Strona główna > Literatura
Gary Lineker, piłka i ja (część II)
5.
Statystyki strzeleckie w Barcelonie Lineker miał nienaganne – 43 bramki w nieco ponad stu meczach. To nie jest w końcu zły wynik. Ale będę się upierał, że podpisanie kontraktu z Tottenhamem było w sumie dobrym posunięciem. Lineker strzelał gole w Barcelonie, ale typowo angielski snajper nie nadaje się chyba do śródziemnomorskiej kultury piłkarskiej. Nawet te trzy gole wbite Realowi – to nie były piękne bramki – to raczej trzy strzały wbite w serce, trzy gwoździe do trumny, bezwzględne, zimne jak oczy rekina. Gra Linekera wymagała raczej innej skali ocen, innego podejścia, innych kryteriów estetycznych, innej filozofii patrzenia na piłkę. On mówił pięknie, ale w innym języku, nie po katalońsku.
W eliminacjach do Mistrzostw Europy w Szwecji w 1992 roku na nieszczęście znowu trafiliśmy na Anglię, oni na szczęście znowu trafili na nas. Byłem już w liceum, gry w piłkę coraz mniej, nauki coraz więcej. 17 października, w rocznicę mitycznego meczu, Anglicy gościli nas na Wembley, a Dariusz Szpakowski przedstawił się jako Jan Ciszewski. To nie mogło zapowiadać niczego dobrego, wywoływanie dobrych duchów z przeszłości było chyba zbyt nachalne, zbyt prostolinijne, może nawet bezczelne. Mecz był irytujący. Anglicy nie grali żadnej wielkiej piłki, słusznie mniemając, że wystarczy poczekać na jakieś konkretne błędy Polaków, a wedle matematycznej teorii gier takowe muszą się przydarzyć w ciągu 90 minut gry w piłkę na średnio szybkie tempo. I tak się stało – błąd obrony i petarda z karnego Linekera w samo okienko bramki Wandzika. Bramka do szatni. Pod koniec drugiej połowy Peter Beardsley wykorzystał fatalne ustawienie polskiego bramkarza i chytrym lobikiem dobił nas ostatecznie.
Nie graliśmy wtedy wielkich eliminacji, generalnie graliśmy bardzo nieciekawą, pozbawioną błysku piłkę. Ale na przykład Anglia dwa razy remisowała z Irlandią, z nami Irlandia też nie wygrała ani razu, za to wszyscy solidarnie pobili słabiuteńką jeszcze wtedy Turcję. Przed ostatnią kolejką rozgrywek kalkulacja był prosta: Turcja cudem remisuje u siebie z Irlandią, my jeszcze większym cudem ogrywamy Anglię i to – już automatycznie – daje cud trzeci – Polska jedzie na Euro do Szwecji. Proste?
