Strona główna > Wokół piłki

Czytanie między liniami. Dialog filologiczno-piłkarski


Czytanie między liniami.

Dialog filologiczno-piłkarski w dwóch odsłonach, z dogrywką i rzutami karnymi

 

Pierwsza połowa - przyjemność czytania meczu i tekstu

[Łukasz:] Mecz piłki nożnej może się okazać grą znaczeń przemieszczających się na zielonej murawie w granicach wyznaczonych przez linie końcowe i boczne boiska. Znaczeń, które wolno potraktować jako materiał interpretacyjny, tekst kultury – przynajmniej masowej. Z drugiej strony interpretacja filologiczna wydaje się ofensywnym dryblingiem przez tekst literacki – grą znaczeń właśnie. Istnieje zatem czytelny (nomen omen) i ścisły związek interpretacji i gry, który opiera się na relacji zwrotnej. Czytanie między liniami – tak jak w przypadku tekstu literackiego, w którym zagląda się między wersy, drybluje między słowami – polega na odkrywaniu kart w talii przeciwników. Między boiskiem i tekstem zachodzi dialog. Czytać można grę między liniami na boisku albo grać po piłkarsku z tekstem i w tekście między liniami słów. Kibic, piłkarz, czytelnik – wszyscy oni główkują. I – w dodatku – skutecznie dialogują.

Reżyser gry, zawodnik linii pomocy, otrzymując piłkę w środku pola, bierze na siebie odpowiedzialność za rozwój akcji ofensywnej. Szuka szczeliny, która pozwala na sfinalizowanie tej akcji. Drybluje wokół rywali, przekłada futbolówkę z nogi na nogę, rozkłada bezradnie ręce i wreszcie znajduje partnera, przebija się przez ścianę nieuwagi obrońców i własną blokadę niedoczytania boiska, zagrywa mu prostopadłą piłkę za plecy obrońców, na dobieg, na zapalenie płuc. Nie ma mowy o spalonym. Kiedy patrzę na obrońców ustawionych w linii, chcę widzieć tylko szczelinę między nimi, posłać piłkę w miejsce, w którym wers się przełamuje, skąd przeziera ukryte. Napastnik, do którego adresuję futbolówkę, jest właśnie tym niewidocznym na czytelnej mapie boiska. I to jest doświadczenie epifanijne. Z otwartą w pół książką czytelnik, tkwiąc in medias res,trafia ad rem z pomocą impulsu interpretacyjnego. Tak rozmawia się na boisku i przy lekturze, taki jest wspólny język dialogu piłkarskiego i filologicznego. Ten drugi – w zespole – przypomina grę z przewagą, zmienia się wówczas strategia na pozycyjną, koronkową grę ofensywną. Tak też wygląda wspólny dialog o dialogu interpretacyjnym w literaturze i piłce nożnej.

[Jerzy:] Coś w tym jest, że wielu kumpli z Instytutu Filologii Polskiej (wykładowców i studentów) można spotkać w Poznaniu na stadionie przy Bułgarskiej albo na wspólnym kibicowaniu przed ekranem. Te same osoby spotyka się potem na jakiejś literackiej debacie w Collegium Novum, na Zamku albo w Sali Czerwonej Pałacu Działyńskich. No i jest jeszcze jedno miejsce dialogu – coroczne mecze studentów i wykładowców. Powiedzmy bez przesady: te trzy formy aktywności filologów mają wspólny mianownik. Masz rację, gdy wskazujesz na dialogowość jako ośrodek tożsamości filologów, kibiców, piłkarzy. Mówisz o swoim doświadczeniu epifanijnym, o interpretacyjnym impulsie, który zestawiasz z wrzutką piłki przez rozgrywającego za linię obrony, na wchodzącego błyskotliwie napastnika. Przypominają się wspaniałe podania Zidane’a do Henry’ego, Lamparda do kolegów z Chelsea, a u nas kiedyś Deyny do Laty (to wiem od Ojca), a teraz Szymkowiaka albo Krzynówka do Żurawskiego i Frankowskiego. To są podania otwierające drogę do bramki. A w trakcie polonistycznej dyskusji są to momenty jakiejś olśniewającej (choć czasem bardzo prostej) obserwacji na temat danego wiersza czy prozy. Ten błysk może stać się kluczem interpretacyjnym.

