Strona główna > Wokół piłki

Kiks Garrinchy. Piłkarze (nie)lubiani

Piłka nożna, jak każda dziedzina życia wzbudzająca powszechne emocje, ma swoich bohaterów i antybohaterów. Powodów tej ambiwalentnej popularności jest w zasadzie bez liku. Najprostszy, najbardziej banalny, losowy i niezamierzony jest czynnik geograficzny: lokalnym bohaterem staje się wychowanek naszego klubu. Kiedy miałem jedenaście lat, pojechałem na wakacje do ciotki w Gdańsku. Wówczas wydawało mi się, że najlepszym piłkarzem świata jest Mirosław Okoński, zaraz po nim Henryk Miłoszewicz, a najlepszy bramkarz nazywa się Zbigniew Pleśnierowicz. Sprowadzono mnie na ziemię. Niekoronowanym królem Gdańska był Andrzej Salach, przynajmniej dla tych chłopaków z Nowego Portu. Ale już na przykład w Gdyni, w tej części, która kibicowała Bałtykowi, rządził Zdzisław Puszkarz (pseudonim Dzidek) – wielka legenda trójmiejskiej piłki, w swoim czasie także piłkarz Lechii. Prawdziwy bohater dla tamtejszych kibiców. Nazwisko miał też bardzo piłkarskie.

O Puszkarzu i Okońskim skandowano przyśpiewki, na murach wypisywano średnie literacko, ale szczere peany. Zanikała już radosna twórczość transparentowa, uwieczniona na fotkach z lat 70. Pamiętam dwie ze starej książki o Lechu: „Gdy Jakóbczak strzela gola, każdy chwyta za korbola” – treściwa, humorystyczna, nie bez talentu spisana rymowanka, z zachowaniem wszystkich prawideł rytmiki poetyckiej. Drugi napis nie był już rytmicznie tak mistrzowski, ale liczył się optymizm, a optymizm bił z niego tym wyraźniejszy, że kolektywny. W tamtych czasach – rzecz szczególnie ceniona: „Turek w bramce dzielnie stoi, Goplana o wynik się nie boi”. Goplana to poznański wytwórca słodkości, Andrzej Turek był fenomenalnym bramkarzem przełomu lat 60. i 70., o nie mniej piłkarskim nazwisku niż Puszkarz (Toni Turek – mistrz świata z roku 1954).

Pierwszym polskim niekwestionowanym idolem piłkarskim był Gerard Cieślik, prawdziwe bożyszcze powojennej młodzieży, słynny „łącznik”z piosenki Andrzeja Boguckiego i chóru Czejanda. W 1957 roku złamał poprzeczkę Związkowi Radzieckiemu (tak chciał przynajmniej w swej filmowej komedii Janusz Zaorski), a już na pewno serca towarzyszy partyjnych – wygrać z drużyną radziecką było nietaktem politycznym. Ale i wielką nadzieją, nie tylko sportową – to przecież czas wczesnego Gomułki, rzekomej odwilży, kolejnych szans i planów. Każdy chciał mieć Cieślika w składzie, ale był nie do ruszenia. Uparła się Legia i sprawa rozegrała się ostatecznie na najwyższym szczeblu – u Konstantego Rokossowskiego interweniował przodownik pracy Wiktor Markiefka. Cieślik na zawsze pozostał w Chorzowie. Co roku szyje szmaciankę dla największego ligowego partacza w sezonie.

Zupełnie inaczej rzecz się miała z Lucjanem Brychczym. Choć Ślązak, wybrał Warszawę. Dziś jest symbolem Legii. Ten wybór życiowy bywalcy polskich stadionów mu zapamiętali: uwielbiany w stolicy, poza jej granicami wzbudzał co najmniej niechęć. Józef Djaczenko [1] odnotował prowokacyjne zachowanie Kiciego podczas meczu z Lechem na dębieckiej Maracanie. Po meczu z Lechem piłkarz pragnął zaspokoić pragnienie, ale do wypicia miał tylko wodę. „W tym Poznaniu nawet herbaty nie potrafią zrobić” – nie omieszkał skomentować, co kibice odebrali jako atak na rodzime miasto.

