Strona główna > Wokół piłki
"Mistrzowski drybling słowami". Notatki tropiciela (2)
>> PRZECZYTAJ PIERWSZĄ CZĘŚĆ ESEJU
Jeśli chodzi o powroty do dzieciństwa, to w ostatnio czytanych tomikach wytropiłem takie, które nawiązują do przeżyć piłkarskich. U Piotra Kuśmirka w zbiorze „Zimne zabawki” pożegnanie z dzieciństwem obejmuje nie tylko zabawki, lecz również przestrzeń cudów i uniesień, jaką w każdej chwili mogło stać się podwórko, na przykład zamieniając się w stadion piłkarski – dosłowny i mityczny. Takie rozumienie przynosi obraz porzuconego dzieciństwa: „podwórko nie zamienia się już w stadion Wembley,/ tropikalną dżunglę ani zielone skrzydło smoka”, „dawna podstawówka więdnie w ażurowych chwastach”. Wiersze Piotra Kuśmirka w zawoalowany sposób odtwarzają duchowy stan przejścia, przemieszczenia się do świata dorosłych. Podobnie w wierszu Jakuba Przybyłowskiego pt. „Szczęśliwice” z tomu „Ballady i romanse”, gdzie zajęcia sportowe w pobliskiej szkole, zaczynając się o ósmej, budzą bohatera, słychać gwizdek i trzask kości. Nuta nostalgii i melancholii pojawia się w poincie utworu – grający w piłkę weseli chłopcy czasem smutnieją, jakby żegnając się z dawną beztroską. Do niej nie ma już powrotu.
Niezwykle trafnie wątek melancholii towarzyszącej grze przedstawił w kilku wierszach Dariusz Suska. U niegopowroty na piłkarskie podwórka naznaczone są smutkiem dojrzewania. Rytuał gry w piłkę jako naczelny rytuał dzieciństwa bliski był rytuałom przejścia, dzięki którym uzyskiwało się wyższy stopień ludzkiej i życiowej samowiedzy. Samowiedza ta wiązała się z przeżywaniem śmierci. „Śmierć jest mistrzem jedynym na naszym podwórku,/ a nie Suchy, który tak dobrze drybluje”, czytamy w tomiku „Wszyscy nasi drodzy zakopani”. Śmierć główna – młodszego brata w komunijnym ubranku – oraz wszystkie śmierci okoliczne, np. kolegów, sąsiadów, stają się tylko pretekstami do uważnego opisu dzieciństwa spędzonego pośród uroczych i znanych skądinąd (już z „Tomka Sawyera” i „Hucka Finna”) zabaw i zajęć – wędkowanie, kopanie robaków, niebezpieczne igraszki na krawędzi wyrobisk w kamieniołomie, dmuchanie żab, oślepianie kota, a przede wszystkim granie w piłkę. Życiowa aktywność małych barbarzyńców została opisana z nostalgią i maskowaną miłością, a ponadto osadzona w wyraziście zarysowanych ramach historycznych. Chodziłoby o przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, o epokę Wembley, Kazimierza Górskiego i Jana Tomaszewskiego.
Cień tych wydarzeń i postaci pada na dzieciństwo opisywane w wierszach Krzysztofa Śliwki. Toż to cała epopeja pokolenia wychowanego w kulcie sukcesu, a potem gwałtownie wyrzuconego z pozorów dobrobytu, odciętego od ciepłych źródeł utopii, opowieść dziecka epoki późnego Gierka. Bardzo płynnie w pejzaż niektórych wierszy wpisuje się pogłos idiomatyki tamtych lat, hasła, zawołania, slogany propagandowe i reklamowe, fragmenty relacji z masowych imprez politycznych, sportowych, kulturalnych. Głos bohatera wczesnych wierszy Śliwki jest głosem etatowego outsidera wychowanego w warunkach realnego socjalizmu na jakimś ciemnym i zaplutym betonowym kawałku blokowiska. Późniejsze utwory pełne są anglojęzycznych nazwisk, tytułów płyt i pojedynczych utworów rockowych, aluzji do życiorysów świętych hipsterów, przesycone są zapachem haszu i marihuany, obfitują w drastyczne i szokujące wtręty, które są jak wyznaczniki poszczególnych etapów odrywania się od zwyczajności i powszedniości, owej wspólnoty trampkarzy uganiających się po zarośniętym chwastami boisku. Opowieść o udanym/nieudanym meczu, opowieść o konkretnej grze o coś i z kimś, a także grze jako takiej, staje się tu opowieścią o udanym/nieudanym życiu, o losie już zdeterminowanym, bo „bez realnych szans na korzystny wynik”. Jeden z utworów (z tomiku „Sztuka koncentracji”) sumuje te wszystkie wątki i godzien jest przytoczenia w całości.
