Strona główna > Wokół piłki
Z problematyki dyskursu konfesyjnego, czyli piłkarz na ofsajdzie życia
O książce: Piotr Reiss, Spowiedź piłkarza, SportWin, Poznań 2009.
Już sam tytuł dzieła znanego poznaniaka przywołuje literackie reminiscencje. Czy bardziej Reiss w swej biografii nawiązuje do postaw Oktawa ze Spowiedzi dziecięcia wieku A. de Musseta, czy może jednak bliższa jego sercu jest spowiedź Jacka Soplicy... Poznańskiemu cherubinkowi, zawsze uśmiechniętemu huncwotowi bliżej raczej do tego drugiego, gdyż sam nigdy nie zaznał, czym jest Weltschmerz (w przeciwieństwie do Oktawa); do księdza Robaka bliżej mu z tego względu, iż przeszłość ich obu napiętnowana winą, w przypadku Reissa domniemaną, w przypadku Soplicy wyznaną i odpokutowaną...
Tyle że pupil poznańskich kibiców w żadnym wypadku nie chce występować w roli penitenta, co o tyle oczywiste, że w przeciwieństwie do Jacka Soplicy – jak sam twierdzi – grzechu nie było („bezgrzeszne lata”, jak u K. Makuszyńskiego, względnie „młodość chmurna i durna” co najwyżej...). Inna sprawa – winny czy niewinny – pokuta trwa, a na temat rozgrzeszenia trudno się wypowiadać z jednego prostego powodu... Wybrał sobie bowiem Reiss taką formułę „sakramentu”, która nie wymaga interakcji ze „spowiednikiem” i która nie działa pod sankcją ewentualnej kary, a więc i rozgrzeszenia udziela sobie sam winny/niewinny, czyli – jak uważa Reiss – poszkodowany, on sam. „sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem...”.
Jest w ogóle coś w naszym bohaterze, co każe stawiać pytania w duchu tradycyjnego dyskursu maturalnego: „Wokulski – bohater pozytywistyczny czy romantyczny?”. Zadajmy podobne pytanie ikonie poznańskiego klubu. Pisze Reiss: „Tuż przed decyzją o napisaniu tej książki spędziłem miesiąc w górach, rozmyślając o swojej niemal 30-letniej karierze piłkarskiej” – a więc jest w nim Duch; zgnębiony, lecz nieulękły, gotów do najwyższych poświęceń, ze szczytów spogląda na świat, w niemej zadumie zbierając myśli. Romantyk, jak Kordian na szczycie Mont Blanc… Piotr jednak nie krzyczy „Polska Winkelriedem narodów!”, lecz rzuca (najpewniej) srogie przekleństwo w stronę posępnego gmachu prokuratury we Wrocławiu... A skoro o architekturze, o budynku, to może jednak nie romantyk, lecz bardziej Kafkowski Józef K. z Procesu – osaczony, sparaliżowany nieświadomością sensu wypadków, zagubiony i niewinny, choć skazany... Sięgnąć można i głębiej: czyż nie jest spowiedź Reissa formą literatury parenetycznej? Czyż nie jest wieloletni kapitan Lecha współczesnym wcieleniem św. Aleksego? ( „Każdy nań pomyje, złą wodę lał”).
„Moją rolę widzę inaczej. Chciałbym, aby książka ta była inspiracją dla wszystkich młodych chłopaków, którzy marzą o tym, aby zagrać na stadionach ekstraklasy, Europy, w lidze lub reprezentacji, przy kilkudziesięciu tysiącach kibiców skandujących właśnie ich imię” – skromnie stwierdza poznański piłkarz i Pisarz zarazem. Tak, Pisarz. Ośmielam się tak nazywać ikonę poznańskiego klubu, gdyż uważam – i podkreślam to z całą mocą – wielkim Pisarzem jest! Zachwyca styl Piotra Reissa – używa pięknej polszczyzny naszych (przedwojennych) dziadów i pradziadów, konsekwentnie, ale z umiarem wyzyskując archaiczne (we współczesnych słownikach opatrzone kwalifikatorem „książkowy”) spójniki – tudzież, toteż, aczkolwiek... W początkowym rozdziale Autor podejmuje problem peregrynacji (niestety jest to bardziej Peregrynacja dziadowska Januariusa Sovizraliusa niż Peregrynacja [...] do Ziemi Świętej Mikołaja Kazimierza Radziwiłła „Sierotki”, tym bardziej że motyw „świata na opak”, właściwy literaturze sowizdrzalskiej, znakomicie przystawał do całej sytuacji – gwiazda poznańskiego klubu zamiast przygotowywać się do kolejnego meczu oraz w glorii i chwale kontynuować karierę sportową zmierzała w asystencji przedstawicieli władzy do Wrocławia w wiadomym celu, a więc nie opatrzność czuwa nad naszym bohaterem, lecz raczej nomen omen „opaczność”). Po zamknięciu wątku nieplanowanego pielgrzymowania podejmuje z kolei Pisarz/piłkarz problematykę eschatologiczną: „(...) dla kibiców będę Piotrem R., w błysku fleszy aparatów odprowadzanym do aresztu albo prokuratury. To oznaczać mogło dla mnie tylko jedno: wyrok śmierci. Śmierci piłkarskiej”.
