Strona główna > Wokół piłki

Elegia na odejście Murasia

Muraś (Rafał Murawski) sprawia wrażenie piłkarza i człowieka dość racjonalnego, rozważnego. Na boisku nigdy nie zdradzał ekscentrycznych zapędów. Dlaczego więc wzbudza tak wiele emocji wśród kibiców Kolejorza? Zresztą chyba nie tylko wśród nich. Przynajmniej przez jeden jesienny wieczór 2008 roku był bohaterem wszystkich kibiców. Powiem od razu, chcę tu pisać o Murasiu romantycznym. I wcale nie chodzi o romantycznego bojownika czy kochanka. Tylko w Polsce zrównuje się romantyzm z porywaniem się na rzeczy przekraczające możliwości jednostki czy wspólnoty albo z nieuchronnym krachem w miłości. Wielu uczonych uważa, że romantyzm to właśnie sprytne, choć czasem szalone łączenie racjonalności z maksymalizmem. Muraś jest piłkarzem romantycznym, czyli nowoczesnym.

Pierwszy akapit powstał na fali porażek Lecha w obecnym sezonie ekstraklasy i Ligi Europejskiej (pisanie go przypominało zaczynanie gry od środka po kolejnej straconej bramce. Szans na wygraną niewiele, trzeba jednak grać dalej. Murawski wydaje się piłkarzem stworzonym do takich momentów. Jakiś geniusz do wstawania z kolan? Twarde szarpanie mimo braku perspektyw!). Na przełomie sierpnia i września brak Murawskiego był dotkliwie odczuwalny. Niezbyt tu pomagało You Tube i oglądanie filmów z bramkami i akcjami byłego kapitana Kolejorza. Jedynie podsycało poczucie straty.

Czytanie akcji i bramek Murasia zaczęło się układać w pewną sekwencję obrazów, w których entuzjazm mieszał się ze smutkiem. Kibic smutek wyraża okrzykiem albo gwizdem (o innych metodach zamilczę). Kibic, któremu płacą za pisanie, chwyta się kombinacji futbolu z literaturą. Jest taki gatunek literacki, w którym żal z powodu utraty miesza się ze słodkim, czasem wręcz ekstatycznym przypomnieniem chwil rozkoszy. To elegia, która opiera się na schemacie: pozytywnie nacechowana przeszłość – dotkliwa teraźniejszość. I choć w końcówce rundy jesiennej Lech zdobył trochę punktów, to sytuacja kadrowa (i zdrowotna) drużyny jest przygnębiająca i charakter Murasia może tu być jakimś pozytywnym punktem odniesienia. Muraś zaczyna się coraz lepiej odnajdywać w tatarskim Rubinie. Coś jednak nie daje spokoju, w środku kołacze, wali w drzwi…

Początek października 2008 roku, stadion przy Bułgarskiej. Kolejorz prowadził z Austrią Wiedeń 3:2, czyli był za burtą pucharu UEFA. Nic nie dało poświęcenie prawie całej drużyny, kilkukrotne wychodzenie z podłamujących momentów meczu. 120 minuta. Wszyscy wiedzą, co wtedy nastąpiło. Strzał Murasia zmienił wszystko. Można bez końca patrzeć, jak biegnie po zdobyciu bramki w stronę ławki trenerskiej w swoim typowym geście po zdobyciu bramki: ręce wyprostowane, naciągnięte jak struny w dół, wzdłuż nóg. Nie grał tego dnia jakoś wyjątkowo. Jednak tym strzałem ze środka pola karnego między obrońcami dokonał otwarcia nowego rozdziału w dziejach Kolejorza (inna sprawa, że rozdział okazał się tylko fragmentem, strzępem). To jest chyba znak firmowy Murawskiego – ukryta obecność na boisku, ciągłe próby demontażu konstrukcji przeciwnika i zupełnie niewidowiskowe, jakby przypadkowe montowanie ataku własnej drużyny. Bywały mecze, które w większości schodziły mu na bieganiu w poprzek boiska, na pracy w rejonach linii środkowej.

 

W grudniu 2008 roku w Rotterdamie Lechici grali swój koronny kawałek: strzelamy jedną bramkę i wieziemy na rozchybotanym wózku awans do kolejnej rundy Pucharu UEFA. Mimowolny i dość zgrany horror. Ktoś w nim musiał jednak zagrać. Muraś jakby czekał na taką chwilę. Był w obronie i pod bramką przeciwnika. Nie odpuszczał żadnej akcji. W pamięci mam jedno z ujęć holenderskiego dramaciku. To było chyba ostatnie 10 minut meczu. Feyenoord rzadko schodził z połowy Lecha. Murawski nagle na pierwszym planie w telewizyjnym ujęciu. Walczył pod swoim polem karnym. Na moment widać twarz, a raczej maskę (w końcu jesteśmy w teatrzyku, w horrorze) z podbitym lewym okiem. Wydarł piłkę, udaremnił kolejny atak. I co? Niby nic. Chleb powszedni Szarej Eminencji – Defensywnego Pomocnika. Tyle, że ten mistrz drugiego planu jak zwykle wyszedł z ukrycia w decydującym momencie. Jego determinacja w grze do ostatniej minuty pozwoliła dojechać do awansu. Szeregowiec zwycięstwa. Kapitan, który – jak dawni wodzowie – idzie w pierwszej linii, a przecież nie przeprowadza jakiejś ułańskiej szarży na boisku. Raczej żmudnie rozpracowuje wroga.

