Strona główna > Wokół piłki

Mundial w globalnej wiosce. Od świetlicy do e-mistrzostw

foto: Radek Tobolka

Piłka nożna to przede wszystkim wspólnota. Trudno o bardziej oczywistą płaszczyznę porozumienia między ludźmi niż ta, która powstaje w trakcie trwania meczu. Niekoniecznie na samym boisku – tam przecież chodzi o walkę, o rywalizację – ale przede wszystkim na trybunach, miejskich rynkach, gdzie z okazji ważnych rozgrywek pojawiają się telebimy, w barach, w których dzięki telewizorom można obejrzeć turniejowe mecze, czy w prywatnych mieszkaniach, w gronie rodziny i znajomych, z przyniesionym z lodówki piwem i przekąskami. Doskonale wszystkim znane stwierdzenie, że piłka jest okrągła, a bramki są dwie, to hasło rozpoznawane przez kibiców piłkarskich na całym świecie. Kodem, który otwiera serce każdego, bez względu na narodowość a obecnie także płeć, bo coraz więcej kobiet dostrzega w rozgrywkach coś więcej niż tylko urodę piłkarzy.

Kontekst, środki wyrazu oraz sposób, w jaki ta wspólnota się tworzy, znacznie się zmieniły przez kilkanaście ostatnich lat. Nie zmieniło się jedno – w dniu finału piłkarskich mistrzostw świata wszystkie inne sprawy stają się zupełnie nieważne, a doba nie ma dwudziestu czterech godzin, lecz dziewięćdziesiąt minut. No, czasem trochę więcej, bo przecież może być dogrywka i karne.

W 1994 mundial rozgrywano w Stanach Zjednoczonych. Mecz finałowy między Brazylią i Włochami odbył się 17 lipca. W karnych zwyciężyła Brazylia. Spędzałam wówczas wakacje z rodzicami w małej, urokliwej, górskiej miejscowości w okolicach Karpacza. Stylowy, duży pensjonat, który oprócz pokoi dla wczasowiczów i długich korytarzy miał także imponującą świetlicę, wyposażoną w kinowe fotele, ale przede wszystkim ekran. Był tam też wielki taras z widokiem na góry. Ponieważ środek lipca jest również środkiem sezonu wczasowego, w pensjonacie przebywało wiele rodzin takich jak nasza. Mamy, ojcowie i dzieci obydwu płci. Wszyscy po dniu spędzonym na górskich wędrówkach zamykali się w swoich apartamentach, jedli kolację i szykowali się do kolejnych wędrówek dnia następnego. Oprócz ciekawskiej, wiecznie szukającej wrażeń dzieciarni świetlicy nikt nie odwiedzał.

Jednak przed meczem finałowym opuszczona zazwyczaj sala zaroiła się od panów w klapkach i krótkich spodenkach, raz po raz wychodzących na balkon „na papierosa”, aby z pomocą orzeźwiającego, górskiego powietrza ostudzić piłkarskie emocje. Obyło się bez trąbek (piękne to były czasy, gdy nikt z nas nie miał pojęcia o istnieniu wuwuzeli!), nie było szalików ani piłkarskich koszulek. Niezbędnik kibica zawierał jedynie piwo w ręku i własne gardło. Zbierało się na burzę. Zarówno w środku, jak i na zewnątrz atmosfera była gorąca. Na wielkim ekranie puszczono mecz, a kinowe krzesełka trzeszczały pod niecierpliwie wiercącymi się panami. Romario przy piłce sprawiał, że wstrzymywano oddechy, zaś przy wieńczących mecz karnych sala zamarła.

