Strona główna > Wokół piłki

Pióro szybsze od piłki: wielki dylemat Kranickiego

W 20-leciu międzywojennym sport zaczął być postrzegamy jako doskonały temat dla literatury, a w codziennej prasie drukowano w odcinkach opowiadania i powieści, których bohaterami byli piłkarze. Cieszyły się one ogromną popularnością. Takim opowiadaniem był „Wielki mecz” Eryka Wilka z 1939 roku, czyli historia polskiego piłkarza wcielonego do reprezentacji Niemiec, który w ważnym meczu musiał zagrać przeciw rodakom. Z jakim skutkiem?

W 2008 roku podczas piłkarskiego turnieju Euro Niemcy pokonały Polaków 2:0 po bramkach pochodzącego z Polski Łukasza Podolskiego. Podolski po trafieniach do siatki nie okazywał radości, podobnie jak przed rozpoczęciem spotkania nie śpiewał niemieckiego hymnu. Przyznawał za to w licznych wywiadach, że wewnętrznie czuł się rozdarty, bo choć gra dla Niemiec, to czuje się Polakiem. Okazuje się, że przypadek polskiego emigranta, który stoi przed dylematem, bo w ważnym meczu musi zagrać w obcej drużynie przeciwko rodakom, literatura znała już blisko 70 lat wcześniej. Tak, tak, to się już kiedyś wydarzyło. Nie w rzeczywistości, a na kartach opowiadania. Bo pióro jest szybsze od piłki.

W 1939 roku na łamach „Ilustracji Polskiej” publikowano w odcinkach opowiadanie Eryka Wilka pt. „Wielki mecz”. Jego głównym bohaterem jest Krzysztof Kranicki – polski piłkarz, który wyemigrował do Niemiec. Nie był to odosobniony przykład, bowiem w literaturze 20-lecia międzywojennego, w którym sport traktowano jako niezwykle wdzięczny temat dla sztuki, pojawiały się przypadki wikłania głównego bohatera w konflikt etyki z lojalnością. Na gruncie sportowym ten model wykształcił specyficzny typ bohatera – emigranta, który grając w obcym zespole i tłumiąc w sobie patriotyczne uczucia, musiał zmierzyć się z rodakami w bardzo ważnym meczu. Taki bohater pojawia się właśnie u Wilka w „Wielkim meczu”. To Krzysztof Kranicki – polski pracownik kotłowni w Kolonii, który za chlebem wyjechał do Niemiec. Tam szybko poznano się na jego talencie piłkarskim i wcielono do niemieckiej reprezentacji na mistrzostwa świata, wystawiając na pozycji napastnika. Kranicki odwdzięcza się pięknymi golami i prowadzi drużynę Niemiec do finału mundialu. Nie spodziewa się jednak, że na końcu przyjdzie mu stoczyć najtrudniejszy pojedynek – wewnętrzną walkę z samym sobą.

Obok utworu Wilka żaden piłkarski kibic nie przejdzie obojętnie. Kolejne strony zapisane losami Kranickiego czytelnik pochłania z wypiekami na twarzy. Poza tym miło usłyszeć o wielkich zwycięstwach polskiej reprezentacji i grze w finale mistrzostw świata. W tej materii pióro jest o wiele szybsze o piłki. Na takie sukcesy biało-czerwonych, jakie opisuje Wilk, w świecie realnym przyjdzie nam, niestety, jeszcze długo poczekać. W opisywanym mundialu Polacy w drodze do finału pokonali kolejno Szwecję, Szwajcarię i Włochy, a w półfinale ograli utytułowany Urugwaj. Na ten wynik czekali niemieccy kibice, którzy równolegle oglądali półfinałowe zwycięstwo swojej drużyny nad Anglią 2:0. Byli jednak pewni, że w finale zagrają z Urugwajem, lekceważąc Polaków.

Tym większa konsternacja zapanowała wśród nich, gdy spiker ze stadionu w Berlinie połączył się z Norymbergą, gdzie swój mecz grali Polacy. „Achtung, achtung. Przed chwilą zakończył się mecz półfinałowy między Urugwajem, a Polską. Słyszeliście słowa hymnu polskiego – to garstka studentów i robotników polskich daje upust radości, bo wspaniale grająca drużyna polska dosłownie rozniosła  sławną jedenastkę z Montevideo. Pamiętamy wielkie mecze, takiego jednak dawno nie widzieliśmy. Drużyna urugwajska w pełni potwierdziła swą klasę, była jednak bezsilna wobec klasy Polaków, którzy dali prawdziwy koncert gry – mówił sprawozdawca radiowy”. Po takich słowach niemieccy kibice po raz pierwszy podczas turnieju stracili nieco pewności siebie, przypominając sobie historię sięgającą… bitwy pod Grunwaldem. Nie byli wcale pewni, czy ich idole poradzą sobie z Polakami w finale. „Tłum zastygł w grobowym milczeniu. Horyzont zaciemnił się nagle. Od strony Grunwaldu nadciągała wielka burza”.