Najczęściej zdarza mi się to na zajęciach. Ze starych akademickich reguł (jakże podobnych do tradycjonalizmu i małej elastyczności przepisów piłkarskich) wynika, że jako prowadzący mam być reżyserem gry. Wolę jednak niekonwencjonalne rozgrywanie. Podczas zajęciowej dyskusji usuwam się ku bocznej linii i czekam. Studenci (lub licealiści) podają do siebie, próbują sami coś sklecić. Pozwalam im i zbieram wnioski (tak mnie uczyli moi mistrzowie polonistyczni, czyli trenerzy). Najbardziej lubię jednak sytuacje, gdy piłka-myśl wymyka się im za linię boczną. Następuje rytualny wyrzut z autu. Tego nie pozwalam nikomu robić. Jak w angielskim futbolu (najskuteczniej robi to Garry Neville z Manchesteru United; u nas swego czasu Tomasz Hajto). Więc podbiegam do myśli, która właśnie opuściła pole gry. Biorę duży rozbieg i zza głowy eksploduję długą piłkę (zaskakującą językowo lub treściowo formułę) na pole karne, na główkę któregoś z napastników po drugiej stronie „katedry”. Dzieje się to szybko i mój pocisk musi być sugestywny, błyskotliwy, musi być szarżą intelektualną. Wtedy obrońcy i bramkarz przeciwnika (utożsamiam ich tu z myślową pustka lub ciemnością poetyckiej mowy analizowanego utworu) nie maja szans.

[Łukasz:] O wyrzucie z autu w perspektywie piłkarskiej i filologicznej myślę tak, że kiedy futbolówka opuszcza boisko, to daje moment na chwilę oddechu wśród zawodników, przegrupowanie taktyczne, ale trzeba też przygotować się do przyjęcia na głowę ożywczego kontekstu, czasem wsłuchać się w pokrzykiwania z ławki trenerskiej – tak, by czytelnik wylądował na aucie, ale nie odczuwał jałowości położenia, umiał spojrzeć na tekst z dystansu, wzbogacić go o odnalezione aluzje literackie. Na pewno potrzebny jest taki atutowy wykonawca długich, wyspiarskich wrzutek, bo strata piłki z pola gry może prowadzić do błędów i nadużyć interpretacyjnych, które oddalają od clou literatury, nie pozwalają wrócić na boisko. Młodzi chłopcy z sekcji juniorskich odpowiedzialni za podawanie piłek taktycznie ociągają się, żeby ich ulubieńcy grający z przewagą bramkową zyskali na czasie. Wybita w trybuny futbolówka ginie w tłumie tulona w ramionach szczęśliwego kibica. Dlatego wycierasz wilgotną piłkę przed wykonaniem wyrzutu, żeby oczyścić ją z błota błędnego wnioskowania i podajesz głęboko w pole karne. W dialogu jestem otwarty na takie podania, chociaż wolę piłki niższe.

Boiskowa pozycja – jak mówisz: Zidane’a, Lamparda, Szymkowiaka czy Deyny – bardzo mi odpowiada. Ja bym dodał jeszcze Pavla Nedveda – on widzi bardzo dużo, także to, czego nie widać od razu. Mówi się o nim, że świetnie czyta grę. Zarazem nie jest typem czytelnika namolnego, ale cichym bohaterem, który wpływa na obraz gry. Takie mocne postaci nie tracą własnego, wyrazistego charakteru, idą pod prąd założeniom taktycznym, kompozycyjnym. A to oznacza rezygnację ze schematów interpretacyjnych. Lubię być blisko gry, nie tracić kontaktu z tekstem, ale unikam lektury, która gubi z oczu całość. Nedved zachowuje się z piłką tak, jak bardzo nowoczesny czytelnik. Ogarnia pole możliwości, jakie rysuje przed nim w pamięci trener, i dyryguje grą w sposób nielinearny. Rozdaje piłkę po skrzydłach, wycofuje do bramkarza, przerzuca grę na drugą stronę, przerzuca stronę, strony – wszystko po to, by uniknąć oporu obrony. A tekst naszpikowany aluzjami, utrzymany w poetyce fragmentu, strukturalnie i semantycznie w ruchu gra szczelnym blokiem, niczym catenaccio – włoska taktyka defensywy totalnej, w obronie Częstochowy – niedostępności bramki, znaczenia, ciągłości myślowej i narracyjnej.