Moje zainteresowanie futbolem, jak i wiedza na jego temat były zerowe. Byłam zwykłą dziewczynką, która w wolnych chwilach bawiła się lalką Barbie. Jednak zaciekawiona tym, że nawet mój tata, nie będący na co dzień zagorzałym kibicem piłkarskim, zaopatrzył się w siateczkę piwa i zdecydowanym krokiem udał się do świetlicy, poprosiłam, żeby zabrał mnie ze sobą. Wyczuwając podniosły, wręcz rytualny charakter wieczoru, chciałam uczestniczyć w tym tajemniczym i całkiem dla mnie niezrozumiałym święcie. Będąc jedynym kibicem płci żeńskiej, obserwowałam ze zdziwieniem zupełnie obcych sobie mężczyzn, uśmiechających się do siebie, częstujących się papierosami i piwem, ściskających sobie ręce w przyjacielskich gestach, gdy karne zadecydowały o zwycięstwie Brazylii. Mężczyzn, którzy jeszcze dzień wcześniej nie witali się na schodach nawet kiwnięciem głowy. Mężczyzn, którzy specjalnie się nie umawiając, kierowani pierwotnym instynktem stawili się o odpowiedniej porze w odpowiednim miejscu. Podpatrując ten zupełnie mi nieznany, egzotyczny, męski świat, nie dało się nie zauważyć więzi, jaka w zupełnie niewymuszony, spontaniczny sposób wytworzyła się między oglądającymi ten mecz kibicami. Pochodzący z różnych regionów Polski, zróżnicowani pod względem majątkowym i zapewne podzieleni politycznie, wszyscy oni kibicowali wówczas piłkarzom brazylijskim. Bardziej jednak niż o ich zwycięstwo chodziło wówczas o bycie razem i wspólną radość, która zapanowała tuż po tym, jak sędzia odgwizdał koniec meczu. O brazylijską fiestę, jaka odbyła się w polskich górach szesnaście lat temu.

 


Kolejne mistrzostwa świata oraz Europy wyglądały już bardzo podobnie. Mecze oglądane w towarzystwie znajomych i emocjonujące eliminacje, w których brała udział Polska. W turniejach, oprócz piłkarskich i trenerskich osobowości, coraz większą rolę odgrywał prężnie a zarazem agresywnie rozwijający się przemysł reklamowy. Machina promocyjna z tonami koszulek, czapeczek i innych piłkarskich akcesoriów. Napojów i gadżetów firmowanych nazwiskami gwiazd futbolu, opatrzonych ich wizerunkami. Era Zidane’a, Beckhama, Figo czy Ronaldo. Era wątpliwych sukcesów rodzimej reprezentacji.

Kiedy naszym rodakom udało się wreszcie zakwalifikować do mistrzostw świata, natychmiast reaktywowały się okolicznościowe mity – i te przywołujące piłkarską chwałę Polaków, i te sięgające głębiej, do wszelkich narodowych tradycji. Wielkie nadzieje w Korei i Japonii. Jerzy Engel, śpiewająca hymn Edyta Górniak oraz sędziowie sprzyjający Koreańczykom. Wielkie nadzieje w Niemczech. Paweł Janas i porażka z gospodarzami. Później Euro 2008, również zakończone klęską, którą był remis z Austrią. Pojawiły się listy gończe rozwieszane przez Polaków w Wielkiej Brytanii, z informacją skąd pochodzi sędzia, który podyktował pogrążający reprezentację Leo Beenhakkera rzut karny. Ciekawe co przyniesie 2012? Pomijając zapowiadany koniec świata, rzecz jasna.

foto: Radek Tobolka

Tegoroczny mundial trochę przypomina ten z 1994 roku. Nie ma na nim Polaków (nie licząc tych grających w drużynie niemieckiej), lecz nie czyni go to dla nas nieinteresującym. Polscy kibice, wolni od presji związanej z występem własnej reprezentacji, rozdzielają sympatie między drużyny z innych krajów. Jednakże mundial w RPA od tamtego, sprzed szesnastu lat, wiele też różni. Niezmienne pozostały ogólne zasady gry, wymiary boiska i kształt piłki. Cała reszta – począwszy od najistotniejszego faktu, jakim jest to, iż po raz pierwszy mundial rozgrywa się w Afryce, w jednym z najniebezpieczniejszych państw na świecie – wygląda inaczej. Atmosfera dusznej świetlicy w górach zgubiła się gdzieś przez te lata, zniknęła bezpowrotnie.