Dla kibica wszystko potrafi być proste. Taki ma system oceny rzeczywistości, całkowicie pozbawiony logiki zdroworozsądkowej, opierający się raczej na wyobraźni i samozakłamaniu. Dlatego chodzi na mecze, gdy drużyna jest w dołku, dlatego przed każdym sezonem jest przekonany, że tym razem wszystko będzie dobrze, choć przeważnie jest prawie tak samo. Armia naiwnych. Zwłaszcza, że co czas jakiś Bóg zsyła z niebios dowody na to, że Chrystus kiedyś zmieniał wodę w wino. Nie chodzi tylko o słynne zwycięstwo Niemców nad Węgrami w finale MŚ roku 1954. Ale na przykład powszechnie niepamiętana wygrana Zawiszy Bydgoszcz z Lechem w Poznaniu 5–1 na rozpoczęcie sezonu 1989/90, sezonu, w którym Lech zdobył zresztą mistrzostwo… Cuda się zdarzają. A remis z Irlandią w eliminacjach do szwedzkich Mistrzostw Europy? Przegrywaliśmy już 3–1 z przeciwnikiem bardzo silnym, światowym, ale charakteryzującym się tym, że prawie nie strzelał goli (zwykle po jednym), ale też w ogóle nie zwykł ich tracić. A tu naraz hokejowy remis. Nigdy chyba na jednym meczu nie przeżyłem takich skoków emocjonalnych – od skrajnej beznadziei i pustki po satysfakcję bliską spełnieniu (gdyby Skrzypczak lepiej przymierzył w 89 minucie). Irlandia była absolutnym mistrzem obrony, nawet Anglikom chyba łatwiej było wtedy wbić gola. Chłopy jak dęby, żadni wirtuozi piłki, ale do bólu zębów konsekwentni. A tu proszę. Może byli zdziwieni, że sami strzelili trzy bramki. Przyszło im to łatwo. A tu cud, prawdziwy cud! Siedziałem bardzo nisko i do dziś pamiętam twarz bramkarza Patricka Bonnera – brak mi wyobraźni, by to do czegoś porównać, by opisać ten obłęd, to zagubienie i wołanie o pomoc (może „Krzyk” Edwarda Muncha byłby tu najlepszy albo obrazy Williama Blake’a, może „Wygnanie z Raju”…), tak naprawdę trzeba było to po prostu widzieć, najlepiej z mojej odległości.
Mecz z Anglią graliśmy na Bułgarskiej niecały miesiąc po dreszczowcu z Irlandią. Z kupieniem biletu nie było problemu. Były chyba relatywnie dość drogie. Poza tym ludzie nie bardzo wierzyli w ten awans. Nie czuło się atmosfery meczu. Chłodno, deszczowo i ciemno było w tamte dni, odpychająco. Reprezentacja Anglii przyleciała na Ławicę w poniedziałek albo w niedzielę. We wtorek późnym ranem albo w poniedziałek (już nie pamiętam) piłkarze angielscy mieli południowy trening w Ogródku. Tak nazywa się potocznie boczne boisko Warty, na którym zresztą Warta gra swoje mecze prawie zawsze. Dużo lepsza widoczność i fajniejsza atmosfera, niż na fatalnie zaprojektowanym, pozbawiającym widoczności stadionie im. Edmunda Szyca. Na bocznym boisku piłkarze są oddaleni od widzów na długość paznokcia, poza tym nawet przy dopingu wszystko zawsze dobrze słychać, uderzenia piłki, krzyki, a nawet rozmowy zawodników. Uciekłem tego dnia z lekcji i poszedłem na ten trening. Można było wejść bez przeszkód, byle nie włazić na boisko. Przez te półtorej godziny uruchomiłem więcej mocy percepcyjnych, niż przez całą naukę w liceum. Przyjechali bez Gascoigne’a i Waddle’a, ale i tak była frajda.
Znałem raczej wszystkich, z transmisji meczów reprezentacji Anglii, z angielskiego tygodnika „Shoot”, który od kilku miesięcy był do kupienia w Empiku, a który co tydzień skrupulatnie kupowałem, wkładałem do tekturowej teczki (żeby się nie pogniótł), zanosiłem do domu, tam studiowałem, trzymając pismo opuszkami palców, albo kładłem na biurku, żeby kredowy papier nie musiał mieć kontaktu z jakąkolwiek częścią zawsze brudnego człowieczego ciała. Wyrobiłem sobie w palcach taką delikatność i wyczucie, że z moją umiejętnością dopuszczono by mnie z pewnością do studiowania średniowiecznych inkunabułów. Studiowanie kończyłem przeniesieniem tygodnika „Shoot” na półkę, na miejsce przeznaczone wyłącznie dla tygodnika „Shoot”. Estyma i delikatność w traktowaniu książek i wszelkiej maści papierowych przedmiotów wartościowych (programy piłkarskie, stare czasopisma...) została mi do dziś. Korygowałem przez te wszystkie lata asortyment, nie zmieniłem zbierackiej pasji i delikatności dotyku.
