Strona główna > Literatura
Gary Lineker, piłka i ja (część I)
1.
Gary Lineker był jedynym piłkarskim idolem mojego dzieciństwa. W Anglii popularność piłkarza nie maleje, starsi kibice doskonale pamiętają jego bramki (my Polacy w szczególności), jednak od zakończenia kariery przez angielskiego piłkarza minęło już lat kilkanaście, młodsi fani futbolu nie mogą pamiętać go z wizyt na stadionach ani transmisji telewizyjnych.
Nie będzie to opowieść statystyczna, postaram się unikać liczb, nie zaglądać jakoś specjalnie do książek. Niech przemówi pamięć – przewodniczka po czasach dzieciństwa, kiedy fascynacja piłką dopiero się rodziła. Będzie to zatem historia szczątkowa, pozbawiona linearności – tak, jak pokawałkowane jest wspominanie dzieciństwa i wczesnej młodości, kiedy zwracamy uwagę przede wszystkim na charakterystyczne epizody; opowieść sentymentalna, a na poły melancholiczna – kiedy bowiem mój ówczesny idol kończył swą profesjonalną karierę piłkarską, miał mniej lat, niż ja dzisiaj, kiedy piszę te słowa
.Gary Lineker i ja…
2.
Pierwsze zetknięcie z nazwiskiem angielskiego piłkarza to rok 1986, pamiętny Mundial w Meksyku. To były z pewnością najpiękniejsze mistrzostwa świata w piłce nożnej, jakie kiedykolwiek widziałem – i nie dlatego, że praktycznie po raz pierwszy świadomie oglądałem tego typu imprezę. Olbrzymia ilość meczów skumulowana w stosunkowo niedługim czasie (wówczas telewizja pokazywała mecze raz na dwa tygodnie, względnie raz na tydzień ligę polską i tylko drugą połowę) – to robiło wrażenie. Ale nie tylko to. Inauguracja imprezy zbiegała się jakoś z zakończeniem roku szkolnego, świadectwo było dobre, a nagroda trafiła się praktycznie sama – w czteroletnim cyklu nadszedł czas kolejnego rozdziału nigdy nie kończącej się historii. Lato tamtego roku upalne było nie tylko w Meksyku. Chodziliśmy z chłopakami na pływalnię, potem po kilka godzin kopaliśmy piłkę, no i oglądaliśmy wszystkie mecze, łącznie z powtórkami spotkań nocnych. Lineker strzelił Młynarczykowi trzy gole (wszystkie w swoim stylu – w „stylu Linekera”, jak od tego czasu zwykło się mówić, nie tylko na szkolnych boiskach), został królem strzelców całej imprezy i na trwałe zapisał się w katalogu rozpoznawalnych przeze mnie piłkarzy (tak, jak nigdy nie zapisali się w tej pamięci bezimienni reprezentanci Iraku czy na przykład gracze Motoru Lublin, wizytujący raz do roku Bułgarską, anonimowi i bezstylowi w grze, ciągle tacy sami, a przez to jakby się nie starzejący).
Lineker został najlepszym strzelcem tej wspaniałej słonecznej imprezy, ale nie przypominam sobie, by którykolwiek z nas, chłopców, kopiących wówczas piłkę na przydomowych Łęgach Dębińskich (w 1983 roku lądował tu papież Jan Paweł II), chciał zostać wówczas Linekerem. Już prędzej Careca, Zico, Socrates (biedni, ale nie bez winy własnej, bo nazbyt delikatni, mimozowaci, trochę po dziewczęcemu grający Brazylijczycy), z pewnością Platini i Sanchez, na pewno Negrete (ten już choćby za galaktyczną bramkę wbitą Bułgarii), faworytem był też Butragueno („Viva la furia Espagnole! Viva Emilio Butragueno!”). Nigdy nikt z nas nie chciał być Zbigniewem Bońkiem. Piłkarski Poznań jakoś nie lubił się ze znakomitym piłkarzem, a niechęć była chyba wzajemna, my jedenastoletni nieledwie chłopcy już wtedy to rozumieliśmy.