Przełom lat 60. i 70. to dominacja dwóch idoli: Włodzimierza Lubańskiego i Kazimierza Deyny. Lubański lubiany był powszechnie: elokwentny, przystojny, niewinny. Nawet po skandalu w Starej Zagorze cała piłkarska Polska stanęła po stronie pana Włodka, a złość po przegranym meczu przelano na rumuńskiego sędziego Victora Pădureanu, którego nazwisko (swoją drogą notorycznie przekręcane) stało się przy okazji synonimem wszystkiego, co najgorsze. Cała Polska współczuła Lubańskiemu, gdy w słynnym chorzowskim meczu z Anglią gruchnęło mu kolano. Kilka lat rehabilitacji i nici z najważniejszej imprezy piłkarskiej w życiu. Lubański wrócił po kilku latach, na eliminacyjny mecz z Danią. 1 maja 1977 roku wygraliśmy 2–1 w Kopenhadze, a obie bramki strzelił niedawny rekonwalescent. Wynik świetny i data do uciechy wyborna. Szkoda tylko tych mistrzostw w Argentynie. To wszystko miało wyglądać inaczej. Może, gdyby więcej na tamtym mundialu grał Lubański… Ale to temat na tekst z zupełnie innym bohaterem w roli głównej. Dzisiaj Lubański jest menedżerem piłkarskim i obywatelem świata.

Przykład Kazimierza Deyny jest pod wieloma względami odmienny. Kojarzony z Legią, chociaż nie dawał tego po sobie poznać. Ale kibice wiedzieli swoje – Legia była wówczas synonimem tego, co w minionym systemie najgorsze, ten klub mógł prawie wszystko. Wojsko brało w kamasze jak leci, a utalentowani piłkarsko poborowi zasilali pion futbolowy. I nie było zmiłuj, najjaskrawszym dowodem właśnie Deyna. Nie mamy chyba w historii polskiej piłki zawodnika wzbudzającego tak skrajne uczucia. Uwielbiany w Warszawie (w tej części, która kibicowała Legii), znienawidzony w reszcie kraju. W moim mieście nie pomogło mu nawet to, że ożenił się z poznanianką. Swoje robiły też wywiady, rzekomo udzielane usłużnej prasie, w których miał wyznawać miłość do barw klubowych, munduru, stopnia wojskowego.

Do przedziwnej, a prawdę mówiąc żenującej sytuacji doszło podczas eliminacyjnego meczu z Portugalią 29 października 1977 roku. Aby pojechać na mundial do Argentyny, nie mogliśmy tego meczu przegrać. Stadion Śląski wypełnił się zgodnie z tradycją, a każdemu zagraniu piłkarza Legii towarzyszyły niespotykane dotąd przeraźliwe gwizdy. W 38 minucie Deyna zdobył gola bezpośrednio z rzutu rożnego. Na stadionie konsternacja! Jak się zachować? Strzelił w końcu bardzo ważną bramkę. Chwilowy, trwający może sekundę aplauz, po czym następuje przeraźliwy gwizd! Jakby przed chwilą nic się nie stało. Potem było już tylko gorzej – pod każdym względem nieudane mistrzostwa świata, fatalny transfer do Manchesteru City, wyjazd do Stanów Zjednoczonych, bankructwo finansowe, wreszcie zagadkowa śmierć w wypadku samochodowym, która nawet po dwudziestu latach jest pretekstem dla kibicowskich połajanek (transparent z napisem „Stop piratom drogowym” i wizerunek Deyny – jawnie prowokacyjny pomysł kibiców warszawskiej Polonii).

Zbigniew Boniek kontrowersję ma wpisaną w swój sposób bycia. Zadziorność i czupurność uwidaczniała się nie tylko na boisku. Oto jak spotkanie z Zibim zapamiętał Jan Rędzioch: „W swoim albumie, pełnym zdjęć gwiazdorów ekstraklasy, gdzie zdążyłem zebrać już autografy Burzyńskiego i Błachny, Pyrdoła, Janasa i Rozborskiego, pozostawało mi miejsce tylko przy nazwisku ‘Boniek’… Gdy ‘Murzyn’, jak zwali go koledzy, wyszedł wyluzowany z szatni, najgrzeczniej jak potrafiłem, poprosiłem o upragniony autograf. – Stówa! Autograf kosztuje! – wycedził cynicznie starszy ode mnie zaledwie o pięć lat futbolista, na swoje nieszczęście - w obecności kilku wielkopolskich dziennikarzy. Poznańska prasa szalała, a Bońkowi autografowa awersja pozostała na całe lata…" [2]. Tak rodzą się antylegendy.