Ten trening Anglików unaocznił mi jedną rzecz, którą wiedziałem, ale którą trudno było dostrzec z wysokości trybun czy z ekranu telewizora. Zawodowa piłka jest strasznie szybka, silna, dynamiczna. Olbrzymia siła strzałów i łatwość, z jaką piłkę łapał Chris Woods i David Seaman. Warta nie grała tak szybko. Trening był typowo rozgrzewkowy, nie trenowano na nim taktyki, Lineker truchtał sobie ze świętej pamięci Davidem Rocastle. Najbardziej spodobał mi się Peter Beardsley, świetny technicznie, charakterystyczny w sposobie biegania, prowadzenia piłki – piłkarz idiomatyczny, piłkarz niepowtarzalny. Wrażenie robiły oczywiście monumentalne uda Stuarta Pearce’a. Trener Graham Taylor stał sobie z boku, jegomość w średnim wieku, w okularach, z włosami zaczesanymi na bok, wyglądał jak intelektualista. Anglicy zresztą prawie zawsze mieli trenerów wyglądających jak intelektualiści – no, może poza Walterem Winterbottomem. Ale na przykład Ramsey – jego wygląd budził szacunek, to samo Ron Greenwood w tych swoich rogowych grubych okularach z Mundialu w Hiszpanii. Zresztą kiedyś wszyscy nosili grube rogowe okulary i wszyscy wyglądali jak intelektualiści. Grube rogowe okulary demokratyzowały świat, zacierały hierarchie międzyludzkie, dowartościowywały ogół. Następnie przyszła era Bobby’go Robsona, powszechnie lubianego, kulturalnego, pełnego typowo dżentelmeńskiej dystynkcji. No i Graham Taylor, doskonale wpasowujący się w fizjonomiczną tradycję. Potem była wyrwa. Terry Venables wyglądał jak podstarzały kowboj, o Glennie Hoddle nie ma co wspominać, a już zwłaszcza nie ma co wspominać jego mało zmyślnych powiedzonek. Kevin Keegan się postarzał, ale nie spoważniał, cały czas ma w oku błysk urwisa z piłką przy nodze. I faktycznie, drużynę reprezentacyjną prowadził z mentalnością urwisa. Sinusoida z pewnością poszła w górę wraz z nadejściem Svena Gorana Erikssona i Fabio Capello…
Mecz Polska - Anglia rozpoczął się o godzinie 18’30, choć na bilecie wydrukowano 20’00 (ciekawe, czy ktoś się spóźnił). Na kolorowym programie ze zdjęciem Gary'ego Linekera godzina była prawidłowa. Przypominam raz jeszcze o warunkach podstawowych – remis lub porażka Irlandii w Izmirze z Turcją, wygrana Polski z Anglią – tyle było trzeba, aby słońce zaświeciło maluczkim, wbrew logice piłki nożnej, wbrew porządkom klimatycznym.
I po 45 minutach obu meczów cuda istotnie nałożyły się na siebie. W Izmirze było 1–1, my prowadziliśmy jedną bramką po dziwnym golu Romana Szewczyka z rzutu wolnego. Szewczyk zasłynął z niesamowicie silnego i celnego strzału, tym razem jednak piłka z pewnością mu zeszła, odbiła się od nogi Garego Mabutta i wpadła do bramki. Rykoszet był wyraźny i część bezdusznych statystyków uznała gola za samobójczy. Nigdy nie zgadzałem się z tak krzywdzącym i lodowatym podejściem do tematu. Nawet zbudowałem sobie psychofizyczny portret takiego statystycznego statystyka – nie umie grać w piłkę, w szkole zawsze wybierany był do drużyny jako ostatni, jeśli liczba graczy była nieparzysta, nie załapywał się do składu w ogóle, średnio tolerowany przez chłopców, nielubiany przez dziewczyny, niski, w okularach lub bez, krzywy zgryz, trochę się pluje, jak mówi, szybko zaczyna łysieć. Ale, choć nie umie grać w piłkę, choć poprzez tę nieumiejętność doznawał w czasach szkolnych samych upokorzeń, to jednak nadal darzy to źródło upokorzeń zainteresowaniem. Ale na sposób specyficzny, bezduszny i cyniczny – mszcząc się w swych zestawieniach statystycznych na piłkarzach, na tych, którym się w życiu udało. Dlatego wolę tę bramkę zaliczyć Romanowi Szewczykowi.