Marek, chłopiec starszy od większości z nas o całe trzy lata (a według rachub dziecięcych trzy lata to są lata świetlne, niczym całe wieki), od zawsze sympatyzował z Haraldem Schumacherem, potrafił nawet racjonalizować i tłumaczyć niemieckiego bramkarza z brutalnego faulu na francuskim obrońcy Patricku Battiston. W swej miłości Marek był całkowicie samotny, wszystkim innym Schumacher i reprezentacja RFN kojarzyła się z czymś groźnym (wiedzieliśmy, że od zawsze dobrze grają w piłkę), ale jak na nasz dziecięcy gust – zupełnie odpychającym, jak odpychający był Brunner w swoim czarnym mundurze, bijący po twarzy starsze kobiety, albo Wielki Mistrz von Jungingen z filmu Aleksandra Forda. Silni i antypatyczni, pozbawieni smaku w swojej mocarności, nieestetyczni w swym progresywnym zachowaniu. Marek cenił niemiecki upór i konsekwencję, a te dwie kategorie z pięknem nie mają przecież nic wspólnego.
A prawdziwe piękno reprezentował na tej imprezie wyłącznie Diego Maradona. Z nim nie miała szans cała Brazylia razem wzięta ani Negrete, a tym bardziej nie miał szans Lineker ze swoimi sześcioma golami, bardzo podobnymi do siebie, ale niekoniecznie urodziwymi. Piękno gry Maradony było nieomal kuglarskie, on żonglował na boisku kilkoma piłkami naraz, a wszystko było zgodne z kanonami gry w piłkę (nawet ta bramka ręką, bo wszyscy mu wybaczyli). Jego artyzm podobał się każdemu, dziecku i starcowi, znawcy i laikowi – każdy, kto tylko chciał, mógł dostrzec tą niepowtarzalną ponadprzeciętność, ten platoński ideał. Miliardy ludzi podziwiały w tym samym czasie to, co my, miliony dzieciaków zamieszkujących wszelkie zakątki ziemi usiłowały naśladować natchnione tricki boskiego Diego. A jego slalom w meczu z Anglią? Niczym recytacja trzynastozgłoskowcem wszystkich piłkarskich prawd objawionych. Po latach rozumiem natomiast trochę gust Marka – on po prostu wypiął się na gusta innych chłopców, chciał być taki, jak jego idol – sam przeciw wszystkim. Poza tym kibicować wtedy Maradonie było pójściem na łatwiznę, wyzuciem się samodzielności myślenia, biernym poddaniem się obcym mocom. A sam Lineker? Przy innych piłkarzach nie miał jednak szans, jeszcze nie wtedy – nazbyt angielski, zbyt flegmatyczny – jak na wyobraźnię dwunastolatków. Ale gwiazdą światowej piłki został już na zawsze. Angielski Everton sprzedał piłkarza hiszpańskiej Barcelonie…
3.
Od meksykańskiego Mundialu minęły dwa lata. W tym czasie mocno awansowałem w podwórkowej i klasowej hierarchii, a to za sprawą futbolowego miesięcznika „ONZE”. Jeszcze w sierpniu roku 1986, tuż po mistrzostwach, znajomy mojego ojca przywiózł mi wykwintnie wydane francuskie czasopismo, bodajże z Belgii. Każdy chciał mieć to w ręku, choćby na jedną chwilkę. Było to specjalne wydanie miesięcznika, poświęcone dopiero co zakończonym mistrzostwom – le numero souvenir. Gładki niczym jedwab papier, fotografie większe od Panoramy Racławickiej, tak piękne, kolorowe i soczyste – szczyty edytorskiej galanterii. Kto pamięta tamte czasy, wie co mówię – potwornie wyglądające dzienniki sportowe, ohydna „Piłka Nożna” – ież to razy farba pozostawała na rękach, nie pozwalała doczytać artykułu, o zdjęciach nie wspominajmy. Trochę lepiej wyglądający „Sportowiec”, co miesiąc kolorowa „Piłka Nożna” – oba tytuły właściwie nie do kupienia. W Empiku można było nabyć czeski „Stadion” (a w nim čtenarum do alba), ewentualnie węgierski „Képes Sport”. I to byłoby wszystko. Moje „ONZE” przy tym wszystkim było kolekcjonerskim brylantem, jest nim zresztą nadal – zachowuję je w stanie co najmniej nienagannym, chociaż przewinęło się przez setki nie zawsze czystych i umytych rąk. Nie było więc lekko, ale to wcale nie oznacza, że było źle. Piłka nożna nadal stanowiła coś w rodzaju kuszącej tajemnicy. Stosunkowo rzadkie transmisje, brak dostępu do wiedzy. Książki piłkarskie – takie coś w ogóle nie istniało w świecie realnym, w naszych głowach rodziły się jedynie projekty książek piłkarskich, które chcielibyśmy mieć.
