meczów – Polska i Albania. Ktoś się nie dogadał w czasie negocjacji finansowych. Podyktowano nam cenę. Negocjator myślał, że to za jeden mecz, a to było za całość! Dobre? A, że byliśmy związani umową z Interwizją, i tak musieliśmy płacić.
Mój ojciec (Adama Adamczyka – przyp. red.) mieszkał wtedy w Szczecinie i ściągał telewizję enerdowską. Oglądał wszystko. Większość niby-miłosnych listów, które pisał wówczas do mojej matki, wypełniona była sprawozdaniami z meczów. Bardzo krytykował formę Anglików i Włochów, stawiał na finał Brazylia – Niemcy. Nie pomylił się dużo.
Trafił prawie idealnie. Żeby obejrzeć te mecze, trzeba było jechać pod którąkolwiek z trzech granic: enerdowską, czechosłowacką lub radziecką. W Warszawie, na ostatnim piętrze Pałacu Kultury, odbywały się tajne – innego słowa nie znajduję – transmisje dla bardzo nielicznychszczęśliwców. Dzisiaj te opowieści brzmią jak sceny z „Misia”, ale rzeczywistość była bardzo serio.
![]() |
Koszulka nad koszulkami! Niemiecka koszulka reprezentacyjna. Należała do Franza Beckenbauera. |
Ale kilka lat później kibice dostali to, czego pragnęli.
I dla mnie, idla polskiej piłki był to złoty czas. Zaczynałem wtedy swoją profesjonalną pracę dziennikarską, początkowo w „Sztandarze Młodych”. Nie była to wprawdzie robota, przy której można było pisarsko brylować. Byłem depeszowcem. Siedziałem w drukarni i śledziłem tak zwane newsy, które przychodziły do redakcji. Dzisiaj tej funkcji już oczywiście nie ma. Byłem kimś w rodzaju „pomocnika kelnera”, ale i tak kochałem to, co robiłem. Byłem przecież blisko swojej kochanej piłki. Czas biegł szybko. Udało mi się dostać do redakcji tygodnika „Piłka Nożna”. I to był prawdziwy awans! Tam pisali ludzie wybitni: Stefan Grzegorczyk (rzecznik prasowy na mistrzostwach w 1974 roku), Jerzy Lechowski, Mieczysław Szymkowiak (pamiętał doskonale przedwojennych piłkarzy). Z młodych zahaczyli się w redakcji Tomek Wołek (wybitny specjalista od piłki południowoamerykańskiej), Krzyś Mętrak(spec od literatury, filmu i piłki kopanej – wybitny felietonista)…
…bardzo dzisiaj ceniona jest w światku dziennikarzy filmowych Nagroda im. Krzysztofa Mętraka.
To byli wspaniali kompani, nie tylko z racji miłości do piłki. Wtedy była wielka moda na mądre rozprawianie o piłce nożnej i teksty takich ludzi jak Mętrak sprawdzały się idealnie. Intelektualiści garnęli się do piłki i do sportu w ogóle - to było bardzo modne. Ale i szczere. Zaczęło się jeszcze w latach sześćdziesiątych, za sprawą Stanisława Dygata. On stawiał na futbol, nobilitował go, bywał na stadionach, wespół z Gustawem Holoubkiem, Tadeuszem Konwickim. Eskalacja tej miłości nastąpiła jednak dekadę później.
Na kanwie owych emocji powstał wspaniały film „Polska, gola”. Na temat naszej wspaniałej drużyny narodowej deliberują w nim Jan Himilsbach ze Zdzisławem Maklakiewczem, Gustaw Holoubek, Józef Prutkowski, Kazimierz Rudzki. Narrację prowadzi Jacek Fedorowicz. Jest fragment słynnej „Balladyny” Adama Hanuszkiewicza. I tam piłka trafia – w samo serce akcji: widzowie w przemyślne sposoby informowani są o kolejnych golach wbijanych Haiti. Społeczeństwo stało murem za piłką. To nie był wstyd. W czasopismach, nie tylko sportowych, prowadzono dyskusje redakcyjne na temat fenomenu piłki nożnej. Lube czasy.
Nie było żadnych zgrzytów, scen zawiści? W końcu nie bez powodu mówi się o polskim piekiełku.