[Jerzy:] O tak, Nedved jest dowodem na ciągle żywą przyjemność grania i czytania. Jest niczym wielcy i śmiali filolodzy, jak – dajmy na to - Jan Błoński albo Harold Bloom. Bezczelnie niezależni, podążający swymi ścieżkami, odważni. W grze Nedveda najbardziej lubię moment swoistej szarży, porzucenia środka pola i błyskawicznego podejścia w okolice pola karnego. Całość zamyka strzał z dystansu – zazwyczaj nie do obrony i dziesiątki razy pokazywany w powtórkach. Trudny jednak do skopiowania. Interpretator idący odrębnym szlakiem, obejmujący całość tekstu, nie pozwalający się zaklinować w szczegółowej analizie jest zawsze parę ważnych kroków do przodu. Nie skopiujesz jego wyczynu, ale dostrzegasz dzięki jego zuchwałemu rajdowi lekturowo-intelektualnemu nowe możliwości.

[Łukasz:] Trzeba pamiętać, że piłka nożna jest doskonałą rozrywką. Ale też z całą stanowczością podkreślić, że jest na równi widowiskiem, które mieści się w konwencjach teatru na trawie, i świętem, które rytualizuje emocje zbiorowe. Jest wreszcie zwierciadłem, które przechadza się nie tylko po boisku, trybunach, ale precyzyjnie odbija ogólne nastroje społeczne.

[Jerzy:] Kiedy mówisz o rozrywce, teatrze, rytuale i zwierciadle, to wszystkie zmysły polonisty (rym przypadkowy, ale podtrzymany) są pobudzone przez te metafory. Pamięć kibica i amatora piłki podsuwa zaś sceny, w których się po aktorsku uczestniczyło. Najbliższe są mi dwa hasła – teatr i rytuał. Ileż tego w bliskiej mi literaturze, ileż się tego widziało na stadionach. Najpierw przypominają się wykonywane przed meczem hymny kibiców i hymny narodowe. Dwa razy było mi dane śpiewać na Bułgarskiej Mazurka Dąbrowskiego. I mniejsza o wzruszenie; ale jak poruszała ta powaga ludzi obok; przed chwilą popychali cię w tramwaju lub przed kasą, teraz masz ich obok odświętnych, poważnych, ale bez patosu. Słowa poetyckie, było nie było, na ustach wszystkich. Wbiegają piłkarze i tu już zaczyna się inscenizacja. Witanie się drużyn, dotykanie trawy i znak krzyża (piłkarze z Polski i Ameryki Południowej, czasem Włosi). Wszystko na granicy odruchu i pełnego skupienia. Bramkarze przywiązują coś do siatki albo wrzucają jakieś woreczki. Piłkarze osaczeni przesądami – na przykład Mijatovič w getrach na lewą stronę albo cała reprezentacja Francji całująca na Mundialu 1998 łysinę Fabiena Bartheza.

Teatr i rytualizacja nadają odświętność, wnoszą sens. Najpiękniejsze są rytuały jakby pospolite, odruchowe – jak ten wspomniany gest dotknięcia palcami murawy i szybkie uczynienie znaku krzyża. To tak, jak w tym niezwykłym wierszu Mirona Białoszewskiego O mojej pustelni z nawoływaniem, w którym domowe, opatrzone, jakby przeźroczyste ściany, sztućce, kurze są pustelnią i piramidą, „magazynem kontemplacji”:


nie jestem godzien, ściano,
abyś mię ciągle syciła zdumieniem...
to samo – ty – widelcze...
to samo – wy – kurze...