Franek „Organka” drze się na cały regulator, a potem

foto: Łukasz Jeżyk
niemiłosiernie fałszuje melodię na nutę Polska gola,
Polska gola, taka jest kibiców wola
To mogło być po meczu z Kryształem Stronie Śląskie
Albo Promieniem Żary, niewykluczone też, że po przegranej
Z Pogonią Świebodzin lub Wedanem Żórawina.
Równie dobrze po udanym kontrataku Prochowiczanki,
Chrobrego Głogów czy Piasta Czerwieńsk. Pod koniec sezonu,
Lecz także na początku rundy jesiennej, nie spierajmy się,
W roku, kiedy argentyński napastnik Mario Kempes
Schodził z płyty boiska jako narodowy bohater, a naszym
Korkotrampkom bezlitośnie ścierały się podeszwy. Może
W jakieś żałosne popołudnie, podczas pory obiadowej
Albo w trakcie bezpośredniej transmisji z uroczystej
Wymiany proporczyków między radzieckimi i amerykańskimi
Astronautami na pokładzie Sojuz – Apollo. W czasie,
Kiedy puszczaliśmy na przyspieszonych obrotach płytę
Africa Simone’a, a na stadionie w Rosario, w pierwszej połowie
Meczu z Argentyną, Deyna pudłował karnego. Zdaje się,
Że na długo przed wycofaniem ze sklepów lemoniady w proszku,
„Sportów” oraz gum do żucia z wizerunkiem Bolka i Lolka,
Ale mogę się mylić, w końcu to nic ważnego, więc pewnie
Zaraz po fatalnym meczu z RFN, kiedy po oberwaniu chmury
Nad Frankfurtem, w 76 minucie Müller strzelił biało – czerwonym
Decydującego gola. To mogło być zaraz po kiksie stopera
Polonii Świdnica, po ofensywnej akcji Lechii Dzierżoniów,
Czy też zdobyciu kontaktowej bramki przez Rawię Rawicz.
Prawdopodobnie po tym, jak żołnierze z pobliskiej jednostki
Majstrowali coś szyszką w kroczu stukniętej Luśki, a nam zbierało się
Na pawia. Może po kapitulacji bramkarza Orła Ząbkowice
Albo podczas przewinienia w polu karnym Obry Kościan. Zgódźmy się,
Że to niewiele znaczy w porównaniu z tym, co zrobił Grzegorz Lato
Podczas X Mistrzostw Świata (tylko pomyślcie, siedem goli,
Z czego większość po bezpośrednim kontakcie piłki z łysiejącą glacą),
Lub też Jan Tomaszewski w momencie, kiedy cała Polska zastygła
W bezruchu patrząc jak broni karniaka egzekwowanego przez Hoenessa.
Biegaliśmy wtedy na czas dookoła bloku, budowaliśmy szałasy na bagnach
Za cegielnią, plądrowaliśmy strychy i piwnice w poszukiwaniu
Wypłowiałych map, poniemieckich atlasów anatomicznych i znaczków z Adolfem.
To mogło być wtedy, kiedy stojąc w przepisowej odległości od rozprasowanego
Na asfalcie kota dłubaliśmy kijem w jego ciepłych wnętrznościach
Bez realnych szans na korzystny wynik tego meczu, a jednak.
O pokolenie młodszy Marcin Hamkało wspomina inne mistrzostwa świata, też pamiętne, choć przesłonięte głębokim cieniem stanu wojennego. Dzieciaki biegające wtedy po podwórkach zdawały się tym cieniem zanadto nie przejmować. Tu przypominam sobie wiersz Marcina Hamkały z tomu „weiter, weiter”, zatytułowany „espana ‘82”:
Kaleki lewoskrzydłowy anioł nie wie, jak to jest
polatać se po podwórkach mając niezłą kiwkę i najlepsze
korki na osiedlu. Daleko mu do mnie, dziś w dzienniku
zapis: strzeliłem dwie, jedna akcji, druga z karnego,
średnia w tym tygodniu 1, 48. Przyglądał mi się łowca
talentów z ostatniego pietra i faceci w czołgu.