Wyjątkowo. Ukazywały się tu i ówdzie prześmiewcze artykuły, dyskredytujące sukcesy piłkarzy, pełne jadu, zawiści, a nade wszystko zazdrości, obśmiewające szum wokół tej j"akieś tam piłki." Obrzydliwe to było i na szczęście incydentalne. Nie ma co gadać. Po co psuć wspomnienie tych pięknych lat?...
[CDN]
______________________
[1] Ryszard Kulesza - wybitny polski trener. Przez niedługi czas opiekował się polską drużyną narodową. W 1993, w czasie słynnej ligowej afery korupcyjnej zasłynął słowami: „Cała Polska widziała!”. Dziś to zdanie żyje życiem własnym. Człowiek wielkiej kultury osobistej.
[2] Waldemar Obrębski - piłkarz Polonii Warszawa, trener. Zginął tragicznie.
[3] Janusz Sybis był wybitnym piłkarzem Śląska Wrocław, reprezentantem Polski.
[4] Chyba to wszyscy wiedzą, ale dla świętego spokoju przypomnijmy – to Jan Domarski strzelił tego słynnego gola na Wembley w październiku 1973 roku (nie mniej słynne słowa Jana Ciszewskiego: „i Shilton puszcza pod brzuchem!”).
[5] Piotr Mowlik - bramkarz Legii Warszawa i Lecha Poznań, reprezentant Polski. Świetny zawodnik, niestety dla swojej kariery reprezentacyjnej, dokładnie w tym samym czasie grali Jan Tomaszewski, a nieco później Józef Młynarczyk.
[6] Najpopularniejszy swego czasu średnio wyskokowy trunek mas pracujących. Zwany był winem „patykiem pisanym”, a w Poznańskiem – „korbolem”.
[7] Druga połowa meczu Gwardii Warszawa z Polonią Warszawa.
[8] Trener reprezentacji Włoch. Jako pierwszy zdobył dwa razy z rzędu mistrzostwo świata w piłce nożnej – w 1934 i 1938. W 1936 wywalczył też złoto olimpijskie.
___________________
W dniu 8 listopada 2011 roku zgłosił się do nas Pan Andrzej Gowarzewski, będący pomysłodawcą, twórcą, autorem, realizatorem i wydawcą "encyklopedii piłkarskiej FUJI". Andrzej Gowarzewski wskazał, iż stwierdzenia Stefana Szczepłka odnośnie jego roli, zasług i pracy nad powstaniem i realizacją idei encyklopedii nie są prawdziwe. Odmiennej oceny wymaga również zachowanie Stefana Szczepłka wobec zespołu encyklopedii. Andrzej Gowarzewski prostuje także, iż tom encyklopedii poświęcony Copa America ma co prawda tekst polski napisany przez Tomasza Wołka, ale wartość tej pozycji, zwłaszcza na forum międzynarodowym, polega głównie na uniwersalnym materiale dokumentacyjnym, jaki zgromadził Andrzej Markowski.
Redakcja
Komentarze
Dodaj komentarz
*tytuł komentarza:
*treść komentarza:
"Pisarze wobec futbolu. Negacje, irytacje, fascynacje"
Erotyzm futbolu, piłka nożna jako tworzywo poetyckie, poeta-chuligan... Katolicki Uniwersytet Lubelski zaprasza na konferencję poświęconą związkom futbolu i literatury (4-5 czerwca 2012). więcej
“Przelobować to zagrać tak, żeby piłka spadła bramkarzowi za plecami niczym liść jesienny, najlepiej klonowy, bo wirujący.”
Jerzy Pilch
Alexi Lalas
Słaba jakość krótkiego filmu nie pozwala dokładnie zorientować się, jak wygląda nocny klub muzyczny, który zwabił na gościnny występ prawie dwumetrowego rudzielca, z gęstą brodą i długimi włosami. Widzowie mogą odnieść wrażenie, że człowiek, który zaraz będzie śpiewał, nieco chowa się za swoim zarostem, dając do zrozumienia, że nie do końca czuje się na swoim miejscu. Ale oto rozpoczyna się piosenka i od razu rozpoznajemy nieśmiertelny standard. To „Johnny B. Good” z repertuaru Chucka Berry’ego. Ogromny facet podchodzi do mikrofonu i od pierwszych taktów nie mamy wątpliwości, że początkowe wrażenie było czystą kokieterią. Bo Alexi Lalas bez dwóch zdań umie śpiewać. więcej















