Strona główna > Wokół piłki
Maria Żmuda, „Bo mój chłopak piłkę kopie. Ze wspomnień” - recenzja książki
Bycie kobietą sławnego piłkarza jest sprawą nie bez znaczenia dla świata. Doskonale wiedzą o tym czytelnicy Pudelków i Plotek, którzy bacznie obserwują życie Victorii Beckham, Anny Przybylskiej czy niegdyś Dody. Żony idoli sportowych często rozwijają autonomiczne kariery. Maria Żmuda, z racji bycia żoną wielkiego sportowca Władysława Żmudy, swego czasu również doświadczyła popularności, przyjaźniła się z gwiazdami, próbowała sił we własnym biznesie – a po latach postanowiła napisać o tym książkę. Z powodu tej ostatniej wielka sława ani kariera autorce raczej nie grozi.
Jeśli kobieta tworzy literaturę o piłce nożnej, to rzecz nieczęsta i godna uwagi. Żmuda deklaruje w jednym z wywiadów, że jest pierwszą kobietą w Polsce, która tak obszernie wypowiedziała się na temat piłki nożnej. Czy faktycznie pierwszą – nie sprawdzałam, istotniejsze wątpliwości rodzi druga część tego zdania. Czy książka Marii Żmudy jest faktycznie poświęcona futbolowi, czy to tylko chwyt reklamowy mający skusić szersze grono odbiorców?
Warto na początek przytoczyć, w jaki sposób autorka „Bo mój chłopak piłkę kopie. Ze wspomnień” zapowiada swoje dzieło w „Prologu”: „Opisane w tej książce wydarzenia, relacjonowane z perspektywy kobiety, żony sławnego sportowca, stanowią bardzo subiektywny obraz okresu «złotych lat polskiej piłki nożnej», których owocem były jedyne jak dotychczas w dorobku polskich piłkarzy medale mistrzostw świata. Przedstawiają ludzi oraz wydarzenia poza oficjalnymi relacjami, wśród codziennych przeżyć, wydarzeń, wzruszeń i fascynacji, kształtujących specyficzny koloryt tych dni”.
Przyznaję, że lektura pozwala uwierzyć w to, że Maria Żmuda żyła atmosferą wielkich piłkarskich wydarzeń. Zwana „maskotką reprezentacji”, wolny czas spędzała na zgrupowaniach, dopingowała męża i innych zawodników trenera Górskiego z poczuciem ogromnej dumy. Z jej wspomnień przebija życzliwość i ogromny szacunek dla zasłużonych postaci polskiego sportu. Kilka poszczególnych rozdziałów jest wyrazem nieudawanego kibicowskiego zacięcia i zaangażowania w sprawy drużyny narodowej w trudnych czasach minionego systemu. Sympatyczne drobiazgi, takie jak dedykacja dla naszej Reprezentacji z życzeniami sukcesu na Euro 2012 oraz zamykający książkę biogram Władysława Żmudy, tworzą ramę, która najpierw wskazać ma, a na końcu przypomnieć, jaki był z założenia kontekst opowiedzianych historyjek. Jednak środek ciężkości książki „Bo mój chłopak piłkę kopie” wyraźnie został położony na zaimek „mój” – na osobiste przygody i sukcesy autorki, dla których świat futbolu okazuje się tylko barwnym tłem. Rzecz napisana jest w formie zbioru anegdot z życia Maii Żmudy i jej znajomych, z niepowiązanych przypadków, które tworzą kolorową paletę tematów i nastrojów. Różnorodność jest ogromna – od spotkania drużyny narodowej z Papieżem Janem Pawłem II, po charakterystykę Słaniowej, matki kuzyna Czesława, która przechowywała żywność w studni. Dzięki temu możemy dowiedzieć się różnych ciekawostek – że samolot przewożący zawodników do Kuwejtu przemycał whiskey, że w pucharze sprezentowanym przez I Sekretarza Partii zmieściły się 3 kg ogórków itp. Z całą pewnością nie jest to dzieło przegadane – to jego najbardziej charakterystyczny rys. Żmuda w sposób prosty i treściwy relacjonuje wydarzenia, zwięźle wymienia ważniejsze miejsca i nazwiska. Również opisy są rzadkie, większość pozostawiono wyobraźni. Oszczędność słowa jest niezwykle cenną umiejętnością wśród niedoświadczonych literatów, tym bardziej że anegdotyczny styl jest wprost stworzony, aby oddawać klimat absurdów PRL-u. Niestety jednak brakuje tu konsekwencji, bo obok króciutkich wzmianek na istotne tematy, mamy mnóstwo niepotrzebnych zdań, nic nie wnoszących, a także nieuzasadnione tematycznie obrazy niektórych przestrzeni: restauracji, teatru lub ogólnie Werony czy Wrocławia, które nużą opisami atrakcji miejskich, wyjętymi jakby z broszury. Przy tak skondensowanej formie trudno było uniknąć efektu przeładowania, zgoda, ale momentami dostajemy również dłużyzny. Autorka nie dba też o porządek chronologiczny zdarzeń, przez co niektóre historyjki są całkowicie wyrwane z kontekstu. Całość tworzy niespójny i chaotyczny wybór tego, co jej się akurat przypomni.