Podobną wagę mają wspomnienia bohatera wiersza Wojciecha Bonowicza. Chodzi o utwór „Więcej” z tomu „Wiersze ludowe”. Przedstawiony w nim sen wysuwa na plan pierwszy sytuację wręcz archetypiczną: niewybrania do składu, odsunięcia, odepchnięcia. To chyba największy ból podwórkowego gracza, to wręcz jakaś trauma naszego dzieciństwa: „Smutny przez sen. Tak jakby odepchnięty/ w cień. Drugi szereg. Kiedy wybierają składy/ niechciany. Wybierany na końcu.” Na szczęście wiersz kończy się sygnałem zmian na lepsze. Nie wiadomo, czy to jeszcze sen, czy też plan jakiejś innej rzeczywistości. Ważne jest jednak przełamanie, wyjście. Bohater „strzela i jest już po meczu”.
Z kolei w ponurych tunelach wierszy Ryszarda Będkowskiego zdarzają się światełka nadziei, tak samo jak smutek czerpanej z nieprzebranych pokładów dzieciństwa. Przypominam sobie czuły wiersz o babci Broni, coś w rodzaju hołdu oddanego tej postaci przez wnuka, wiersz, w którym obok aluzji na temat górnośląskiej scenerii umierania pojawia się wątek grania w piłkę: „tymczasem za ogrodzeniem gruźliczego szpitala,/ wspierającego pacjentów w czynnościach umierania,/ prątkowało życie. pod murem codziennie graliśmy/ w piłkę. pilnowałem, żeby nie przekroczyć bramki i linii”.
Zupełnie co innego trapiło bohatera wiersza Jerzego Fryckowskiego pt. „Nigdy nie byłeś moim idolem”, bohatera marzącego o tym, żeby jego ojciec był sławnym w miasteczku piłkarzem: „Koledzy mieli wejściówki i byli poklepywani/ przez porządkowych stojących przy furtkach/ a ja szukałem nowych dziur w ogrodzeniu/ lub wspinałem się na okoliczne drzewa/ i marzyłem że ten hack trick Madałkiewicza przeciwko Sulęciniance/ jest Twoim dziełem”.
![]() |
| foto: Dr-Eryk-Lim |
Bo to były czasy, gdy „grało się o nic o kopniaka/ w tyłek o honor/ grało się o nic do bólu”, jak w wierszu „Piłka” podsumowuje Jarosław Jakubowski. Niekiedy ratowało się honor osiedla („Zresztą zaraz potem strzeliłem kilka/ bramek ratując osiedle” pisze Igor Jarek w wierszu „Mayflower”), niekiedy traciło piłkę, która wpadała w łapy osiedlowej wariatki (ten obrazek zawdzięczamy Gabrielowi Leonardowi Kamińskiemu, tomik „Ulica Przodowników Pracy), a bywało i tak, że ogóle nie można było grać. Z sumiennością kronikarki zapisała ten fakt Joanna Wajs. Cytuję: „jeszcze przed domem próbuję coś zrobić z włosami wyplątać z nich kształt twojej ręki/ pod znakiem z czerwonym napisem zakaz gry w piłkę.”
Ten styk „historia-futbol-poezja” bywa źródłem inspiracji dla poetów różnych generacji. Wracając pamięcią do pewnych wydarzeń ze swego życia, w naturalny i swobodny sposób wracają do epizodów związanych ze sportem. Bohaterka niepublikowanego wiersza Ireny Wyczółkowskiej (interesującej poetki z Opola) pt. „Mecz piłki nożnej w miasteczku O.” opowiada o repatriacji, o rozpoczynaniu nowego życia na Ziemiach Odzyskanych i przy okazji pokazuje społecznotwórczą funkcję futbolu, wpływ lokalnych rozgrywek piłkarskich na poczucie asymilowania się z obcą ziemią i kulturą: „to było małe miasteczko na dziczejącym Zachodzie// nazwę klubu przywieziono w tobołkach – Stamtąd/ odwinięto otrzepano z pyłków niepamięci/ wręczono uroczyście postarzałym chłopakom/ niech grają niech przypomną.”