Mecz nie był specjalnie ciekawy, Anglicy przyjechali po remis, nasi piłkarze nie wierzyli raczej specjalnie w awans, gra był spokojna. Ale po bramce Szewczyka nastąpiła całkowita zmiana nastrojów i tak było do przerwy – Polska w finałach Mistrzostw Europy! Po przerwie nadeszła pora odliczania minut. Upływ czasu jest oczywiście stały, zobiektywizowany, ani szybszy, ani wolniejszy – wciąż płynie z tą samą prędkością. Czym innym jest mentalny aspekt zagadnienia. W zależności od wagi i charakteru wydarzenia, ta sama liczba minut może się ciągnąć ponad ludzką wytrzymałość albo przeciwnie, niczym strzał z armaty – wybrzmieć w ułamku sekundy. O tej banalnej prawdzie najlepiej przekonuje się kibic piłkarski – dla niego mecz bardzo rzadko trwa tyle, ile powinien – przeważnie jest tak, że albo za krótko, albo za długo. „Dlaczego on jeszcze nie gwiżdże?!” – wrzeszczy do mikrofonu komentator. Kochamy piłkę, ale w pewnych okolicznościach nie chcemy już jej oglądać. Niech nasi wygrają, nawet, gdyby mecz miał trwać dużo, dużo krócej. Obejdziemy się bez dodatkowych emocji, dziękujemy.
Mecze w Izmirze i Poznaniu trwały jednak całe 90 minut. Irlandczycy szybciutko strzelili dwie bramki i teraz oni triumfowali. Polska w finałach była jakieś pół godziny, jeśli doliczyć do tego przerwę, ale przerwę trzeba doliczyć, bo to przecież także czas, w którym kibic się cieszy. Niewiele tych minut, ale na małą radość wystarczyło. Teraz Irlandii się dłużyło, bo Anglia nie mogła strzelić gola. Anglicy grali jednak niemrawo. Do tego Jan Furtok został brutalnie sfaulowany na polu karnym przez bramkarza Chrisa Woodsa. Sędzia austriacki Forstinger stał kilka metrów od całej sytuacji i puścił grę. Myślę, że wtedy piłkarze angielscy uwierzyli, że są szczęściarami, ta akcja Furtoka była jawnym znakiem danym od losu. Przycisnęli i na nieco ponad dziesięć minut przed końcem bili rzut rożny. Dośrodkowywał Rocastle, przedłużył głową Thomas (albo Sinton), a Lineker, niesamowitą przewrotką sytuacyjną, wcale nie najpiękniejszą (bo z podpórką), ale jakże praktyczną, zdobył gola. Wszystko zostało załatwione. Do końca meczu kilka chwil – myślę, że i jedni, i drudzy odliczali już minuty i sekundy w równym tempie (nasi pewnie już od czasu, gdy prowadziła Irlandia). Ja w każdym razie chciałem, żeby mecz już się skończył. Anglicy też.
W ciągu całych 90 minut jakąś połowę czasu spędziłem na obserwowaniu mojego ulubionego piłkarza. Lineker specjalnie się nie męczył, ale każde dojście do piłki w okolicach polskiej bramki było realnym zagrożeniem. Czekał na jedną akcję i się doczekał – cała esencja piłki, jaką ukochałem. Dla mnie to było coś w rodzaju minimal art albo drugiego nagrania „Wariacji Goldbergowskich”, jakiego Glenn Gould dokonał tuż przed śmiercią – stonowane, niezbyt szybkie, pewne swojej wartości, zbyt mądre, by się przejmować krytyką za brak ozdobników, ufne wierze, że to cisza jest prawdziwą muzyką.