Oczywiście, ciężko w niedługim tekście wspomnieć każdą gwiazdę, antygwiazdę, a nierzadko gwiazdkę jednego sezonu. Wszakże Dariusza Dziekanowskiego podarować sobie nie mogę. Kiedy DD przechodził do Widzewa, ja zaczynałem pasjonować się piłką. 1983 rok – szary i ubogi, jak tamte lata. Dziekanowski przechodzi z warszawskiej Gwardii do Widzewa za cenę 21 milionów złotych. To był wtedy – jak na polskie warunki – piekielny pieniądz. DD wyglądał niczym aktor filmowy, nie chadzał spać zbyt wcześnie, lubił towarzystwo ładnych pań, potrafił się wysłowić, dobrze czuł się przed kamerą, telewizja też nim nie pogardzała. Zagospodarowywał w świadomości zbiorowej miejsce na odrobinę blichtru. Grał w opuszczonych getrach i niezbyt wysoko podciągniętych spodenkach. Wyczyniał z piłką nadzwyczajne rzeczy. Potrafił w parę minut strzelić parę goli, ale zdarzało mu się przestrzelić karnego kilka metrów nad bramką. Gdy DD spartaczył stuprocentową sytuację, często się schylał i z dezaprobatą patrzył na buty, lokował w nich całą winę. Za to też go uwielbiano.

To byli wszystko piłkarze, dla których przychodziło się na stadiony, nawet jeżeli nie byli „nasi”. Bez nich nie było porządnej piłki. Wspomnę na koniec o Wojciechu Kowalczyku. Moim zdaniem to ostatni z wielkich, „na których się chodziło”. Po sezonie 1992/1993 PZPN odebrał Legii tytuł Mistrza Polski po pamiętnym 6–1 z Wisłą Kraków. Piłkarze warszawscy mogli sobie myśleć, co chcieli, ale w końcu „cała Polska widziała”. Tytuł przypadł Lechowi, co tylko umocniło nienawiść między klubami. Na samym początku następnego sezonu Legia przyjechała na mecz do Poznania. Przed meczem kibice Lecha wręczyli Kowalczykowi jakieś pojednawcze kwiaty, które zresztą zostały przyjęte. Tuż po gwizdku rozpoczynającym mecz Kowalczyk strzelił bramkę, po czym podbiegł do tych samych kibiców i w wulgarnych słowach i gestach pokazał, co o tym wszystkim myśli. Kilka lat później, już po powrocie z zagranicy, piłkarz chciał grać dla Lecha. Rzecz nie doszła do skutku – kibice mają jednak swoją pamięć.

Piłka nożna generuje skrajne emocje, potrzebuje osobowych wzorców i antywzorców, karmi się dezaprobatą i admiracją. W omówionych przypadkach, tak jak w bajkach: bohaterowie jednoznacznie pozytywni (do naśladowania), postaci kontrowersyjne (do przemyślenia: „ku nauce i przestrodze”) oraz, niezbędne w każdej bajce, szwarccharaktery. Wstyd się przyznać, ale ci ostatni najbardziej działają na wyobraźnię kibica. Szwarccharakternie budzi uwielbienia, ale jest wyposażony w potencjał niezbędny do toczenia walki z dobrem. Szwarccharakterbudzi szacunek, chce się z nim obcować, choć życzymy mu porażki. I nie ma w tym sprzeczności – po prostu pragniemy oglądać klęskę siłacza, który działa przeciw naszej drużynie, a do tego manifestuje swoją inność (nie–naszość) w sposób ostentacyjny.