Mało na wstępie miejsca poświęca Autor znanej z literatury topice „małych ojczyzn” (pokrótce opisuje realia życia na Grunwaldzie), koncentrując się raczej na przedstawieniu szczebli edukacji, jakie pokonywał, będąc „dzieckiem w kolebce”, na opisie niedostatku asortymentu sportowego w owych mrocznych czasach, wspomnień pobłażliwej „superbabci Rózi”, a także wyrażeniu nostalgii za czasami świetności, gdy brylował nie na boisku, lecz w szkolnej ławie: „Historię uwielbiałem także dlatego, że nigdy nie musiałem uczyć się na sprawdziany, ponieważ wszystko zostawało mi w głowie po interesujących lekcjach”. Na wspomnieniach jednak się nie kończy – pan Piotr, jako osoba doświadczona w tej materii i świadoma wagi problemu, podsuwa niebagatelną myśl, nową koncepcję, mogącą lec u podstaw reformy systemu edukacji w naszym kraju: „Uważam, że taki powinien być wzór nauczyciela: uczyć na lekcji tak, żeby uczeń wyniósł maksymalną porcję wiedzy, a czas po szkole zostawić do dyspozycji ucznia i jego rodziny”.
Edukacja wieloletniego kapitana Lecha Poznań zapisała się jednak w historii nie tylko złotymi zgłoskami. Autor przyznaje, że przedmioty ścisłe i przyrodnicze nie były jego mocną stroną, a także – co może dziwić w kontekście elokwencji pisarza i wskazywanych wcześniej językowo-erudycyjnych popisów – nie był nią język polski. W dalszej kolejności czytamy o dylematach egzystencjalnych piłkarza, związanych z dokonaniem wyboru niewłaściwej szkoły zawodowej, a także o ukształtowaniu się silnej świadomości tożsamościowej, która pozwoliła mu precyzyjnie zdefiniować typ roli społecznej, mającej być dlań tą jedyną...
W dalszej części Autor wspomina okres dorastania w juniorskich drużynach Lecha, by pisząc o odbywaniu służby wojskowej, znów zaczerpnąć z bogatego skarbca toposów kultury: „Wtedy po raz pierwszy (choć nie ostatni) zrobiłem szaloną rzecz... Urwałem się w nocy z jednostki, by pożegnać się z bliskimi”. A więc pojawia się motyw szaleństwa, obecny w literaturze od jej zarania... Nie o szaleństwo Kainowe tu chodzi, lecz raczej o rozterki typu hamletyczno‑werterycznego (a raczej tego drugiego...). W dość nudnym rozdziale, poświęconym piłkarskiemu pobytowi we Wronkach i późniejszemu podpisaniu kontraktu z Lechem, pisarz po raz pierwszy używa słowa „dyskurs”, co jest widomym sygnałem nawiązania do dorobku rozmaitych gałęzi naukowych, ze wskazaniem na językoznawstwo, nauki społeczne, filozofię i teorię literatury oraz pojmowanie rzeczywistości jako dyskursu.
W kolejnym rozdziale, poświęconym latom 1994–1998, podejmuje Autor ważką problematykę społeczną i ekonomiczną: „Nowy społeczny porządek i gospodarka rynkowa pociągały za sobą spore koszty społeczne” – zauważa piłkarz, pisarz, ale też reprezentant nurtu nauk społecznych, do których tradycyjnie zaliczamy tak ekonomię, jak i socjologię.
