Strona główna > Wokół piłki
Biada podrzędnym istotom, gdy wchodzą pomiędzy nogi potężnych piłkarzy
W drugi dzień piłkarskich mistrzostw świata w Poznaniu odbył się mecz, w którym naprzeciw siebie stanęli studenci i wykładowcy Instytutu Filologii Polskiej UAM. Rzec można, iż w ten sposób stolica Wielkopolski uzyskała namiastkę mundialowych emocji. Lecz czy rzeczywiście to tylko namiastka? Bo czy można sobie wyobrazić mecz, do którego bardziej pasowałyby metafory takie jak „dramatyczny spektakl”, „poezja futbolu” czy „epicka potyczka”, niż starcie miłośników słowa, badaczy literatury? I czy można pomyśleć o wydarzeniu, które można byłoby z większym przekonaniem ochrzcić mianem – jakże dziś modnym i hołubionym – „interdyscyplinarność”, niż spotkanie jednej z najpiękniejszych sportowych dyscyplin z jedną z najdonioślejszych dyscyplin naukowych? Prawdopodobnie można by poświęcić sporo czasu na rozważenie powyższych pytań, ale nie ma takiej potrzeby. Cała prawda znajduje się poniżej.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Oba zespoły rozpoczęły dość zachowawczo, badając przeciwnika. Większość gry toczyło się w środku pola, gdy piłka wędrowała w okolice którejkolwiek z bramek, defensorzy szybko zażegnywali zagrożenie. Jednak z biegiem czasu ataki były coraz śmielsze, temperatura wydarzeń na boisku rosła. Jedną z przyczyn było urozmaicenie zawodów wycieczkami w poszukiwaniu wybitych poza boisko piłek. Szczególnymi zasługami na tym polu odznaczył się Przemysław Czapliński, który wobec niemożności odzyskania futbolówki tradycyjną metodą jednym susem przesadził kilkumetrowe ogrodzenie, czym zyskał – zasłużony zresztą – aplauz widowni. W krytycznym momencie pokonywania szczytu ogrodzenia Czapliński prezentował się jak Kordian na szczycie Mont Blanc. Trudno orzec, czy miała tam miejsce głęboka przemiana tożsamościowa, ale zmiana, która wkrótce zaszła na boisku, z pewnością na miano głębokiej zasługuje.
Podczas wyprowadzanej prawym skrzydłem akcji drużyny wykładowców doszło do przewinienia jednego ze studentów w obrębie pola karnego. Rzut karny ze stoickim spokojem wykorzystał Krzysztof Gajda, stanowiący zresztą główną siłę ofensywną swojego zespołu. Wydawało się, że w pierwszej połowie meczu rezultat nie ulegnie zmianie. Tymczasem, dość niespodziewanie, studenci po kombinacyjnej akcji umieścili piłkę w bramce rywali. Strzał Pawła Stryszaka – oddany ze stosunkowo dużej odległości, niezbyt silny – trudnym do wytłumaczenia sposobem znalazł drogę do bramki strzeżonej – w tym przypadku niezbyt pilnie – przez Jerzego Borowczyka. Tym samym pierwsza połowa zakończyła się remisem 1:1.
Początek drugiej części spotkania ujawnił ofensywne oblicze obu drużyn. Więcej zawodników brało udział w wypadach pod pole karne rywali, a ponieważ część z nich nie cofała się pod własną bramkę, kontrataki stawały się coraz groźniejsze. Bramka wisiała w powietrzu. I być może to właśnie powietrze lub jego zawirowania były przyczyną błędu Wojciecha Hamerskiego, który tracąc piłkę w pobliżu własnej bramki, umożliwił Dawidowi Bedyńskiemu znalezienie się w stuprocentowej sytuacji. Okazało się, że prawa matematyki działają nawet podczas meczów humanistów i 100% uzyskało przeliczenie na jedną bramkę. Jerzy Borowczyk tym razem nie miał żadnych szans, pokonany silnym, precyzyjnym strzałem z bliskiej odległości.