Ale to wszystko tak naprawdę umacniało tylko nasze pasje. W roku 1988 miałem lat trzynaście, moje „ONZE” nic nie straciło na swej mitotwórczej mocy, nadal było czymś w rodzaju dziurki od klucza, przez którą widać co prawda wielki świat wielkiej piłki, ale to tylko wielkość dziurki od klucza. Myślę nawet, że te braki działały na nas stymulująco, pozwalały marzyć i ćwiczyć wyobraźnię – a to cenny kapitał na całą resztę życia. Nadal graliśmy po lekcjach w piłkę, choć ja czasami odpadałem – od jakiegoś czasu dziadek wysyłał mnie do Zamku na lekcje skrzypiec. Latem roku 1988 królowała oczywiście piłka holenderska – z Gulittem i van Bastenem w rolach głównych. Nadeszła jesień i listopad. Niecałe cztery miesiące później w Europie Wschodniej zacznie się zmieniać ustrój społeczny. Ale wtedy, w listopadzie 1988, nikt tego jeszcze na serio nie przewidywał. Cały czas był podział na to, co nijakie i nasze oraz na to, co wspaniałe i nienasze.
W takiej to atmosferze, szarej, nijakiej, a do tego mroźnej, zjechała na Bułgarską ekipa słynnej Barcelony. W pierwszym meczu drugiej rundy PZP było 1–1, więc atrakcja tym większa, bo awans Lecha wcale nie taki nierealny. To była zupełna sensacja, o tym mówił cały Poznań, mecz był w środę, a my już od poniedziałku nie byliśmy w stanie skupić się na lekcjach. Bilety wykupiono natychmiast. Część w klubowym sekretariacie, reszta w zakładach pracy. Ja miałem trochę szczęścia, bo ojciec Marka był urzędnikiem PKP, a że nasz ukochany klub był kolejowy – nie musieliśmy stać w kolejce. Pozostawało tylko czekać na 9 listopada. Barcelona zjechała do Poznania dwa dni przed meczem, w poniedziałek. Na lotnisku jakiś szczęściarz podsunął trenerowi Cruyffowi piłkę do podpisu, Lineker, który w jednym meczu potrafił strzelić trzy bramki samemu Realowi, udzielił zdawkowego wywiadu. We wtorek po południu trening na Bułgarskiej, na który sprzedawano bilety w cenie 100 złotych. Z tego, co pamiętam, bilet na mecz ligowy kosztował bodaj 200. Myślę, że ten płatny trening był czymś w rodzaju zadośćuczynienia dla tych, którzy nie mieli wejściówki na seans właściwy. Nie każdy mógł być na meczu, każdy mógł natomiast zobaczyć, jak kopią piłkę najlepsi. W naszej szkole ktoś rozpuścił wieści, że na tym treningu będą rozdawane puszki z Pepsi ze zdjęciami hiszpańskich piłkarzy – kupowało się byle bzdurę, w te dni każdy wierzył we wszystko. Moi koledzy byli na treningu, mnie starzy nie puścili, choć argument mieli racjonalny, mogłem się przeziębić – i nici ze środy.