Nasz narrator zdradza też niewątpliwy talent poetycki (szkoda, że tak rzadko wykorzystuje ten dar na kartach owej książki...). „Bez wątpienia ten październikowy weekend był takim moim prywatnym promykiem słońca w pochmurnych czasach poznańskiego klubu”. Cały rozdział ikona poznańskiej piłki poświęca ważnemu etapowi swojej kariery – grze w reprezentacji narodowej: „Mam co opowiadać moim dzieciakom oraz kibicom, bo przecież naprawdę niewielu polskich zawodników mogło grać przeciwko aktualnym mistrzom świata”.
Następny rozdział Piotr Reiss tytułuje „Na emigracji” – jest to kolejny dowód na to, jak silnie myśl Autora zakorzeniona jest w dorobku romantyzmu. Choć nie jest to w przypadku piłkarza emigracja wygnania (E. Orzeszkowa, Meir Ezofowicz) ani ucieczki (A. Dumas, Hrabia Monte Christo; B. Prus, Lalka), lecz raczej emigracja zarobkowa (po części nawiązanie do Emigrantów Sławomira Mrożka; H. Sienkiewicz, Za chlebem).
Piłkarz porusza też istotny problem asymilacji Polaka emigranta na obcym gruncie oraz funkcjonowanie ciągle silnych stereotypów antypolskich, a wszystko to okraszone jest dowcipem, świadczącym o wiedzy Autora na temat staropolskiej facecjonistyki: „Co ciekawe, pierwsze, o co po przyjeździe poprosili mnie chłopacy, wiedząc, że jestem z Polski, to to, żebym nie kradł im samochodu”. Kunszt literacki dawnego kapitana „Kolejorza” przejawia się też w łatwości wprzęgania w tekst efektownych porównań: „Mecz rozgrywaliśmy w ogromnym upale, choć nie był on tak wielki jak późniejsza euforia kibiców”; „Mój rozdział poświęcony reprezentacji jest tak krótki jak moja przygoda z drużyną narodową” (a więc zdarzały się i toposy skromności). Nie brak też w książce Reissa wnikliwych analiz lingwistycznych: „Wtedy też zrozumiałem, co oznacza w praktyce słynne przysłowie mówiące o tym, że ” – co znamienne, owa wypowiedź świadczy także o tym, że Autor czerpie ze skarbca kultury antycznej.
Nie ogranicza się jednak Pisarz do popisów erudycyjnych – wszak taka forma organizacji tekstu nie zawsze pomaga w jego recepcji przez przeciętnych czytelników. Stąd też obecność mniej interesujących rozdziałów, dotyczących choćby zdobycia przez poznańską drużynę pucharu i superpucharu Polski w 2004 roku. W kolejnych ustępach książki pojawiają się mało znaczące nawiązania do T. Dołęgi-Mostowicza (przywołanie postaci Nikodema Dyzmy – w odniesieniu do jednego z kibiców) oraz R.L. Stevensona (Jeckyll i Hyde – w odniesieniu do trenera B. Baniaka).
„Daremne żale, próżny trud…” – tymi słowami można podsumować treść rozdziału poświęconego skomplikowanym relacjom między panem Piotrem a trenerem Franciszkiem Smudą. Dziwne, że w tym fragmencie książki rezygnuje Autor z tak przez siebie lubianej intertekstualności, igrania ze słowami, trafnego doboru cytatów i przywołań literackich oraz ogólniej – archetypów kultury. Czasami jednak Pisarz przypomina sobie o tym, że warto niekiedy posłużyć się humorem językowym (można nawet powiedzieć, że dowcipem metalingwistycznym), by odwrócić uwagę od nie zawsze interesujących boiskowych i pozaboiskowych przygód bohatera poznańskiej piłki: „Z całej sytuacji mieliśmy ubaw po przysłowiowe pachy”.
Apetyt rośnie w miarę jedzenia, jednak niestety im bliżej końca książki, tym mniej intelektualno-erudycyjnych smaczków. Tytuł kolejnego rozdziału, „Ostatnia Wieczerza”, zdaje się zapowiadać mocny akord. Tym razem można się było spodziewać, iż Autor będzie igrać z konwencją parabol biblijnych… Nic jednak bardziej mylnego – Pisarz nie decyduje się na rozwinięcie tego in potentia znakomitego literackiego konceptu i expressis verbis przedstawia kulisy rozstania z klubem.