Jakże jednak tu nie ulec
twojej piramidzie mojego odosobnienia?
a twoim – brzękom nazwy,
która nadziewa
moje ciasto ucha?
a waszym szarym – z was samych – drogom,
w które i mnie zabieracie?


Umieć spojrzeć, dostrzec ten sakralny niemal wymiar. To jest to, co porywa mnie na boisku, co unosi w trakcie odczytywania Białoszewskiego czy innych poetów w szczególny sposób manipulujących językiem. Czy tak nie było w ostatnim finale Ligi Mistrzów? Liverpool wychodzi na druga połowę z trzema bramkami „w plecach”. Kibice jednak trzymają nadal z nimi. I padają bramki wyrównujące! Doping uskrzydla piłkarzy, ci ostatni przenoszą kibiców w jakiś zaczarowany wymiar. Odnoszę wrażenie, że niezwykłe obrony Jerzego Dudka w dogrywce (tzw. „instynktowne” odbijanie strzału i dobitki genialnego Szewczenki) oraz jego taniec, parady i obrony w rzutach karnych były jakby skutkiem magii, która wytworzyła się podczas meczu, który wszyscy zgodnie nazywali spektaklem.

[Łukasz:] Zauważ też, że Dudek słynie z charakterystycznych dla wyspiarskiego stylu gry dalekich wykopów od bramki, dzięki którym inicjuje akcje ofensywne z pominięciem linii środkowej. Głęboka wrzutka bramkarska długo wisi nad boiskiem jak balon i ląduje pod przeciwległym polem karnym. Białoszewski zachowuje się dokładnie tak samo, wybija piłkę „na aferę”, dokonuje oglądu pola gry i zamyka je klamrą pod bramką przeciwnika – od „zdumienia” po „nieustanne uroczyste zdziwienie”:

grafika: LokiThundercrow

 

Zgaście światło:
oto magazyn kontemplacji,
cały jesteś pokryty sercem,
rozgrzesz mnie!
Włóż, włóżcie papierowe kwiaty do czajników,
pociągajcie za sznury od bielizny
i za dzwony butów
na odpust poezji
na nieustanne uroczyste zdziwienie...!

 

 


Tak, jak klasyczna akcja, w której piłka idzie jak po sznurku, od nogi do nogi – do sensu. Gra nie opisuje wyłącznie strategii interpretacyjnej, ale jest wpisana w poetykę tekstu.

[Jerzy:] Tak, Mirona interesuje gra, której wehikułem jest wyobraźnia. Ona podpowiada z pozoru niedorzeczne wolty, szalone zagrywki w stylu: „daj mu tam, gdzie go nie ma”. Autor Szarych eminencji robi to jednak z pełną świadomością, że ta wyprzedzająca gra poetyckiej imaginacji musi się przeplatać z pokornym dialogiem złożonym z prostych (tzw. czytelnych) podań, z wyćwiczonych na treningach schematów gry (np. rozgrywania rzutów rożnych lub wolnych):

Ostatecznie – mówię z ludźmi
Nie piszę dla samych szaf.
Więc bądź – o ja! – garbat
garbem pokory przed ziomkami
i garbem porozumienia.

 


Druga połowa – czysta gra o tożsamość czy futbolowa wojna (znaczeń)? Mecz przerwany

[Łukasz:] Z całą pewnością stadion jest tym obszarem, który rytualizuje poczucie przynależności społecznej, patriotyzmu lokalnego, konserwuje mity i symbole narodowe, bo kadra reprezentuje pars pro toto większą wspólnotę, staje wreszcie na przeszkodzie globalizacji, ale też utrwala kompleksy. Piłka nożna jest dyscypliną na tyle pojemną, że obrazuje, jak karnawał zmienia się w wojnę, fascynacja i miłość w agresję prowadzącą do szowinizmu, a afirmacja życia i młodości przegrywa ze śmiercią, która w przypadku futbolu – wbrew pozorom – nie należy do tematów tabu. Przekorna i silna niezgoda na zasady fair play wrasta w istotę sportu i promieniuje na inne obszary życia społecznego. Ryszard Kapuściński, opisując w Wojnie futbolowej konflikt zbrojny między Salwadorem a Hondurasem, którego podłoże stanowiła rywalizacja piłkarskich drużyn narodowych, zwrócił uwagę, jak błyskawicznie stadion może ze świątyni przekształcić się w obóz koncentracyjny. Samobójcza śmierć młodej dziewczyny po porażce Salwadoru, która sprowokowała kryzys ofiarniczy, wyniosła ją na ołtarze jako bohaterkę narodową. Jak podaje Kapuściński:

Kiedy napastnik Hondurasu, Roberto Cardona, strzelił w ostatniej minucie zwycięską bramkę, siedząca w Salwadorze przed telewizorem 18-letnia Amelia Bolanios zerwała się i pobiegła do biurka, gdzie w szufladzie leżał pistolet jej ojca. Popełniła samobójstwo strzelając sobie w serce. »Młoda dziewczyna, która nie mogła znieść, że jej ojczyzna została rzucona na kolana« – pisał nazajutrz dziennik Salwadoru »El Nacional«. W pogrzebie Amelii Bolanios, transmitowanym przez telewizję, wzięła udział cała stolica. Na czele konduktu maszerowała kompania honorowa wojska ze sztandarem. Za trumną okrytą flagą narodową szedł prezydent republiki w otoczeniu ministrów. Za rządem kroczyła piłkarska jedenastka Salwadoru […].[1]

Ale ten sam ultrapatriotyzm może z równym skutkiem prowadzić do groteskowej amnestii, kiedy – jak w czasie karnawału – sukces bohaterów pociąga za sobą oswobodzenie zdrajców prawa. Kapuściński pisze dalej:

Po meczu, w którym Meksyk pokonał Belgię 1:0, pijany ze szczęścia Augusto Mariaga – naczelnik więzienia dla skazanych na dożywocie […], biega z pistoletem w ręku, strzela w powietrze i z okrzykiem: Viva Mexico! otwiera wszystkie cele wypuszczając na wolność 142 groźnych przestępców. Sąd uniewinnia Mariagę, »ponieważ – czytamy w uzasadnieniu wyroku – działał w uniesieniu patriotycznym«. [2]

[Jerzy:] Niestety, to składowa piłkarskich widowisk. Chwiejna równowaga między świętem wspólnoty a głodną... przemocy zgrają. Wąska granica. Nie chcę jednak, podobnie jak ty, wpadać w koleiny łatwych etykietek i jałowych uogólnień. W tłumie, który nam się wylał na boisko w tej drugiej połowie, w fakcie przerwania meczu dostrzegam istotny, szalenie ważny komunikat. Jak niedaleko od zbiorowego entuzjazmu do szowinizmu. Opadają mi ręce, gdy na Bułgarskiej, na meczach Kolejorza, przychodzi czas, gdy spora grupa kibiców rytualnie skanduje wulgarne zaklęcia skierowane przeciw stałym konkurentom (najdelikatniej rzecz ujmując). Kalumnie na Legię Warszawa etc. Siedzę z nimi i myślę o niemocy. Coś z tym muszę zrobić. Jak? Jedynie na gruncie polonistycznym. Uczenie i interpretowanie rodzimej literatury w taki sposób, by to, co w niej partykularne, powiatowe, narodowe stawało się podłożem bezkompleksowego i nieizolującego bycia z osobami z innych regionów, nacji, ras. I tu polska literatura daje świetnych sojuszników. Wielkich i małych nauczycieli nieseparatystycznego rozumienia słów „ojczyzna”, „ziomek”, „krajan”, „sąsiad”. Uświadomiła mi to praca z licealistami (lekcje z pierwszoklasistami o motywie domu z wykorzystaniem wierszy Kochanowskiego i... Białoszewskiego) oraz pisanie doktoratu o procesie filomatów i filaretów. Ci drudzy, Mickiewicz i jego uniwersyteccy przyjaciele, uczą jak zachować tożsamość w wielonarodowym imperium, do którego trafili w ramach carskiego wyroku. Nauczyli się tego w rodzinnych dworkach na białorusko-litewskiej ziemi oraz w Wilnie. Byli dziedzicami Wielkiego Księstwa Litewskiego nie bez kozery uważanego za prototyp Unii Europejskiej. Mickiewicz, Zan, Pietraszkiewicz i inni nie mieli żadnych kompleksów. Byli Litwinami z Rzeczpospolitej Obojga Narodów, prawowitymi mieszkańcami Europy. Taki byłby kierunek naszych działań. Nawoływać. Przypominać. To odniesie większy skutek niż walki policyjno-chuligańskie.