Trudno mówić o stylu gry Murawskiego w superlatywach. Walka o każdy metr nie jest niczym porywającym dla oka. W futbolu według Murasia nie bardzo jest miejsce na techniczne fajerwerki czy popisowe zagrania. Zachwyt nad grą tego piłkarza przychodzi z czasem i zawsze jest ulotny. Pewnie byłby jeszcze mniej widoczny, gdyby nie asysty i zdobyte gole.

Weźmy trudny mecz Lecha z Lechią 15 maja 2009 roku. Do 83 minuty utrzymywał się wynik bezbramkowy. Kolejorz odgrywał tym razem kolejną odsłonę wiosennej niemocy i zanosiło się na podtrzymanie serii irytujących i niewiele wartych remisów. W ostatnich 10 minutach tylko Muraś zachował zimną krew, a zarazem szaleńczy, jakby zupełnie nieracjonalny zapał do walki. Trochę w tym przypominał walczących do ostatniego gwizdka Niemców czy piłkarzy Manchester United wydzierających w ostatnich minutach zwycięstwo Ligi Mistrzów Bayernowi Monachium. Podczas meczu z Lechią przewaga Lechitów była równie ogromna, jak strzelecka bezradność. W rzeczonej 83 minucie Muraś stracił piłkę w środku pola. Wracał za tym, który mu ją odebrał. Odzyskał i pognał pod pole karne Lechii z niebywałą lekkością. Wykonywał te swoje nieefektowne, ale skuteczne zwody. Oddał piłkę na prawo, do Rengifo, a Hernan mu odegrał. Murawski tuż przy polu karnym podciął piłkę, któryś z Lechitów walczył o nią w powietrzu i odbił znów na prawo. Tu dopadł ją ponownie idący do końca za akcją Murawski i na bocznej linii pola bramkowego obrócił się w stronę bramki i znów podciął piłkę. Przelobował obrońców, a Robert Lewandowski dołożył głowę i Lech wywalczył mało już realne – jak się zdawało – zwycięstwo.

 

Czytam dopiero co sporządzone opisy akcji. Nie wierzę przecież, aby słowa mogły sobie poradzić z przestrzenią, ludźmi, piłką. Gdybyśmy teraz rozmawiali, wykonałbym kilka gestów naśladujących zwody, podania czy strzały bohatera elegii. Ale na nieuchronne odejście zdania i akapity też niewiele poradzą. I niech tak zostanie. Jedyne, co można zrobić, to rozpamiętywać. Nękać się obrazami (z monitora, z pamięci), na których ulubiony piłkarz odbiera, podaje, prowadzi piłkę. I tymi, na których strzela gole. Tak jak w niedawnym meczu Rubina z Kubaniem: Muraś znalazł się w polu bramkowym, dostawił nogę i zdobył pierwszą bramkę na Syberii. Gol z lodu. Piłkarz cierpliwy, o którym rosyjskie gazety jakiś czas temu pisały, że zatrzymał Iniestę…

Tylko co to wszystko ma wspólnego z romantyzmem? Ano to, że Muraś nie ustaje w pojedynczej, twardej walce dla całego zespołu. Bo romantyk to ktoś, kto wie, że przyszło mu działać w świecie bez ram i tła. Jego rzeczywistości brakuje gwarancji – sensu, ładu, Boga. Za każdym razem musi ich szukać i niekoniecznie znajduje. Ciągle na nowo ustanawia krótkotrwały grunt. Jest to możliwe tylko wtedy, gdy uzna swoje ograniczenia, a zarazem podejmie działania w taki sposób, jakby wszystko zależało od niego. Jest słaby, ale mocny. Muraś odszedł z Kolejorza, bo jest piłkarzem romantycznym i musi szukać nowych wyzwań. Musi grać o inne, wyższe stawki. Także finansowe. Wyższa gaża – więcej do stracenia. Nie ma już Murawskiego w Lechu – zostają obrazki jego pracowitej krzątaniny, za pomocą której ustanowił silne chwile, jasne momenty. Może niezapomniane.

Jerzy Borowczyk

adiunkt w Instytucie Filologii Polskiej UAM
autor książki Rekonstrukcja procesu filomatów i filaretów 1823-1824

Komentarze

nie dodano jeszcze żadnego komentarza.

Dodaj komentarz

 

*tytuł komentarza:

*treść komentarza:

Token

*wpisz znaki widoczne na obrazku:

 
Aktualności
2011-12-15
Piłkarze w lodzie - wspomnienie
Najpierw piłka odkleiła się od buta. Później odpadła noga piłkarza. Ciepły grudzień nie był łaskawy dla prac pokazanych na poznańskim rynku podczas Międzynarodowego Festiwalu Rzeźby Lodowej. Setki turystów fotografujących kapiące rzeźby ocaliły je przed rozpłynięciem się w zupełnej niepamięci. W selektywnej galerii przedstawiamy piłkarskie akcenty Festiwalu. więcej
Archiwum cytatów

“Gdy mewy podążają za kutrem, czynią tak dlatego, ponieważ myślą, że do morza będą wrzucane sardynki”

Eric Cantona

Paul Gascoigne
Geniusz i błazen. Jeden z największych zmarnowanych talentów w historii angielskiego futbolu. Idol młodzieży lat 90-tych, zanim wpadł w kłopoty związane z uzależnieniami, był prawdziwą gwiazdą brytyjskiego sportu, ale także showmanem i … raperem. więcej