W trakcie owej „Wieczerzy”, spożywanej w towarzystwie włodarzy klubu, Pan Piotr wyraźnie sugeruje akt przeistoczenia, nabycia nowej tożsamości – być może jeszcze nie wieszcza, lecz już literata na pewno: „Sugerowałem naszą dalszą współpracę w trzech obszarach: Reiss jako zawodnik, jako członek sztabu szkoleniowo-marketingowego i jako autor swojej autobiografii”. Czy można przeprowadzić paralelę między nową rolą społeczną Reissa jako pisarza a Chudym Literatem, bohaterem satyry Adama Naruszewicza, który piętnuje ciemnotę i gnuśność szlachty, tak jak piłkarz w dziele swym piętnuje niesprawiedliwe i upokarzające zachowanie zarządu klubu wobec niego i bezduszne, skazujące go na cywilną banicję, postępowanie wymiaru sprawiedliwości? Teza to dość karkołomna, tym bardziej że w swej krytyce pasywizmu zarządu oraz poprzez prezentację swych śmiałych planów dotyczących przyszłości klubu zbliża się Reiss raczej do koncepcji filozofii czynu Augusta Cieszkowskiego – a więc po raz kolejny ujawnia się romantyczny stygmat osobowości Pisarza. Wiemy też, z jakim typem tożsamości Autor w żadnym stopniu nie chce się identyfikować – jest to typ osobowości oderwanej, zanurzonej w fantazji, emanującej niedojrzałością (Ferdydurke?). „Nie byłem Piotrusiem Panem bujającym w chmurach, lecz profesjonalnie przygotowanym Piotrem Reissem”.
Dzieło wieloletniego kapitana Lecha Poznań zamykają rozdziały poświęcone zatrzymaniu i przesłuchaniu piłkarza przez prokuraturę. Nie są to jednak najefektowniejsze fragmenty książki, albowiem Autor uderza tu w tony wysokie a ponure (matnia, osaczenie, sytuacja bez wyjścia), a chwilami przesadnie sentymentalne, eksploatując wyświechtany motyw kata i ofiary. Zdarza się jednak Autorowi sięgać jeszcze po efektowne skojarzenia: „Wśród czarnych myśli, które kłębiły się wtedy w mojej głowie, była i taka, że jestem na boisku, na którym walczą przeciwko sobie prokuratorzy i adwokaci, ale bez względu na wynik meczu i tak grają w jednym zespole…”.
Reasumując, książka Reissa jest na tle innych tego typu publikacji (tworzonych przez zawodowych sportowców) czymś częściowo nowym. Rzadko spotykaną erudycję wspiera Autor biegłością językową, czaruje lekkością pióra, zaskakuje lingwistycznymi konceptami… Jest książka Reissa głosem wołającego na puszczy, bezskutecznie szukającego wsparcia ze strony wymiaru sprawiedliwości; jest wyrazem osobistego dramatu piłkarza, ale także pewnego rodzaju manifestem filozoficznym, wyrażeniem idei: „Jam Pisarz, Duch i Czyn zarazem. Zgnębiony, okryty hańbą, lecz nieuległy”. Wiemy, że powróci – może nie jako piłkarz, lecz z pewnością jako Pisarz – zapowiada przecież drugą część swojego dzieła… Nam czytelnikom pozostaje tylko uzbroić się w cierpliwość.
Acta non est fabula...
Diego Podcinka
drybler, harcownik, podżegacz
Komentarze
Dodaj komentarz
*tytuł komentarza:
*treść komentarza:
Piłkarze w lodzie - wspomnienie
Najpierw piłka odkleiła się od buta. Później odpadła noga piłkarza. Ciepły grudzień nie był łaskawy dla prac pokazanych na poznańskim rynku podczas Międzynarodowego Festiwalu Rzeźby Lodowej. Setki turystów fotografujących kapiące rzeźby ocaliły je przed rozpłynięciem się w zupełnej niepamięci. W selektywnej galerii przedstawiamy piłkarskie akcenty Festiwalu. więcej
“Gdy mewy podążają za kutrem, czynią tak dlatego, ponieważ myślą, że do morza będą wrzucane sardynki”
Eric Cantona
Paul Gascoigne
Geniusz i błazen. Jeden z największych zmarnowanych talentów w historii angielskiego futbolu. Idol młodzieży lat 90-tych, zanim wpadł w kłopoty związane z uzależnieniami, był prawdziwą gwiazdą brytyjskiego sportu, ale także showmanem i … raperem. więcej