6.
To był ostatni mecz reprezentacyjny Gary'ego Linekera, w którym Anglicy odnieśli sukces. Piłkarz nie był w formie, ciężko chorował jego syn, leczenie było bardzo drogie. Anglia żyła pogonią strzelecką za Bobbym Charltonem – czy Lineker go doścignie? Jeszcze w lutym na Wembley strzelił gola Francji. Tuż przed Mistrzostwami Europy Anglicy gościli u siebie Brazylię. Trochę tych meczów na Wembley już się zebrało – jeszcze jeden klasyk. Za kilka dni na tym stadionie Barcelona – już bez Linekera – zdobędzie Puchar Mistrzów. Chyba w piątej minucie szkocki sędzia McCluskey podyktował dla Anglii wyimaginowanego karnego. Karne prawie zawsze strzelał dla Anglii Lineker. Tak było i tym razem. Strzał był lekki. Oddany od niechcenia i w sam środek bramki. Zaraz potem strzelec z grymasem ni to śmiechu, ni to niesmaku z powodu słabo wykonanej roboty spuścił głowę i truchtem pobiegł w kierunku środka boiska. Myślę, że to bardzo ważne – by ustalić charakterystykę tego grymasu. To jedna z kluczowych kwestii opowieści. Jeśli niesmak i zażenowanie – sprawa jest prosta, brak koncentracji. Dzisiaj to brzmi naiwnie, ale myślę, że Lineker nigdy nie strzeliłby karnego po tak ewidentnym błędzie sędziego, to nie byłoby to – wbić tak niesprawiedliwego gola, w ten sposób wyrównywać rekord Charltona. Myślę, że ten strzał to było w istocie podanie do bramkarza, oddanie sprawiedliwości Brazylii i przywrócenie honoru sobie, z całym majestatem nieco staroświeckiego uroku całej sytuacji.
Wszystko to, co pisałem o wiktoriańskim bohaterstwie, wiktoriańskim heroizmie, było oczywiście figurą retoryczną, mającą niczym guślarz mieszający w kotle przywołać mit dziecięcych i wczesnomłodzieńczych zainteresowań. Tak to wówczas widziałem i tak to czułem. Dlatego mnie to prawdziwie pasjonowało. Ale przypadek Garego Linekera pozwala snuć takie rozważania bez uciekania się do wyobraźni. Za co kochają go miliony kibiców? Przecież nie za to, za co wspomina się na przykład George’a Besta – za czarci drybling z szelmowskim błyskiem w oku i wirtuozerię boiskową, podobną wirtuozerii ułożenia piramidy z kieliszków do szampana. Gary'ego Linekera kochano między innymi za to, że potencjalnie stać go było na gest oddania przeciwnikowi niesprawiedliwie przyznanej szansy. I część komentatorów poszła tym tropem, w tym słynny Brian Glenville, ten sam, który kiedyś, tuż przed słynnym meczem z Polską na Wembley w 1973 roku, zaryzykował opinię, że Anglicy wcale nie muszą wygrać. Oto autorytet czujący piłkę podskórnie, rozpoznający niuanse i powiewy, odcienie barw i zapachów.
7.
Gary Lineker – lider, dżentelmen. Nie pamiętam dokładnie, czego tamta reklama dotyczyła. Drukował ją „Shoot”, chyba jeszcze „World Soccer” (też kupowałem, studiowałem, odkładałem na specjalnie wyznaczone centymetry kwadratowe półki). Na zdjęciu zdziwiony Gary Lineker i stojący do nas tyłem sędzia, wręczający piłkarzowi czerwoną kartkę. Cały paradoks reklamy polegał na sytuacyjnym kłamstwie fotografii. Piłkarz nigdy w swej karierze nie dostał czerwonej kartki, ponoć nie dostał też żółtej (ja czytałem, że tak – dawno temu, w jakiejś dziwnej klasie rozgrywkowej).
