Strona główna > Wokół piłki

Wisła Kraków 2002-2003 – zjawisko metafizyczne

Dlaczego metafizyczne? Po tylu latach pucharowej posuchy historie o polskich piłkarzach z łatwością wbijających bramki Schalke, Parmie czy Lazio można traktować tylko w kategoriach nadnaturalnych. Opowieści przekazywane przez kibiców z czasem twardnieją, zyskują swoistą patynę, która, zwłaszcza w obliczu mizernej teraźniejszości, staje się legendą. A stąd już tylko krok do bardziej nabożnego stosunku – na klęczkach ogląda się filmy na Youtube, wspominając „tamte chwile”.

I właśnie pod takim kątem, z pozycji metafizyczno-legendarno-literackiej, chcę się pochylić nad poczciwą Wisełką ze wspaniałego dla niej sezonu sprzed siedmiu lat. Chcąc mieć pewność, że nie pominę żadnego z herosów (lub antyherosów), przeglądu dokonam systematycznie, pozycja po pozycji, rozpoczynając od bramki, kończąc na popularnej „szpicy”.

BRAMKA:

W sierpniu 2002 roku z okładki tygodnika Piłka Nożna uśmiechał się do mnie Angelo Hugues. Dzięki francuskim kontaktom Henia Kasperczaka Wiśle udało się pozyskać tego zniszczonego życiem i wiecznym przesiadywaniem na ławce rezerwowych w Lyonie bramkarza, który wyglądał jak piekarz spod Montparnasse. Kibice od razu znielubili go z powodu... nazwiska (jak to wymawiać? – Huges, Higes, Hig, Ig?), ale niecierpliwie oczekiwali na debiut. Miał on miejsce w Jaworznie, gdzie przestraszony Francuz zagrał poprawnie, ale zdążył pokazać swój grzech główny – brak porozumienia z obrońcami. Popisywał się w najbardziej nieodpowiednich momentach, w meczach z Schalke, Lazio. Jest jednak ważny ze względów legendarnych, jako bohater powiedzenia: „Gdyby nie Hugues, to...”

OBRONA:

Na jej czele dogorywający obecnie w Grecji Marcin Baszczyński. Solidny, szybki, jednak mało efektowny. Gdy zdarzało mu się strzelić bramkę, rozpoczynał obłędny taniec- jakby symbol drzemiącego w nim potencjału.

Znacznie wyraźniejszą postacią był Maciej Stolarczyk. „Gdzie dwóch się bije, tam Stolar łeb włoży”, mówiono wtedy. Znany z chuligańskiego stylu gry i niespodziewanych wrzutek w pole karne do napastników. On nigdy nie odpuszczał! I w lidze, i w pucharach często trzeszczały kości.

Dalej Mariusz Jop. Jak to określił jeden z moich kolegów, „ten zawodnik uwielbiał podziwiać grę napastników drużyny przeciwnej”. Zasługuje zatem na miano myśliciela. O czym myślał, gdy Couto strzelał bramkę dla Lazio, która zamknęła Wiśle drogę do ćwierćfinału Pucharu UEFA?

Arkadiusz Głowacki – wtedy przeżywał swoje najlepsze lata. Bardzo solidny w lidze, potrafił uspokajać grę, chociaż czasem grał zbyt delikatnie. Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój...

Jacek Paszulewicz ja zapamiętam go z jednego, jedynego momentu. Gelsenkirchen, 10 grudnia 2002. Jest 90 minuta, Wisła miażdży Schalke 4-1. Realizator pokazuje nam Henryka Kasperczaka i Paszulewicza, gotowego do zmiany, śmiejącego się w głos i spokojnie żującego gumę. Ten obrazek był jak pieczęć na tamtym sukcesie.

POMOC:

Grzegorz Kaliciak? Właściwie dopiero pisząc ten artykuł, zdałem sobie sprawę, że w omawianym sezonie na boisku dorabiał do emerytury.

Kalu Uche – torpeda! Od czasu Olisadebe każdy polski zespół odnoszący sukcesy musiał mieć w składzie czarnoskórego zawodnika. Jego rajdy skrzydłami wprowadzały do naszej mieszanki łyk egzotyki. I wszystko byłoby pięknie, gdyby przed oczyma nie stanęła mi... poprzeczka! Ta, w którą Kalu Uche trafił w meczu z Lazio. Tutaj jako bohater pojawia się śnieg. Komu bardziej przeszkadzał – Wiślakom czy Włochom? „Dowolny drobiazg, jak upadek płata śniegu albo upuszczenie niewłaściwego rodzaju łyżeczki, może pchnąć przyszłość na całkiem inną ścieżkę” – napisał Terry Pratchett. Gdyby Uche uderzał wtedy z bardziej pewnego podłoża, to...?

Paweł Strąk niespełniona nadzieja naszej piłki. Właśnie wtedy, jako 19-latek osiągał wyżyny, choć wielu wydawało się, że to dopiero początek. Jego późniejsze odejście z Wisły było jak samobójstwo. Ile lat miał Werter, gdy odebrał sobie życie?

Mirosław Szymkowiak – w każdym dobrym klubie musi być specjalista od rzutów wolnych. Oto i Szymek. Pamiętam podniecenie towarzyszące stałym fragmentom gry, gdy Szymkowiak przymrużał oczy, jakby oceniając odległość. Pracował jak dobrze naoliwiona maszyna. A z maszyną nie ma dyskusji. Jeśli chce się z niej korzystać, trzeba jej słuchać. Nie może więc dziwić fakt, że był przywódcą drużyny.