Niektórzy czytelnicy, a ja między nimi, mogliby wypomnieć autorce stawianie siebie w centrum wszelkich zjawisk, podkreślanie własnej roli, nieskromne cieszenie się sławą i dobrobytem (zwłaszcza czytelnicy, którzy w tym samym czasie w Polsce mieli skrajnie inne doświadczenia). Cóż, powinno się chyba owe skłonności nazwać po prostu kobiecą bezpośredniością i uznać, że takie już ich miejsce w autobiograficznych wspominkach.
Nie chcę bawić się w definiowanie, co jest, a co nie jest literaturą kobiecą, ale bez narażania się feministkom można chyba powiedzieć, że większość dzieła Żmudy jest wyjątkowo „babska”. Na przykład rozdział poświęcony wyłącznie zakupom: „siadałam na kanapie w luksusowym sklepie, popijałam kawę, a personel prezentował kreację. (…) Ubrana w firmowe ciuchy od stóp do głowy wychodziłam ze sklepu żegnana ukłonami i komplementami”. Albo „urocza historyjka”, kiedy zdarzyło jej się zaimprowizować („z kartą kredytową nie rozstawałam się nigdy”) elegancki strój na niespodziewaną kolację. Kwintesencją tego stylu był obszerny fragment opisujący wizytę w teatrze: „Posadzono mnie w najlepiej eksponowanej, centralnej loży na pierwszym piętrze na wprost sceny. Uczestniczyłam w przedstawieniu baletowym, maestro dyrygował orkiestrą. (…) Zwracały uwagę wspaniale kreacje kobiet [przykłady owych zdań, które nic nie wnoszą – S.Ś.]. W przerwie gospodarz wieczoru pojawił się w mojej loży i z uśmiechem przyjął ukłony oraz brawa zgromadzonej publiczności. Przez moją głowę błyskawicznie przeleciała myśl: – Że też koleżanki tego nie widzą! (…) Publiczność Cremony miała też sposobność oglądania mnie na scenie. Stało się to przy okazji występu brazylijskiego zespołu «Oba, Oba» (…) Podczas występu dwoje tancerzy zeszło ze sceny, by mnie na nią zaprosić. Przez kilka godzin próbowałam naśladować przepiękne, półnagie partnerki, ozdobione kolorowymi pióropuszami gigantycznych rozmiarów. Uroczą przygodę zawdzięczam oczywiście piłkarzowi Juary, grającemu razem w Władkiem w barwach Cremonese, który sprawił mi tak egzotyczną niespodziankę”. Ostatnie zdanie to doskonały przykład pokazujący, na jakiej zasadzie piłka nożna obecna jest w dziele Marii Żmudy. Pewnie znacznej części czytelniczek te i podobne fragmenty bardziej przypadną do gustu niż sporadyczne opisy zgrupowań reprezentacji lub wyniki meczy. Zadziwią zaś na pewno zawodników reprezentacji, którym książka jest dedykowana. W każdym razie wszyscy oczekujący „kobiecej literatury poświęconej piłce nożnej” zwyczajnie się zawiodą. Jeśli muszę już nazwać tę pozycję pierwszym w Polsce przykładem kobiecego spojrzenia na sport, to mam nadzieję, że ujawnią się wkrótce inne autorki, które pokażą polemiczną perspektywę, nie sprowadzając kobiety wyłącznie do roli drużynowej maskotki.
Dla mnie dominującym doświadczeniem czytelniczym był niedosyt. Podstawowy problem polega bowiem na tym, że główny temat, ten sportowy, zasługiwałby na bardziej szczegółowe, bardziej epickie potraktowanie. Wątek piłkarski jest systematycznie wywoływany jako kontekst, tak samo problemy społeczne lat 70. i 80. w Polsce. Gdy jednak brakuje detali, atmosfera gubi się w ogólnikach i niedopowiedzeniach, nie ma mowy o budowaniu „specyficznego kolorytu tych dni”.
Na koniec jeszcze dwa słowa o szacie graficznej. Okładka autorstwa Macieja Lerchera owszem zachęca do lektury, jest młodzieżowa, modna i odważna. Natomiast karykaturalne kontury i jaskrawa kolorystyka w przypadku ilustracji wcale się nie sprawdzają. Mimo że z jednej strony humor i dystans (do norm estetycznych także) obrazków pasują do satyrycznego charakteru publikacji, a do tego dodają jej prawie połowę objętości, to niestety raczej szpecą i zagracają niż zdobią. Efekt potęguje jeszcze ciasny i niedbały skład. Przez te komiksowe „komentarze” opowiadania tracą moim zdaniem wiele potencjalnego ciepła i uroku.
Sylwia Świtoń
Książkę otrzymaliśmy z księgarni kibica Sendsport
Komentarze
Dodaj komentarz
*tytuł komentarza:
*treść komentarza:
Wielka Przygoda z Filmem - Życie i piłka
W Szkole Mistrzostwa Sportowego nr 2 w Poznaniu odbędzie się halowy mecz piłkarski, którego stawką jest - rola w filmie! więcej
Paul Gascoigne
Geniusz i błazen. Jeden z największych zmarnowanych talentów w historii angielskiego futbolu. Idol młodzieży lat 90-tych, zanim wpadł w kłopoty związane z uzależnieniami, był prawdziwą gwiazdą brytyjskiego sportu, ale także showmanem i … raperem. więcej