Oglądałem mecz Pucharu Europy (wolę tę staroświecką nazwę) Milanu z Manchesterem United, a tam pojedynek dwóch piłkarzy, których kariery toczyły się po nie zawsze prostych torach. „Co tam polskie gwiazdy i antygwiazdy!” – pomyślałem. Pierwsza połowa i odrodzenie Ronaldinho – przepiękna bramka, zjawiskowe dryblingi – w pełni zasłużone ochy i achy! I pod tym względem piłka przypomina bajkę! W tak krótkim czasie wyjść z ciemnego lasu, znaleźć się po jasnej stronie życia, wymazać kilka lat szarugi. Naprzeciw niego Rooney, któremu pierwsza połowa zdecydowanie nie wyszła. Po przerwie strzelił dwa piękne gole i sprawozdawcy – ci sami, którzy kilkanaście minut wcześniej nie zauważali go na boisku – uczynili go najlepszym piłkarzem świata. Rooney to przykład idiomatyczny – wszystko, co osiągnie w kulturze masowej, zawdzięczy wyłącznie własnej pracy. Pamiętam, że podczas Mistrzostw Świata w Niemczech sfaulował brutalnie Ricardo Carvalho. Komentujący na gorąco sytuację Tomasz Wołek nazwał piłkarza – nie bez odwołań do jego aparycji – „parobczakiem”, czy kimś w tym rodzaju. Historia zmienną jest…

Gdy oglądałem bramki Rooney’a, kotłowały mi się w głowie nazwiska lubianych i nielubianych. Byłem świeżo po lekturze książki „Sport rządzi światem” Andrzeja Persona, więc zrządzenie chciało, że były to nazwiska wyłącznie polskie (Hnatio, Rudy, Tarasiewicz i jego konflikt o kolczyk z redaktorem Januszem Atlasem). W końcu ile można pisać o Maradonie, Pelem, czy Zidanie… Dzień po meczu Milanu z Manchesterem na boisku w Porto łamał sobie karierę Łukasz Fabiański. Łajba płynie tedy w najlepsze i niczym Hobbesowski Lewiatan pożera jednych i wypluwa drugich. Nasza tragedia jest szczęściem Portugalczyków.

__________________

[1] W niniejszym tekście korzystam pełnymi garściami z książki Józefa Djaczenki W moim sercu Lech… czyli o kibicach Kolejorza (Poznań 2006). Pełna anegdot, historycznych już dzisiaj smaczków, barwna opowieść prawdziwego kibica.
[2] Andrzej Gowarzewski, Jan Rędzioch, Lech Poznań, Seria Kolekcja Klubów, Katowice 2003, s. 202.

 

Adam Adamczyk
Krytyk, prozaik.
Publikował m.in. w "Czasie Kultury" i serwisie futbol.pl

 

>>> KIKS GARRINCHY. NA CO DZIEŃ I OD ŚWIĘTA

>>> KIKS GARRINCHY. SUMA SZCZĘŚCIA I PECHA

>>> KIKS GARRINCHY. O KSIĄŻCE PIŁKARSKIEJ

 

Komentarze

nie dodano jeszcze żadnego komentarza.

Dodaj komentarz

 

*tytuł komentarza:

*treść komentarza:

Token

*wpisz znaki widoczne na obrazku:

 
Aktualności
2012-05-11
"Pisarze wobec futbolu. Negacje, irytacje, fascynacje"
Erotyzm futbolu, piłka nożna jako tworzywo poetyckie, poeta-chuligan... Katolicki Uniwersytet Lubelski zaprasza na konferencję poświęconą związkom futbolu i literatury (4-5 czerwca 2012). więcej
Archiwum cytatów

“Przelobować to zagrać tak, żeby piłka spadła bramkarzowi za plecami niczym liść jesienny, najlepiej klonowy, bo wirujący.”

Jerzy Pilch

Alexi Lalas
Słaba jakość krótkiego filmu nie pozwala dokładnie zorientować się, jak wygląda nocny klub muzyczny, który zwabił na gościnny występ prawie dwumetrowego rudzielca, z gęstą brodą i długimi włosami. Widzowie mogą odnieść wrażenie, że człowiek, który zaraz będzie śpiewał, nieco chowa się za swoim zarostem, dając do zrozumienia, że nie do końca czuje się na swoim miejscu. Ale oto rozpoczyna się piosenka i od razu rozpoznajemy nieśmiertelny standard. To „Johnny B. Good” z repertuaru Chucka Berry’ego. Ogromny facet podchodzi do mikrofonu i od pierwszych taktów nie mamy wątpliwości, że początkowe wrażenie było czystą kokieterią. Bo Alexi Lalas bez dwóch zdań umie śpiewać. więcej