WARIANTY
Dogrywka

[Jerzy:] Dogrywka stadionowa kojarzy mi się ze zestresowanymi kibicami, słaniającymi się piłkarzami, których łapią skurcze i którzy szukają okazji do zadania decydującego ciosu. Są jednak tacy, którzy grają ewidentnie na remis. Chodzi im o doprowadzenie do rzutów karnych – to ich jedyna nadzieja na zwycięstwo. Bywały jednak wielokrotnie takie dogrywki wirtuozerskie, przyćmiewające poprzednie połowy. Choćby półfinał Mistrzostw Europy w 2000 roku, kiedy to Francuzi wyeliminowali rewelacyjnych Portugalczyków. Główne ciosy zadawał Zidane.

Czy istnieje dogrywka filologiczna, interpretacyjna? W moich poczynaniach dość często. Oto zakończył się zasadniczy czas gry/interpretacji jakiegoś wiersza i parę trudnych miejsc utworu pozostało hermetycznie zamkniętych, zupełnie nieodczytanych. I wtedy zarządzam lekturową dogrywkę. Taką należałoby ogłosić także w przypadku przywoływanego tu wiersza Białoszewskiego. Bo co począć z takimi strofkami:

Zrozumcie po ciemku:
brzęczy srebrna korona stołu,
słychać miasto w skrótach i ukosach.
Zapalcie światło:
czy nie zamiesza się
każdy z was – w żółtej szklance,
dokoła której
ociera się półtora wymiaru?

Mówisz wcześniej, że Białoszewski wybija tu „na aferę”. Obawiam się, że nie byłem w odpowiednim miejscu i minęła mnie ta piłka. Pokornie rozumuję „po ciemku” i słyszę pogłosy miasta, jego foniczne synekdochy. Może to jest to samo słyszenie, dzięki któremu Pielgrzym w Stepach akermańskich wychwytywał dźwięk kołyszącego się motyla i ślizgającego się węża? No ale co z tym „zamieszaniem się [...] w żółtej szklance” i ocierającym się dokoła niej „półtora wymiaru”? O co tu chodzi miejskiemu poecie-pustelnikowi? Czy o ten stopień kontemplacji, kiedy kontemplatyk rozpływa się w adorowanym przedmiocie? Staje się zawartością szklanki, miesza się razem z będącą w środku herbatą czy czymś takim. Stapia się każdy z nas, powszednich anachoretów, z postrzępionymi wymiarami rzeczywistości prześwitującymi przez ścianę szklanki. Może i tak. Chyba i ta dogrywka pozostanie nierozstrzygnięta. Jak myślisz?

[Łukasz:] Dogrywka jest wtedy, kiedy tekst stawia opór i interpretacja wymaga powtórzenia. W literaturze zawsze jest miejsce na dogrywkę, bo nikt nie ma monopolu na znaczenie. Proponujesz dogrywkę? Potrzeba sporo czasu. W tekście nie ma dla niej końca. Tekst nie przestaje stawiać oporu. Potrzeba czasu nieskończonego.

Podobno Amerykanie, którzy – jestem radykalny – nigdy nie zrozumieją istoty futbolu, nie mogąc pogodzić się z wynikiem remisowym, po 90 minutach gry zarządzają rzuty karne, żeby koniecznie wyłonić zwycięzcę. Z tekstem nie wygrasz.