Od momentu utraty drugiej bramki w poczynania wykładowców wkradła się wyraźna nerwowość. Ich akcje stały się chaotyczne, nieprzemyślane. Z rzadka tylko zagrażały bramce studentów. Uruchamiając dyskurs lokalnego patriotyzmu, warto wspomnieć, że próby doprowadzenia zespołu do porządku przez Jerzego Borowczyka na drodze skierowanego do zagubionych na boisku kolegów okrzyku „nie stójcie razem, tej” ujawniły, że mamy do czynienia nie tylko z filologami polskimi, ale ponadto – z poznańskimi filologami polskimi. Jednocześnie dało się odczuć, że poloniści znajdują się również na trybunach, jako że wobec ofensywnej niemocy wykładowców dało się słyszeć nieco nieśmiałe (bo przecież semestr nie dobiegł końca) „im strzelać nie kazano”.
Tymczasem rosnącą przewagę zyskiwali studenci. Ich natarcia stawały się coraz częstsze, coraz składniejsze, momentami koronkowe. Żacy grali spokojnie i kolektywnie, co zaowocowało sytuacjami podbramkowymi. Wiele z nich mogło zakończyć się golem, ale za każdym razem „stuprocentowa sytuacja” okazywała się tylko metaforą. Kilka razy na drodze stawały słupki bramki wykładowców, innym razem Wojciechowi Hamerskiemu udało się zrehabilitować za wcześniejszą niefortunną interwencję i uratować swój zespół. Jednak najczęściej utracie bramki zapobiegał bramkarz, który bronił jak w transie, a może raczej – w iście romantycznym natchnieniu. Jerzy Borowczyk był z całą pewnością – pomimo wpuszczonych bramek (w tym jednej nie z własnej winy) – najjaśniejszym punktem swojej drużyny. Pokusić się można o wniosek, że – wobec kolektywnego stylu gry studentów – był najbardziej wyróżniającym się zawodnikiem na boisku. Być może przyczynił się do tego doping kibiców, wśród których najczęściej usłyszeć można było aplauz, którego desygnatem był goalkeeper wykładowców.
Jednakowoż w końcówce meczu ofensywne starania studentów przyniosły efekt – podczas jednej z licznych eskapad pod bramkę rywali bramkę zdobył obrońca Łukasz Dylewicz. Wydawało się, że gol defensora żaków zupełnie odbierze wykładowcom ochotę do gry, tymczasem stało się odwrotnie – ostatnie pięć minut spotkania upłynęło pod znakiem lawinowych ataków na bramkę studentów. Wykładowcy rzucili się do przodu, tak, że ostatni obrońca był nie tylko ostatni, ale również jedyny. Pojawiło się kilka okazji na wyrównanie wyniku, jednak żadna nie zakończyła się sukcesem. Tym razem rusztowanie bramki sprzyjało studentom, szczególnie, gdy piłka po jednym ze strzałów odbiła się od wewnętrznej strony słupka, przetoczyła kawałek po linii bramkowej i wróciła w pole. Mecz ostatecznie zakończył się zwycięstwem studentów 3:1, które wydaje się sprawiedliwym wynikiem.
Po końcowym gwizdku zawodnicy obu drużyn podziękowali sobie wzajemnie za grę, wyrażając też wdzięczność w stosunku do publiczności. W tej ostatniej czynności najbardziej zapamiętały okazał się Łukasz Grodziński, który rzucił meczową koszulkę w wiwatujące trybuny. Oficjalne uhonorowanie zwycięzców przypadło w udziale Piotrowi Śliwińskiemu, który z właściwą sobie swadą wręczył zwycięzcom koszulkę z fragmentem Beniowskiego oraz puchar, jednocześnie wyrażając życzenie – dość chytre, trzeba przyznać – aby w trakcie nadchodzących dwóch semestrów studenci zajęli się książkami, co pozwoli wykładowcom na przyszłoroczne zwycięstwo.
Nie był to jednak koniec emocji. Kolejnym punktem programu był konkurs rzutów karnych zaadresowany przede wszystkim do najmłodszych uczestników spektaklu oraz przedstawicielek płci pięknej. W bramce stanął Jerzy Borowczyk, który osłabiony meczowymi emocjami oraz pomeczowym papierosem raz za razem kapitulował przed nieletnio-żeńską kanonadą. Uczestnicy rywalizacji otrzymali nagrody, natomiast wszyscy obecni zostali uraczeni znakomitymi krówkami.