Finał ma zostać rozegrany w Berlinie na Stadionie Olimpijskim. Na widowni zasiądzie 120 tysięcy widzów. Kibice niemieccy marzą o tym, że ich zespół odniesie miażdżące zwycięstwo, ale lider drużyny – Kranicki… nie chce grać w tym meczu. Prosi trenerów, aby tym razem nie wstawali go do składu. Działacze Niemieckiego Związku Piłki Nożnej nakłaniają go jednak do gry, przypominając, że siedem lat wcześniej Polska się go wyrzekła, że to Niemcy dały mu pracę, obywatelstwo, prawo i przywileje, żądając w zamian jedynie uczciwego spełniania obywatelskich obowiązków, a jednym z nich jest właśnie gra w kadrze. „– Tak, jestem obywatelem niemieckim, ale to pozostało polskie – syknął przez zaciśnięte zęby Kranicki, po czym rąbnął się pięścią w piersi.” Co ciekawe, szef niemieckiego, piłkarskiego związku, w głębi duszy doskonale rozumie Kranickiego i przyznaje mu rację, jednak w obawie o wynik meczu z Polską ucieka się do podstępu. Chce zagrać na emocjach Kranickiego, w tym upatruje swej ostatniej szansy, dlatego przypomina jeszcze raz Polakowi, jak wiele ten zawdzięcza narodowi niemieckiemu, po czym wyraża obawę: „Mój kochany Kranicki, obawiam się… obawiam się, czy Pan nas nie oszuka”?! W tej chwili Polak poczuł się tak, jakby na jego barkach spoczął ogromny ciężar. Ciężar większy, niż był w stanie udźwignąć. A Nurger, szef niemieckiego piłkarstwa, wierzył, że „podstąpienie i brutalnie podrażniony honor tego chłopaka weźmie górę nad patriotyzmem”.

Trener Niemców na mecz z Polską Kranickiemu przyznał opaskę kapitana. To jednak w żaden sposób nie rozwiało wątpliwości Polaka. Mętlik w jego głowie zwiększył się jeszcze dzień przed meczem, gdy obie drużyny spotkały się na uroczystym bankiecie w ambasadzie. Kranicki cieszył się na spotkanie z rodakami, ci jednak nie chcą podać mu ręki i traktują jak zdrajcę. Polski bramkarz, z którym Kranicki próbuje nawiązać rozmowę, odpowiada z pogardą „Nie znam niemieckiego” i odchodzi. Podobnie polscy piłkarze zachowują się przed meczem, jakby spełniając prośbę przybranych w biało-czerwone barwy kibiców, którzy z trybun krzyczą podczas prezentacji: „Nie podawać ręki sprzedawczykowi”!

Kranicki doskonale słyszy wszystkie te okrzyki, mimo to po raz kolejny gra wspaniale, z łatwością mija obrońców, ale kiedy dochodzi z piłką pod polską bramkę, patrzy na bramkarza, który na bluzie ma białego orła i… staje, tracąc piłkę. Cały czas zmaga się ze sobą, nie wie, czy robi dobrze. Polacy w drugie połowie prowadzą już 3:0 i wydaje się, że zdobędą mistrzostwo świata. Kranicki chciałby zwycięstwa Polski, ale boi się hańby, jaką okryje się w Niemczech. Na 14 minut przed końcem przytomnieje i zaczyna grać najlepiej, jak potrafi. „Daremnie doskakują doń obrońcy i daremnie użerają się z nim pomocnicy. Prześliznął się między nimi, jak pantera, mylił ruchami ciała, zwodził, odskakiwał od piłki, porywając za sobą przeciwników, a potem prawie niewidocznym ruchem nogi, ściągał ją na siebie i wyprowadzał w „uliczki” spokojnie, pewnie – posłuszną, ślepo oddaną, zaklętą. W jedenastu minutach padły w ten sposób trzy bramki, a w ostatniej sekundzie  przed końcem meczu bezsilny polski bramkarz po raz czwarty wyciągnął piłkę z siatki”.

Z konfliktu sportowej etyki z narodową lojalnością zwycięsko wychodzi ta pierwsza. Ale z ponad 100-tysięcznego tłumu Niemców świętującego zdobycie mistrzostwa, tylko Kranicki nie cieszy się z wygranej…

Tomasz Brusiło


Komentarze

nie dodano jeszcze żadnego komentarza.

Dodaj komentarz

 

*tytuł komentarza:

*treść komentarza:

Token

*wpisz znaki widoczne na obrazku:

 
Aktualności
2012-05-11
"Pisarze wobec futbolu. Negacje, irytacje, fascynacje"
Erotyzm futbolu, piłka nożna jako tworzywo poetyckie, poeta-chuligan... Katolicki Uniwersytet Lubelski zaprasza na konferencję poświęconą związkom futbolu i literatury (4-5 czerwca 2012). więcej
Archiwum cytatów

“Przelobować to zagrać tak, żeby piłka spadła bramkarzowi za plecami niczym liść jesienny, najlepiej klonowy, bo wirujący.”

Jerzy Pilch

Alexi Lalas
Słaba jakość krótkiego filmu nie pozwala dokładnie zorientować się, jak wygląda nocny klub muzyczny, który zwabił na gościnny występ prawie dwumetrowego rudzielca, z gęstą brodą i długimi włosami. Widzowie mogą odnieść wrażenie, że człowiek, który zaraz będzie śpiewał, nieco chowa się za swoim zarostem, dając do zrozumienia, że nie do końca czuje się na swoim miejscu. Ale oto rozpoczyna się piosenka i od razu rozpoznajemy nieśmiertelny standard. To „Johnny B. Good” z repertuaru Chucka Berry’ego. Ogromny facet podchodzi do mikrofonu i od pierwszych taktów nie mamy wątpliwości, że początkowe wrażenie było czystą kokieterią. Bo Alexi Lalas bez dwóch zdań umie śpiewać. więcej