RZUTY KARNE

[Łukasz:] Trudno dziś mówić o fair play w piłce nożnej, można raczej o relatywizmie. Współczesnego sędziego opisuje bowiem figura synekdochy, bo za nim kryje się gabinet cieni na trybunach, przed telewizorami, przed tekstami. Podobnie od literatury nie można już wymagać czystości gatunkowej, od kiedy do głosu doszedł synkretyzm gatunkowy, hybrydyczność, sylwiczność, wreszcie estetyka postmodernizmu i zjawiska, dla których nie ma miejsca we współczesnej genologii – hipertekst [3] i liberatura [4]. W tekście bowiem, jak i na trawiastej murawie, czytelnik i kibic zaczynają wpływać na grę, domagając się zmiany personalnej w kadrze, decydując o wyborze hiperłączy w obszarze tekstów intermedialnych.

[Jerzy:] Pewnych zasad w futbolu się jednak pilnuje, a w literaturze obok klasycystycznej koncepcji fair play (zasad trzech jedności w dramacie, zasada cudowności w eposie etc.) jest też fair play nowoczesne, z romantyzmu wyrastające, a przez modernizm jeszcze podkręcone (jak rzut wolny wykonywany przez takich fachowców jak Zidane czy Mihajlovič: strzał lekko nad jednym z brzegów muru obrońców; bramkarz zasłonięty; piłka w siatce). Myślę, że w piłkarskim widowisku i literackich igrzyskach stale ważą dwa czynniki: piękno i sens. I jeśli Ty podsuwasz mi hipertekst czy liberaturę, to jesteśmy w momencie literaturoznawczego wykonywania rzutów karnych. Ty je wykonujesz – ja jestem na bramce. Wcale nie chcę jednak powiedzieć, że role zostały jasno podzielone, a więc Ty egzekutorem, ja zaś skazaną na łut szczęścia tarczą strzelniczą. Przecież doskonale wiadomo, że wielu wykonawców karnych nie wytrzymuje presji i pudłuje albo „podaje” do bramkarza. Chętnie w tej bramce staję i próbuję „wyczuć” intencje strzelca. I przyznam, że czasem pisarskie nowalijki mówią do mnie równie głęboko, co pozycje z prywatnego kanonu literackiego. Czasem więc rzucam się we właściwy narożnik i piłka należy do mnie!

[Łukasz:] No właśnie, ja bym nawet poszedł jeszcze dalej. Wybiegnę na wolne skrzydło i przeholuje piłkę aż do linii końcowej, aż do postmodernizmu – bo dalej nie ma nic. Tu już trzeba się zastanowić, co w ogóle istnieje: czy był spalony? – nie ma pewności; czy była bramka? – nie wiadomo; czy był faul? – wątpię. Jest jedna piłka, dwie bramki, ale linie zewnętrzne i wewnętrzne falują, stając się plątaniną. Triada rodzajów literackich traci wyraźne granice, bo zagraża jej rezerwowy – wspomniana już liberatura. Dziś jeszcze w wieku juniorskim, niepewna miejsca w składzie wyjściowym, ale już wkrótce – po rozgrzewce i trenerskiej zmianie – może namieszać.

Ale to, co ostatecznie różnicuje boisko i tekst, bierze się z nieskończoności interpretacji, niedogrywalności. Szukając porozumienia z literaturą, trzeba wiedzieć, że ta zawsze przerasta czytelnika, który deklaruje lekturową pokorę, głęboką świadomość niemożliwości całkowitego doczytania po przełomie antypozytywistycznym. Jeśli ktokolwiek w tekście wygrywa – to tylko tekst właśnie. Filolog zdobywa bramki, ale nie wygrywa. Ale istnieje jeszcze jedna możliwość. Nasz autotematyczny tekst ubrany w konwencję gry boiskowej niepostrzeżenie narzucił nam system pucharowy – z dogrywką i rzutami karnymi. A można przecież grać inaczej – tak, jak w rozgrywkach ligowych. 90 minut, gwizdek sędziego i historia bierze to, co wskazuje tablica świetlna. Sprawiedliwy bramkowy remis pozostawia niedosyt zmarnowanych okazji strzeleckich, ale zarazem nie wyklucza powrotu na boisko – powtórzenia z różnicą. Replay okazuje się bowiem mechanizmem funkcjonalnym zarówno na papierze, jak i na ekranie; zarówno dla literatury, jak i dla futbolu. Inaczej, jeśli mówimy o rzutach karnych jako o loterii interpretacyjnej między dwoma czytelnikami, którzy grają na tekście. Dialog nie prowadzi przez cały labirynt znaczeń, ale pewnie chwyta istotę komunikacji, ocierając się palcami dłoni o ślady przeczytania. Ja strzelam. Ty bronisz. I odwrotnie. Naprzeciw siebie? A może w jednej drużynie sensu? Różniąc się stylami – odbioru, gry. I barwami koszulek.