Mogłoby się wydawać, że obfitość wydarzeń towarzyszących meczowi wykładowcy-studenci jest na tyle rozległa, że dzień – nawet weekendowy – nie jest w stanie pomieścić więcej, niż te wymienione powyżej. Być może jest to racja, lecz futbolowo-filologiczne przygody kontynuować można również wieczorem, a nawet nocą. Tak też się stało. Meczowi rywale spotkali się w klubie „Alibi”. Oddajmy głos Jerzemu Borowczykowi:
„Klub Alibi był jedynym miejscem, gdzie mogliśmy się spotkać po przegranym meczu ze studentami. Dlaczego jedynym? Bo akurat tam 11 maja tego roku świętowało się w gronie znajomych zwycięstwo Kolejorza nad Ruchem i remis Wisły z Cracovią, a wszystko to otwarło poznaniakom drogę to mistrzostwa. W ostatnią sobotę wieczorem w Alibi świętowali wykładowcy i studenci. Najbardziej chcieliśmy fetować kibiców obu drużyn i tego dotyczył pierwszy toast. Gadaliśmy o futbolu. Rozmowy raczej szły prozą. Zresztą mowa była trochę zastępcza, bo oczy i umysły zajęte były wieczorna relacją z mundialu. Ponieważ w naszym, wykładowczym, składzie mieliśmy stypendystę Fullbrighta Stephena Naumanna (król środka boiska) – kibicowaliśmy Stanom Zjednoczonym dzielnie walczącym z Anglikami. Obok mnie siedział Krzysztof Gajda i co chwilę bardziej gotowy był do natychmiastowego rewanżowego meczu ze studentami. Zgodnie uznaliśmy, że mecz wyszedł nam średnio i w naszej grze nie ma zbyt wielu ciekawych elementów wartych analizy, a jednak nie przestawaliśmy dociekać przyczyn naszej przegranej. Kolejne toasty stępiły na szczęście analityczne skłonności i było coraz bardziej festynowo, lekko”.
Czy można coś dodać? Wydaje się, że reszta jest milczeniem.
Maciej Musiał
Studenci 3 (1) : 1 (1) Wykładowcy
Paweł Stryszak, Dawid Bedyński, Łukasz Dylewicz - Krzysztof Gajda (k.)
Studenci: Dawid Bedyński, Marek Chlebowski, Łukasz Dylewicz, Michał Gondek, Michał Gustowski, Ryszard Hermanowicz, Tomasz Maik, Bartosz Sobański (kpt), Jakub Sommerfeld, Paweł Stryszak
Wykładowcy: Jerzy Borowczyk, Przemysław Czapliński (kpt), Krzysztof Gajda, Łukasz Grodziński, Wojciech Hamerski, Łukasz Jerzyk, Michał Larek, Tomasz Mizerkiewicz, Stephen Naumann, Łukasz Słaby, Tomasz Sobieraj
Komentarze
Dodaj komentarz
*tytuł komentarza:
*treść komentarza:
Piłkarze w lodzie - wspomnienie
Najpierw piłka odkleiła się od buta. Później odpadła noga piłkarza. Ciepły grudzień nie był łaskawy dla prac pokazanych na poznańskim rynku podczas Międzynarodowego Festiwalu Rzeźby Lodowej. Setki turystów fotografujących kapiące rzeźby ocaliły je przed rozpłynięciem się w zupełnej niepamięci. W selektywnej galerii przedstawiamy piłkarskie akcenty Festiwalu. więcej
“Gdy mewy podążają za kutrem, czynią tak dlatego, ponieważ myślą, że do morza będą wrzucane sardynki”
Eric Cantona
Paul Gascoigne
Geniusz i błazen. Jeden z największych zmarnowanych talentów w historii angielskiego futbolu. Idol młodzieży lat 90-tych, zanim wpadł w kłopoty związane z uzależnieniami, był prawdziwą gwiazdą brytyjskiego sportu, ale także showmanem i … raperem. więcej

