Nic dziwnego, że w tamtym półroczu 1992 roku cała Anglia kibicowała Linekerowi, liczyła mu bramki w reprezentacji, chociaż ta z Francją w lutym na Wembley była tą przedostatnią, ostatniego gola strzelił w Moskwie Wspólnocie Państw Niepodległych. Do wyrównania rekordu brakowało jednego trafienia.
A potem te przedziwne Mistrzostwa Europy w Szwecji, całkowicie przeczące filozofii przygotowywania drużyn do wielkich imprez. Każdy trener na świecie miałby tego lata swoją koncepcję i każda okazałaby się tego lata nic nie warta. Beznadziejna Francja, a to przecież była najlepsza drużyna 1991 roku (widziałem ich trening na bocznym boisku Lecha – to było niesamowite, a trener Michel Platini grał razem z piłkarzami i był najlepszy na boisku!). Anglia zremisowała z Danią, potem z Francją. To miał być hit turnieju, ale panowie piłkarze postanowili mieć inne zdanie, a Stuart Pearce i Basile Boli zachowywali się jak bohaterowie książek Marka Nowakowskiego. Piłka nie była im tego dnia potrzebna do szczęścia. Wystarczyły kopniaki, niewidoczne dla sędziego sójki posyłane ze znawstwem w okolice nerek, kuksańce, liście, szturchańce, plaskacze. I tylko komentujący ten mecz Andrzej Strejlau nazwał tę ordynarną burdę „szachami dla znawców”. Kompletne rozczarowanie.
8.
Gary Lineker był jedynym piłkarskim idolem mojego dzieciństwa. Czas, który opisałem, charakteryzuje się tym, że piłka była wówczas kluczową dziedziną mego życia, wypełniała czas i wyobraźnię. Nie znaczy to, że potem zaprzestałem mojej pierwszej prawdziwej pasji. Po prostu doszły inne. Nie nauczyłem się nigdy grać porządnie na skrzypcach, ale coś tam gdzieś w mózgu jednak pozostało, bo pokochałem muzykę artystyczną. Poza tym literatura. A więc książki i płyty. Zebrało się tego przez lata trochę – nawiasem mówiąc mam do książek i płyt podejście pedantyczne – a praktyka przechowywania i eksploatacji angielskich czasopism piłkarskich nie poszła na marne.
W dobie internetowych aukcji łatwiej o pamiątki piłkarskie, książki i programy. Wszystko to, o czym kiedyś marzyłem, jest teraz w mojej bibliotece. O kilkanaście lat za późno? Właśnie, że nie. Ówczesny deficyt źródeł pozwalał bowiem marzyć i wymyślać. Brak jednych bodźców uruchamiał inne. Na przykład telewizja czarno-biała. Lubiłem nadawać kolory meczom. Nie tylko kolorować piłkarzy, trawę czy napisy na reklamach. Chodziło o coś więcej. Uważam bowiem do dziś (z tą metoda można także poeksperymentować przy telewizji kolorowej oraz w czasie osobistej wizyty na stadionie, ale jest znacznie trudniej – zbyt dużo powiedziane jest wprost), że każdy mecz ma swoje dominujące barwy. Są mecze niebieskie, żółto-zielone, bywają brunatne, brązowe... Warunki atmosferyczne, nasilenie oświetlenia, jakość przekazu telewizyjnego (zwłaszcza w przypadku starszych transmisji kolorowych) – mnóstwo rzeczy może mieć tu znaczenie. Są ludzie nadający jakości kolorystyczne dźwiękom, francuski poeta Rimbaud chciał to zrobić w przypadku samogłosek. Ja sobie klasyfikowałem mecze.
