Strona główna > Stałe projekty
"Bramkarz Liverpoolu" na Ale Kino! z piłką - recenzja filmu
Bramkarz Liverpoolu
reżyseria: Arild Andresen
kategoria wiekowa: od 10 lat
można obejrzeć w: Multikino 51
termin: 7 i 9.12, godzina 9.30
Co może zrobić kilkunastoletni chłopiec, którego największym hobby jest piłka nożna, ale jest zbyt bojaźliwy, by w nią grać? Ojciec Jo umarł po upadku w czasie kąpieli. Od tej pory chłopiec obsesyjnie boi się jakichkolwiek urazów, co nie współgra z jego ukochaną grą kontaktową. Nadopiekuńcza mama, przez ciągłą kontrolę temperatury i samopoczucia jedynaka, nie ułatwia pozbycia się traumy. „Na boiskach co roku umierają piłkarze”, mówi do siebie w pewnym momencie Jo i próbuje uniknąć kontaktu z piłką, choć w szkolnej drużynie... stoi na bramce. Rezygnuje z treningów, ale kompensuje sobie fascynację futbolem w inny sposób – jak wszyscy chłopcy zbiera karty z piłkarzami. Największym marzeniem każdego z nich jest zdobycie tej z bramkarzem Liverpoolu, ulubionej drużyny, jednak miesiące poszukiwań doprowadzają wszystkich do frustracji – a może takiej karty w ogóle nie ma? Polowanie na nią staje się fabularnym motywem przewodnim filmu, jako główny punkt dyskusji i przeżyć nastolatków.
Życie chłopców obraca się wokół piłki nożnej. Tych piłkarskich historii jest tu kilka, chociażby epizod chłopca uznawanego za największy talent, którego ścieżka piłkarskiej kariery nie jest tak prosta, jak wydaje się wszystkim młodym fanom i kibicom z miasteczka. Futbol pełni tu funkcje prestiżowe, więziotwórcze, wzmacnia poczucie własnej wartości. Z tego względu Jo stoi na przegranej pozycji w grupie, zależy mu na znalezieniu karty, by wzbudzić szacunek rówieśników.
Piłka nożna stanowi oś fabularną filmu, jednak obraz opowiada przede wszystkim o dojrzewaniu, wyrastaniu z wieku dziecięcego w wiek męski, przełamywaniu swoich fizycznych i psychicznych blokad. Jo nie jest odważny, nie jest gwiazdą, przez co staje się ofiarą kolegi z klasy. W pewnym momencie musi jednak stawić opór – prześladowcy, mamie, samemu sobie i swoim słabościom, a pomocna, oczywiście, będzie tu jego ulubiona gra
Jo, w wielu sytuacjach chorobliwie wrażliwy i nieśmiały, potrafi zachować ironiczny dystans. To dzięki głównemu bohaterowi, granemu z niezwykłym wdziękiem przez Aska van der Hagena, film przesycony jest humorem i ciepłem. Chłopiec często wizualizuje sobie swoje przyszłe dokonania – od porozmawiania z ukochaną dziewczyną do naprawdę poważnych historii życiowych. Wizje te są najczęściej skrajne – widzi tylko swoje spektakularne sukcesy na zmianę z porażkami. A jednak Jo nie poddaje się swoim emocjom ani wrodzonemu pesymizmowi. Oprócz błyskotliwej inteligencji bohater ma jeszcze jedną wybijającą się cechę – konsekwencję. W pierwszych ujęciach filmu widzimy, gdy ćwiczy mięśnie dłoni urządzeniem podarowanym przez ojca. Widok ten może bawić, gdy widzi się chudziutkiego chłopca z zupełnie jeszcze dzięcięcą buzią. A jednak – konsekwencja przyniesie oszałamiający rezultat.
"Bramkarz Liverpoolu" to chyba najbardziej optymistyczny film tegorocznego cyklu "Ale Kino z piłką". Mimo że owym bramkarzem nie jest Jerzy Dudek.
Marta Hoffmann
Komentarze
Dodaj komentarz
*tytuł komentarza:
*treść komentarza:
"Komentujący Jan Ciszewski nie zapomniał powiedzieć, że sędzia spotkania pan Patrick Partridge jest z zawodu farmerem, ale o mnie nic nie mówił. Mała dziewczynka – dzisiaj ma ze czterdziestkę – wręcza tuż przed pierwszym gwizdkiem Mirosławowi Bulzackiemu kwiaty i nie są to kwiaty dla mojej matki. Jan Tomaszewski płacze w czasie hymnu ze wzruszenia, ale wzruszony jest stutysięcznym śpiewem, a nie wiadomością o moich urodzinach" - cykliczny felieton Adama Adamczyka. więcej
"Pisarze wobec futbolu. Negacje, irytacje, fascynacje"
Erotyzm futbolu, piłka nożna jako tworzywo poetyckie, poeta-chuligan... Katolicki Uniwersytet Lubelski zaprasza na konferencję poświęconą związkom futbolu i literatury (4-5 czerwca 2012). więcej
“Przelobować to zagrać tak, żeby piłka spadła bramkarzowi za plecami niczym liść jesienny, najlepiej klonowy, bo wirujący.”
Jerzy Pilch
Alexi Lalas
Słaba jakość krótkiego filmu nie pozwala dokładnie zorientować się, jak wygląda nocny klub muzyczny, który zwabił na gościnny występ prawie dwumetrowego rudzielca, z gęstą brodą i długimi włosami. Widzowie mogą odnieść wrażenie, że człowiek, który zaraz będzie śpiewał, nieco chowa się za swoim zarostem, dając do zrozumienia, że nie do końca czuje się na swoim miejscu. Ale oto rozpoczyna się piosenka i od razu rozpoznajemy nieśmiertelny standard. To „Johnny B. Good” z repertuaru Chucka Berry’ego. Ogromny facet podchodzi do mikrofonu i od pierwszych taktów nie mamy wątpliwości, że początkowe wrażenie było czystą kokieterią. Bo Alexi Lalas bez dwóch zdań umie śpiewać. więcej