Zastąpił ją e-mundial. Sen McLuhana o globalnej wiosce się ziścił. Wspólnota plemienna wyparta została przez wspólnotę medialną. Zadecydował o tym, przede wszystkim, rozwój Internetu - najbardziej dynamicznego, najpotężniejszego ze wszystkich mediów, mianowicie Internetu. Który z obecnych wówczas w świetlicy panów mógł marzyć, że ludzie pozbawieni możliwości oglądania meczu – choćby ze względu na pracę – będą czytali jego zabawną, spisywaną na żywo relację, w jednym z internetowych serwisów? Skąd mogli wówczas wiedzieć, że zarówno tamte historyczne karne, jak i wszystkie inne, strzelane później, obejrzy się nieskończoną ilość razy na YouTube, nie będąc zdanym na łaskę bądź niełaskę telewizji? Nikt nie mógł nawet przypuszczać, że zamiast spieszyć na mecz z siatką pełną butelek piwa, będzie oglądał go w domu, zerkając co jakiś czas na ekran laptopa, żeby nie uronić kolejnych sensacyjnych doniesień, alternatywnych komentarzy, amatorskich zdjęć i filmików (w piciu piwa na szczęście to nie przeszkadza). Ale – przede wszystkim – nikt nie sądził, że wspólny papieros i uścisk dłoni po meczu zamienią się w kilkumetrowe wątki na rozlicznych forach, serwisach, portalach…

Kibicowanie, jak większość aktywności, przenosi się do Internetu. Kiedyś wystarczyło po prostu iść na mecz, ewentualnie przed mundialem przejrzeć „Przegląd Sportowy”, później założyć koszulkę w barwach drużyny, której się jest entuzjastą, zaopatrzyć się w szalik i trąbkę. Dziś dochodzi do tego odpowiedni status na Facebooku czy innym tego typu portalu. Obecnie nieodłącznym elementem mistrzostw jest przesyłanie sobie linków z ciekawymi bądź kontrowersyjnymi filmikami o tematyce piłkarskiej bezpośrednio bądź pośrednio związanymi z turniejem, dzielenie się zdjęciami z zabawnymi podpisami, wymienianie się opiniami (w dobie Internetu każdy jest przecież ekspertem piłkarskim). Komentarzy na forach poświęconych piłce nożnej więcej jest po meczu, niż pustych butelek od piwa. Radość ze zwycięstwa ulubionej drużyny, choć jej manifestacja odbywa się w innej niż kiedyś formie, pozostaje ta sama.

Kto wie, może tym razem także do finału dojdą Włosi i Brazylia*? Choć ja kibicuję Hiszpanii.

Ewa Kawiecka

* Tekst powstał zanim opisywany finał stał się niemożliwy (przyp red.)

 

 

Komentarze

nie dodano jeszcze żadnego komentarza.

Dodaj komentarz

 

*tytuł komentarza:

*treść komentarza:

Token

*wpisz znaki widoczne na obrazku:

 
Aktualności
2011-12-15
Piłkarze w lodzie - wspomnienie
Najpierw piłka odkleiła się od buta. Później odpadła noga piłkarza. Ciepły grudzień nie był łaskawy dla prac pokazanych na poznańskim rynku podczas Międzynarodowego Festiwalu Rzeźby Lodowej. Setki turystów fotografujących kapiące rzeźby ocaliły je przed rozpłynięciem się w zupełnej niepamięci. W selektywnej galerii przedstawiamy piłkarskie akcenty Festiwalu. więcej
Archiwum cytatów

“Gdy mewy podążają za kutrem, czynią tak dlatego, ponieważ myślą, że do morza będą wrzucane sardynki”

Eric Cantona

Paul Gascoigne
Geniusz i błazen. Jeden z największych zmarnowanych talentów w historii angielskiego futbolu. Idol młodzieży lat 90-tych, zanim wpadł w kłopoty związane z uzależnieniami, był prawdziwą gwiazdą brytyjskiego sportu, ale także showmanem i … raperem. więcej