A co ma do tego Gary Lineker? To oczywiste. Stanowił część fascynacji i podziwu fenomenem piłki. Dochodziły do tego intrygujące stroje piłkarskie, fotki zadaszonych stadionów angielskich, pięknie wydane czasopismo piłkarskie, oczywiście piękne bramki, ale także specyfika kolorystyczna meczu. Lineker był w absolutnym centrum fascynacji i podziwu, a wszystko inne stanowiło dodatek, ale dodatek nieodłączny.
Jasne, że każdy kibic ma pośród swoich faworytów tego, który wybija się na czoło w klasyfikacji podziwianych. Myślę, że bardzo ciekawa jest nie tylko wiedza o idolu, ale motywy, które legły u podstaw fascynacji. Każdy kibic ma inne i poznawanie tej wiedzy już samo w sobie jest fascynujące. Moje motywy starałem się tutaj wyłożyć.
Można mi zarzucić, że więcej w tym tekście jest mnie, niż Linekera. Najprostsza odpowiedź – idol jest potrzebą indywidualną, osobistą, nawet intymną. Jest kimś lepszym od nas, ale my tą jego moc w naszej wyobraźni współkreujemy. Dlatego każdy ma „swojego” Maradonę, „swojego” Linekera, „swojego” Cristiano Ronaldo. My w tym micie, zwłaszcza w micie wspomnieniowym, jesteśmy – tak mi się wydaje – tak samo ważni, a może i ważniejsi.
A co zostało dzisiaj? Przede wszystkim wspomnienia. Ale także programy, bilety, książki, fotografie, nagrania kilku ważnych meczów (nie wszystkie z Linekerem) i You Tube, a w nim bramki bohatera opowieści.
KONIEC
Adam Adamczyk
Komentarze
Dodaj komentarz
*tytuł komentarza:
*treść komentarza:
"Komentujący Jan Ciszewski nie zapomniał powiedzieć, że sędzia spotkania pan Patrick Partridge jest z zawodu farmerem, ale o mnie nic nie mówił. Mała dziewczynka – dzisiaj ma ze czterdziestkę – wręcza tuż przed pierwszym gwizdkiem Mirosławowi Bulzackiemu kwiaty i nie są to kwiaty dla mojej matki. Jan Tomaszewski płacze w czasie hymnu ze wzruszenia, ale wzruszony jest stutysięcznym śpiewem, a nie wiadomością o moich urodzinach" - cykliczny felieton Adama Adamczyka. więcej
"Pisarze wobec futbolu. Negacje, irytacje, fascynacje"
Erotyzm futbolu, piłka nożna jako tworzywo poetyckie, poeta-chuligan... Katolicki Uniwersytet Lubelski zaprasza na konferencję poświęconą związkom futbolu i literatury (4-5 czerwca 2012). więcej
“Przelobować to zagrać tak, żeby piłka spadła bramkarzowi za plecami niczym liść jesienny, najlepiej klonowy, bo wirujący.”
Jerzy Pilch
Alexi Lalas
Słaba jakość krótkiego filmu nie pozwala dokładnie zorientować się, jak wygląda nocny klub muzyczny, który zwabił na gościnny występ prawie dwumetrowego rudzielca, z gęstą brodą i długimi włosami. Widzowie mogą odnieść wrażenie, że człowiek, który zaraz będzie śpiewał, nieco chowa się za swoim zarostem, dając do zrozumienia, że nie do końca czuje się na swoim miejscu. Ale oto rozpoczyna się piosenka i od razu rozpoznajemy nieśmiertelny standard. To „Johnny B. Good” z repertuaru Chucka Berry’ego. Ogromny facet podchodzi do mikrofonu i od pierwszych taktów nie mamy wątpliwości, że początkowe wrażenie było czystą kokieterią. Bo Alexi Lalas bez dwóch zdań umie śpiewać. więcej