__________________________________


[1] R. Kapuściński, Wojna futbolowa, Warszawa 2005, s. 168.
[2] Ibidem, s. 169-170.
[3] Używam terminu hipertekst w znaczeniu Theodora Holma Nelsona, który został zaadoptowany na grunt refleksji literaturoznawczej. Hipertekstualność rozumiem zatem jako cechę nielinearnej organizacji tekstu o kompozycji otwartej podzielonego na leksje (lub tekstony) i przeznaczonego do wariantywnej nawigacji przede wszystkim na interaktywnym ekranie nie zaś jako model relacji intertekstualnej proponowany przez typologię Gérarda Genette’a. Podstawowe rozróżnienia definicyjne i terminologiczne z zakresu teorii literackiego hipertekstu porządkuje opracowany przez Mariusza Pisarskiego słownik. zob. przede wszystkim: http://www.techsty.art.pl/hipertekst.htm, także drukowaną wersję skróconą: M. Pisarski, Hipertekst i hiperfikcja [w:] Liternet.pl, pod red. P. Mareckiego, Kraków 2003, s. 285-291.
[4] Liberatura reprezentuje literaturę, która nie jest zainteresowana wyłącznie tekstem, a więc aspektem werbalnym, ale także wizualnym: strukturą materialną, morfologią książki, fizycznym kształtem zdania, architektoniką słowa, typografią. zob. przede wszystkim: Z. Fajfer, Liberatura. Aneks do słownika terminów literackich, „Dekada Literacka” 1999, nr 5-6, s. 8-9; Z. Fajfer, Liberum veto? Odautorski komentarz do tekstu „Liberatura. Aneks do słownika terminów literackich” [w:] Tekst-tura. Wokół nowych form tekstu literackiego i tekstu jako dzieła sztuki, pod red. M. Dawidek-Gryglickiej, Kraków 2005, s. 17-22.


Jerzy Borowczyk, Łukasz Jeżyk

Przedruk za "Polonistyką"

 

Komentarze

nie dodano jeszcze żadnego komentarza.

Dodaj komentarz

 

*tytuł komentarza:

*treść komentarza:

Token

*wpisz znaki widoczne na obrazku:

 
Aktualności
2011-12-15
Piłkarze w lodzie - wspomnienie
Najpierw piłka odkleiła się od buta. Później odpadła noga piłkarza. Ciepły grudzień nie był łaskawy dla prac pokazanych na poznańskim rynku podczas Międzynarodowego Festiwalu Rzeźby Lodowej. Setki turystów fotografujących kapiące rzeźby ocaliły je przed rozpłynięciem się w zupełnej niepamięci. W selektywnej galerii przedstawiamy piłkarskie akcenty Festiwalu. więcej
Archiwum cytatów

“Gdy mewy podążają za kutrem, czynią tak dlatego, ponieważ myślą, że do morza będą wrzucane sardynki”

Eric Cantona

Paul Gascoigne
Geniusz i błazen. Jeden z największych zmarnowanych talentów w historii angielskiego futbolu. Idol młodzieży lat 90-tych, zanim wpadł w kłopoty związane z uzależnieniami, był prawdziwą gwiazdą brytyjskiego sportu, ale także showmanem i … raperem. więcej