9 listopada lekcje kończyliśmy o 14’20. Mecz był o 17’00. Nie opłacało się wracać do domu – tornistry na plecy i jazda na mecz. Mroźno było tego dnia, ale z tego, co pamiętam, chyba słonecznie. Na stadionie byliśmy półtorej godziny przed meczem. Zawsze uwielbiałem tą wspinaczkę po schodach i nagły, a jakże ekscytujący, niecodziennie zielony widok świetnie utrzymanej murawy, nienaturalnie fosforyzujący blaskiem jupiterów. Nie było już wolnych miejsc. Urok stadionów otoczonych ławkami. Kto pierwszy, ten lepszy – chociaż na biletach czasami wypisywane były wirtualne rzędy i miejsca. Ale miało to także swoje plusy – chociaż trzeba było przyjść dużo wcześniej, żyło się dzięki temu zgiełkiem tłumu o wiele dłużej, w cenie biletu dostawało się dodatkową porcję pozytywnych emocji. To było niczym spożywanie kolacji wigilijnej przed rozpakowaniem prezentu, w każdym razie coś w tym rodzaju. Szykowało się największe wydarzenie piłkarskie w moim życiu.
Hiszpanie mieli świecące uda, posmarowane jakimiś maziami, utrzymującymi ciepło. Pamiętam, że nie tylko inaczej kopali piłkę – jakby od niechcenia, ale nawet zupełnie inaczej biegali, inaczej się przemieszczali po boisku, z pewną dozą dezynwoltury. Grali w rezerwowym komplecie strojów, ciekawym kolorystycznie, amarantowym, z granatowym pionowym pasem na koszulkach. Mecz był rwany, ale bardzo ciekawy, zwłaszcza w pierwszej połowie. Gary Lineker – bohater tej opowieści, wypadł bardzo nieciekawie, dopiero co przeszedł żółtaczkę, słaby fizycznie, powolny, bez dryblingu – od naszego Damiana Łukasika odbijał się niczym piłka tenisowa. Powetuje to sobie za pół roku na Wembley. Ale teraz, 9 listopada 1988 roku, jest zaledwie cieniem samego siebie i w żadnej mierze nie nadaje się na idola dla podwórkowych kopaczy piłki. Tego dnia imponował nam koci w ruchach Brazylijczyk Aloisio, który kilka tygodni wcześniej przywiózł medal z olimpiady w Seulu (kilka lat temu zdobyłem nagranie meczu z Barceloną i metaforę kocich ruchów podtrzymuję z całą stanowczością), świetny był Bakero, niski i kędzierzawy reprezentant Hiszpanii. Jako jedyny zawodnik z pola zagrał tego dnia w rajtuzach i wszędzie go było pełno. Uwagę skupiał blondyn Roberto, zadziorny, waleczny, ale i wspaniały technicznie – w dwumeczu strzelił nam dwa gole. Mądrością w grze celował Beguiristain. O piłkarzach Realu Madryt mawiano jeszcze jakiś czas temu, że to drużyna galaktyczna. Tamtego wieczoru przybyszami z innej galaktyki byli właśnie piłkarze Barcy. Lineker niczym się nie wyróżnił.
Nie siedzieliśmy z kumplami długo na stadionie. Biegliśmy do domów na retransmisję. Mecz nie był bowiem puszczany na żywo… w jego trakcie telewizja transmitowała obrady sejmu. Właśnie w tych dniach konstytuował się gabinet Mieczysława Rakowskiego, ostatni rząd Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Może premier miał tego dnia expose?... W każdym razie mecz nie miał znaczenia pierwszorzędnego.
Przegraliśmy tego dnia na Bułgarskiej bardzo dużo, ale wygraliśmy nawet więcej. Przegraliśmy wielką szansę wyeliminowania drużyny światowej klasy – rzecz rozstrzygnęła się o centymetry, o jedną poprzeczkę Łukasika, o jeden strzał Pachelskiego. Wygraliśmy za to legendę, typowo polską legendę – legendę boju przegranego, ale przegranego heroicznie – boju niesprawiedliwego, bo niesprawiedliwością jest walka człowieka z tytanem, z ciemięzcą o tak rażącym potencjale siły. Zaryzykuję nawet twierdzenie, że gdyby Bogusławowi Pachelskiemu nie powinęła się wówczas noga, gdyby ten karny doszedł celu – nie byłoby legendy. Byłby wygrany sensacyjnie mecz, ale nie byłoby legendy. Od tamtego pamiętnego listopadowego dnia bardzo chętnie kibicuje się w Poznaniu Barcelonie. Paradoks tyrana, którego się wielbi za zadane rany.