W tomie Jerzego Górzańskiego pt. „Od czegoś trzeba zacząć” w podobnym świetle stają legendy powojennej, knajackiej Warszawy. Pachnie tu klimatem robotniczych przedmieść i jednocześnie pewną egzotyką chłopięcych uniesień, doskonale znaną choćby z takich powieści, jak „Do przerwy 0:1” Bahdaja. Dedykowany Jerzemu Engelowi świetny wiersz zatytułowany „Śnieg” jest tego najlepszym przykładem.
Parę minut po rozpoczęciu drugiej połowy
meczu piłkarskiego paka na pakę (czyli Praga - Targówek), przy stanie 4 : 4
na boisko (czyli niewielki plac z dwiema bramkami z kamieni porośnięty rachityczną trawą), wjechała milicyjna suka.
Funkcjonariusze załadowali do wozu całą jedenastkę z Targówka (plus dwóch rezerwowych) i odjechali.
Na placu pozostała osierocona paka z Pragi (plus trzech rezerwowych) w tym i ja.
Heniek „Baleron”, najlepszy kiwak z Targówka, wsiadając do suki, krzyknął:
„Chłopaki, dokończymy gierkę za dwa lata!”.
Okazał się optymistą.
Przesiedział w poprawczaku pięć lat.
I nie za niewinność.
I nie za „podkop bandziorów pod skład pomidorów”.
Ale za napad na sklep zegarmistrzowski
z pobiciem właściciela.
Kiedy wyszedł na wolność, nie było kim grać.
Część zawodników poszła do wojska,
część do kicia.
Jeden się ożenił i spoważniał.
Pamiętam to letnie popołudnie sprzed
pięćdziesięciu lat.
Każde nieszczęście ma swoją poezję.
Sny nie lubią remisów.
Kiedyś przyśniło mi się, że stoję na tym niewielkim placu (...).
Zaczyna padać śnieg w środku lata.
Zza tej śnieżnej zasłony powoli i bezgłośnie wyłania się czarny mercedes.
Wysiada z niego Heniek „Baleron” – stary, wyłysiały i lekko kulejący.
W towarzystwie dwóch „żołnierzy”.
Mówi do mnie: „Gdzie są wszyscy? Musimy dokończyć gierkę.”
Milczę, bo taką mam rolę wyznaczoną we śnie.
Śnieg niespodziewany i nieobliczalny za sprawą snu litościwego wszystko rozstrzyga: nie można grać w takich warunkach. I nic nie można wytłumaczyć.
I nic powtórzyć.
[CDN]
Komentarze
Dodaj komentarz
*tytuł komentarza:
*treść komentarza:
"Pisarze wobec futbolu. Negacje, irytacje, fascynacje"
Erotyzm futbolu, piłka nożna jako tworzywo poetyckie, poeta-chuligan... Katolicki Uniwersytet Lubelski zaprasza na konferencję poświęconą związkom futbolu i literatury (4-5 czerwca 2012). więcej
“Przelobować to zagrać tak, żeby piłka spadła bramkarzowi za plecami niczym liść jesienny, najlepiej klonowy, bo wirujący.”
Jerzy Pilch
Alexi Lalas
Słaba jakość krótkiego filmu nie pozwala dokładnie zorientować się, jak wygląda nocny klub muzyczny, który zwabił na gościnny występ prawie dwumetrowego rudzielca, z gęstą brodą i długimi włosami. Widzowie mogą odnieść wrażenie, że człowiek, który zaraz będzie śpiewał, nieco chowa się za swoim zarostem, dając do zrozumienia, że nie do końca czuje się na swoim miejscu. Ale oto rozpoczyna się piosenka i od razu rozpoznajemy nieśmiertelny standard. To „Johnny B. Good” z repertuaru Chucka Berry’ego. Ogromny facet podchodzi do mikrofonu i od pierwszych taktów nie mamy wątpliwości, że początkowe wrażenie było czystą kokieterią. Bo Alexi Lalas bez dwóch zdań umie śpiewać. więcej