Grzegorz Pater – rok wcześniej strzelił dwa gole Barcelonie. W heroicznym sezonie wprowadzany na boisko dla uspokojenia gry. Skojarzenia łacińskie związane z jego nazwiskiem powodują, że metafizyka Wisły czerpie nie tylko z kultury afrykańskiej i słowiańskiej.

Kamil Kosowski antylopa, sunąca przez boisko. Człowiek o wyglądzie samego Jezusa Chrystusa, siła napędowa Białej Gwiazdy, zbawcy polskiej piłki – jak widać, mesjanizm nie umarł. W lidze nikt nie mógł dać mu rady. W jego sprincie było coś nadnaturalnego. Przebiegał największe przestrzenie. W myśl powiedzenia „długodystansowcy żyją długo, maratończycy są nieśmiertelni”. Nie wylewał za kołnierz, uwielbiał włóczyć się nocami po krakowskich knajpach. Przybyszewski mógłby żałować, że Kosiarka nie urodził się sto lat wcześniej.


ATAK:

Marcin Kuźba – sympatyczny playboy okazyjnie zamieniający się w maszynę do strzelania goli (zwłaszcza w ekstraklasie). Gdy w piątej minucie meczu w Krakowie wpakował piłkę do siatki Lazio, wszyscy zaczęli patrzeć na zegarki, odliczając czas do awansu. Kręcił obrońcami jak południca chłopem w sianie.

Maciej Żurawski – jesienią strzelał gole jako tleniony blondyn, zimą jako prawie brunet. Mniejsza z tym. Wymyka się wszelkim klasyfikacjom. Wtedy był spełnionym snem o świetnym napastniku „made in Poland”. Gasił piłkę na klatce piersiowej i uderzał z potworną mocą. W meczu z Parmą jego strzał przebił siatkę i zatrzymała się dopiero na ogrodzeniu. „Więc naprzód, niech broń rozdziera, niech kula szyje jak nić” – Baczyński byłby zachwycony.

Daniel Dubicki blondyn, który przefarbował się na bruneta, aby zmylić obrońców Parmy. Sztuczka się udała, pod koniec dogrywki odebrał piłkę rywalom i skierował ją do siatki obok wybiegającego bramkarza.

Tomasz Frankowski przez większość sezonu kontuzjowany. Gdy już się wyleczył, Wiśle pozostało tylko krajowe podwórko. I znów: „co by było, gdyby…”. Jego najlepsze lata miały dopiero nadejść. Klasyczny przykład idei w stanie potencjalnym.

 

INNI:

Maskotka Wisły, Smok Wawelski – obciachowe stworzenie, rzucające się na trenera Wisły po każdej strzelonej bramce. Zapewne miało za zadanie straszyć ławkę rezerwowych drużyny przeciwnej.

Henryk Kasperczak, trener – mędrzec w ciemnej kurtce. Elita polskiej szkoły trenerskiej. Guślarz, dowodzący zastępem duchów. Potrafił z Wisły stworzyć prawdziwy dream-team, dominujący nie tylko w lidze.

Ech, łezka się w oku kręci. Pamiętając tę cudowną pucharową przygodę, każdego lata z uwagą i nadzieją patrzyłem na pucharowe wyczyny Wisły. Efekt jest taki, że do dziś miasta Vaalerenga, Tbilisi, Guimares a zwłaszcza Tallinn powodują, że w środku nocy budzę się z krzykiem. I już w połowie sierpnia trzeba „drzwi od Europy zamykać hałasów” i patrzeć na stadiony w Wodzisławiu czy Bytomiu, wierząc, że one też mają w sobie jakąś poezję.

Maurycy Witkowiak

 

O AUTORZE: (ur. 7 lutego 1985) urodził się i mieszka w Poznaniu. Aktualnie student V roku stosunków międzynarodowych na UAM, pracuje w poznańskiej firmie turystycznej jako pośrednik wizowy. Pisał dla czasopisma „Kozirynek”, „Nestora”, „Szafy”,  PKPzin (recenzje, eseje). Stale współpracuje z bydgoskim czasopismem VERTE. Uczestnik Opolskich Linii Poetyckich 2009. Jego debiutancka powieść „Intimissimi” znalazła się w finale Konkursu Fundacji Kultury Polskiej 2008.


Komentarze

nie dodano jeszcze żadnego komentarza.

Dodaj komentarz

 

*tytuł komentarza:

*treść komentarza:

Token

*wpisz znaki widoczne na obrazku:

 
Aktualności
2011-12-15
Piłkarze w lodzie - wspomnienie
Najpierw piłka odkleiła się od buta. Później odpadła noga piłkarza. Ciepły grudzień nie był łaskawy dla prac pokazanych na poznańskim rynku podczas Międzynarodowego Festiwalu Rzeźby Lodowej. Setki turystów fotografujących kapiące rzeźby ocaliły je przed rozpłynięciem się w zupełnej niepamięci. W selektywnej galerii przedstawiamy piłkarskie akcenty Festiwalu. więcej
Archiwum cytatów

“Gdy mewy podążają za kutrem, czynią tak dlatego, ponieważ myślą, że do morza będą wrzucane sardynki”

Eric Cantona

Paul Gascoigne
Geniusz i błazen. Jeden z największych zmarnowanych talentów w historii angielskiego futbolu. Idol młodzieży lat 90-tych, zanim wpadł w kłopoty związane z uzależnieniami, był prawdziwą gwiazdą brytyjskiego sportu, ale także showmanem i … raperem. więcej