4.
Pamiętamy wszyscy ten słynny mecz Anglii ze Szwecją i Terry’ego Butchera z zakrwawioną głową. A jak nie pamiętamy, to na pewno czytaliśmy. Wtedy zacząłem kibicować Anglii. Co za heroizm i poświęcenie – a wszystko dla swojego kraju! Tak wtedy myślałem – kategoriami niezmąconej dystansem do świata wzniosłości. U naszych reprezentantów nie dostrzegałem aż takiej determinacji. Ten mecz stanowił dla mnie wówczas alegorię wszystkiego, co najlepsze w brytyjskości. Byłem zupełnie bezkrytyczny. Piłkarze w białych strojach przypominali tych przedwojennych olimpijczyków z „Rydwanów Ognia” Hugh Hudsona, heroicznie i po Coubertinowsku wierzących w magię ideału – i też ubranych na biało. A Butcher był niczym generał Charles Gordon, który w Chartumie, osaczony przez bandę mahdystów, ustał na straży do samego końca – w taki też sposób angielski obrońca odpierał nawałnicę szwedzkich zbirów. Bardzo to górnolotne, ale tak wtedy myślałem, zaczynałem uczyć się języka angielskiego, pochłaniałem historię tego kraju, podobał mi się zwłaszcza wiek XIX, kolonializm, brytyjska duma i ekspansywność. Moje nowe zainteresowania przełożyłem na stosunki piłkarskie. Ale jestem pewien, że prawie każdy z nas robi podobnie. Oprócz reprezentacji naszego kraju, oprócz ulubionej drużyny klubowej z sąsiedztwa, której kibicujemy od małego, zawsze znajdujemy sobie jakąś zupełnie obcą drużynę, z którą sympatyzujemy. Pobudek tego typu sympatii są, rzecz jasna, tysiące – moje były kulturowe, w przypadku Marka – charakterologiczne.
Tymczasem nadeszły Mistrzostwa Świata we Włoszech, podobno jedne z najnudniejszych. Ale kilka ciekawych meczów się znalazło – Argentyna z Kamerunem, Anglia z Irlandią, Niemcy – Jugosławia, Belgia – Anglia, Niemcy – Holandia, obydwa półfinały, ciekawy był mecz Szkocja – Szwecja. Może coś pominąłem. Ale faktycznie – wiele się tego nie zebrało.
Najciekawsze widowisko stworzyli piłkarze Anglii i Kamerunu. Kamerun to była arcysensacja i jedyna moim zdaniem prawdziwa szansa Afryki na medal mistrzostw świata, jedyna do dzisiaj. Wiem, że ciężko w to uwierzyć, ale ja w tym meczu naprawdę kibicowałem Anglikom. Kiedy David Platt strzelił głową bramkę, ogół począł się martwić, ja widziałem w tym jedynie potwierdzenie odwiecznego porządku, że po nocy wstaje dzień, że słońce jest na górze, a ziemia na dole. Ale potem nastąpiły fantazyjne ataki Kamerunu i padły dwie piękne bramki. Wszyscy przed telewizorami cieszyli się jak dzieci – ten medal dla Afryki nabierał coraz to bardziej realnych kształtów. Z mojego punktu widzenia kurtyna była bliska rozdarcia. Alf Ramsey powiedział swego czasu, że aby strzelić bramkę, trzeba wykonać w meczu jak największą ilość tych samych, powtarzalnych, ale perfekcyjnie wyuczonych akcji. Filozofia być może osobliwa, niemniej Ramsey został przecież mistrzem świata. Podopieczni Bobby’go Robsona po tych dwóch ciosach nie zmienili zasadniczo sposobu gry, akcje były faktycznie powtarzalne, niczym ze sztambucha Papy Ramseya, zwiększyła się za to ich częstotliwość. Piłkarze Kamerunu nie byli już pewni swego, denerwowali się. Zaczęło się coś w rodzaju zaprowadzania porządku cywilizacyjnego, rozum począł podnosić się z desek, system zagościł ponownie na boisku, czysta, nieskalana schematem fantazja znalazła się w odwodzie. Egzekutorem, prawdziwym shikare, okazał się Lineker. Jak mityczny generał Gordon dwoma rzutami karnymi, strzelonymi dokładnie między oczy, załatwił całość sprawy. To mi imponowało – ten chłód, ta kalkulacja i precyzja. Ustrzelić tygrysa dwoma, precyzyjnie i ze znawstwem ulokowanymi nabojami. Prawdziwy triumf Białego Człowieka. Kolonie znów się obroniły. Bronisław Malinowski, Mircea Eliade i Claude Levi-Strauss nie zgodziliby się pewnie z tak radykalną oceną tego meczu, nie należy bowiem wartościować kultur, przedkładać jednych nad drugie, nie jest tak, że nasza zachodnia cywilizacja stoi wyżej od cywilizacji i kultur plemiennych. Ja w czasie tej transmisji widziałem coś innego – angielskich dżentelmenów stojących na straży tego, co najcenniejsze – honoru własnego kraju, ale także tego, co wytworzyła Europa na przestrzeni wieków – freski w Kaplicy Sykstyńskiej, Katedra Notre-Dame, książki Tomasza Manna, „Wariacje Goldbergowskie” w wykonaniu Glenna Goulda – i tak dalej, i tak dalej. A głównym bohaterem, stojącym na samej szpicy, na samym szczycie wzgórza złamanych serc, ze sztucerem wycelowanym niechybnie w samo jądro nawałnicy, tym głównym bohaterem okazał się Gary Lineker.
I to był ten dzień, kiedy zapragnąłem być Linekerem, nie tylko na boisku, ale i w życiu – mieć tę flegmatycznie spokojną, ale przy tym urokliwą pewność siebie, jaką mają bohaterowie filmów z Davidem Nivenem – mieć urok i siłę jednocześnie. Nigdy taki nie byłem. Zacząłem też nagrywać na video wszystkie mecze Anglii, jakie były transmitowane w Polsce (robiłem to przez siedem lat), a ze stacji „Sky News” wszystkie bramki, jakie strzelali (robiłem to przez siedem lat).
Adam Adamczyk
C.D.N.
Komentarze
Dodaj komentarz
*tytuł komentarza:
*treść komentarza:
"Komentujący Jan Ciszewski nie zapomniał powiedzieć, że sędzia spotkania pan Patrick Partridge jest z zawodu farmerem, ale o mnie nic nie mówił. Mała dziewczynka – dzisiaj ma ze czterdziestkę – wręcza tuż przed pierwszym gwizdkiem Mirosławowi Bulzackiemu kwiaty i nie są to kwiaty dla mojej matki. Jan Tomaszewski płacze w czasie hymnu ze wzruszenia, ale wzruszony jest stutysięcznym śpiewem, a nie wiadomością o moich urodzinach" - cykliczny felieton Adama Adamczyka. więcej
"Pisarze wobec futbolu. Negacje, irytacje, fascynacje"
Erotyzm futbolu, piłka nożna jako tworzywo poetyckie, poeta-chuligan... Katolicki Uniwersytet Lubelski zaprasza na konferencję poświęconą związkom futbolu i literatury (4-5 czerwca 2012). więcej
“Przelobować to zagrać tak, żeby piłka spadła bramkarzowi za plecami niczym liść jesienny, najlepiej klonowy, bo wirujący.”
Jerzy Pilch
Alexi Lalas
Słaba jakość krótkiego filmu nie pozwala dokładnie zorientować się, jak wygląda nocny klub muzyczny, który zwabił na gościnny występ prawie dwumetrowego rudzielca, z gęstą brodą i długimi włosami. Widzowie mogą odnieść wrażenie, że człowiek, który zaraz będzie śpiewał, nieco chowa się za swoim zarostem, dając do zrozumienia, że nie do końca czuje się na swoim miejscu. Ale oto rozpoczyna się piosenka i od razu rozpoznajemy nieśmiertelny standard. To „Johnny B. Good” z repertuaru Chucka Berry’ego. Ogromny facet podchodzi do mikrofonu i od pierwszych taktów nie mamy wątpliwości, że początkowe wrażenie było czystą kokieterią. Bo Alexi Lalas bez dwóch zdań umie śpiewać. więcej









