Strona główna > Literatura
Karol Maliszewski, Sajgon
"Arko, tyś żadnym nie złamana ciosem..."
[fragment]
Czuję się genialny, ale to nie jest moja zasługa, to idzie z góry i wygląda jak słup światła, w którym moja postać ginie, naprawdę nie jest ważna, bo wszystko, co robię, każdy ruch ciała i każda myśl, robię dla drużyny. Czuję się genialny, kiedy pędzę prawym skrzydłem i wszystko odbywa się poza rozumem, w tym dziwnym szumie, z którego dopiero później mózg coś wyłowi i ustanowi w ramach sensownej narracji, a tak naprawdę biegnie się przed siebie i przeczuciem ogarnia jakąś część boiska, i widzi się drużynę jak jedno wijące się ciało; w pewnym momencie przerzucam lekko piłkę, widząc wychodzących na pozycje, i ciało jeszcze pulsuje, drży, biegnie dalej, będąc częścią tego dziania się. I dzieje się, dzieje kolejny gol dla Arki Bieganów, gol zapisany na moje konto, bo nawet nie wiedziałem, że biegnąc dalej, znów przechwyciłem piłkę, moje ciało przechwyciło, i ona się tylko o nie otarła, by następnie w zaskakujący sposób wpaść do bramki tuż koło lewego słupka. Ach, szczęśliwa chwilo, sekundy triumfu i szaleńczej rumby w rogu boiska, niedaleko metalowych szaletów, Wartoook Franciszeee, skandowanie mojego nazwiska i imienia, gremialny śpiew wbijający gości w murawę tak mocno, że wznawiają grę na trzęsących się nogach. A głos się niesie, bo nasze boisko wysoko pod świerkowym lasem, głos się niesie między górami i wraca echem. „Arkooo, tyś żadnym nie złamana cioseeem, Arkooo, twe imię dziś śpiewamy głoseeem pełnym miłości i wiaaary, że znów zwycięży Bieganów staaary.
”Trudno się wraca z tych niedzielnych wyniesień i ekstaz między szare bloki w dolinie. Ciężko się tak w dół schodzi, tak spada. Wracam ja i jeszcze paru z miasta, bo w Bieganowie tak naprawdę nie ma kto grać. Nawet z Sajgonu kilku ściągnęli, ale ci grają zbyt brutalnie, ciągle pauzują za kartki i jest kłopot. To „Wartoook Franciszeee” ciągnie się za mną do następnej soboty albo niedzieli i mam to w uszach jak dowód uwielbienia. Dzięki temu jakoś znoszę traktowanie mnie jak powietrza, a przecież jestem kimś wielkim na swój sposób, noszę w sobie genialność i wiarę, a tu każą iść na dyżur, a sami siedzą, bo się zasiedzieli i robią w tej szkole, co chcą. I jadą na plecach młodych idealistów po studiach. Szczególnie ten zgryźliwy triumwirat, tych trzech zgorzkniałych pierdzieli, którym się wydaje, że wszyscy mają tańczyć, jak oni zagrają, a tak naprawdę zostali daleko w tyle i już żadnego kontaktu z rzeczywistością, czyli dziećmi, nie mają. Pan Zenuś rozwodnik, pan Karol chudy literat, pan Teodor, którego ostatnio widziałem, jak wychodził naprany z Sajgonu. I tacy mają reprezentować dobre imię szkoły? Czy któryś z nich czuł kiedyś ten wiatr we włosach, czy któryś z nich pędził prawym skrzydłem prosto w nicość, a potem z tej nicości wychodził opromieniony blaskiem? Wegetują sobie w ciepełku szkoły, którą zdominowali i nawet nie wiedzą, co się w międzyczasie porobiło z prawdą. Ten Maliszewski coś niby do gazet wysyła, sprawia wrażenie oczytanego, ale jak się dobrze wsłuchać, to klepie to samo od miesięcy. Sami przestają się rozwijać i innym uniemożliwiają rozwój. Lekceważą nas młodych, wysługują się nami, a dyrektorka jeszcze przyklaskuje, bo chyba jest jakoś od nich uzależniona. Cholerna sieć pokrętnych powiązań. Jestem tu od roku i jeszcze nie umiem tego wszystkiego rozgryźć. No i dochodzi pogarda tych mózgowców, „artystów” pedagogicznego fachu, do przedstawiciela kultury fizycznej. Staruchy popaprane, zakompleksione! A kto wam broni, żeby na pływalnię iść? A może tak na siłownię? Rowerkiem po gminie? Kajak można na zalewie w Radkowie wypożyczyć, nie łaska? Zadbać trochę o sylwetkę, o kondycję i potem dopiero ludzi oceniać po wyglądzie i profesji. Też jestem nauczycielem i potrafię ogarnąć całość spraw zarówno fizycznych, jak i duchowych. Ja wiem dobrze, kto to był Platon, ze studiów pamiętam, jak zalecał, by godzić kształtowanie masy mięśniowej wraz z formowaniem świadomości i mądrości życiowej. Jedno z drugim pod rękę może iść, nie rozumiem tego sztucznego podziału, który z toksycznym upodobaniem kultywuje się w tej szkole. Wszędzie pieprzone podziały zasłonięte znoszonym płaszczykiem demokracji. W moim mieście tego nie było. A tu jedno dziecko gorsze, bo ojciec, matka, dziadek to i tamto, cholera, te stare zgredy pamiętają wszystkich do trzeciego pokolenia, a drugie dziecko lepsze, bo to i tamto, skrzętnie przez nich zapamiętane. I ten podział na świetne i mniej świetne części miasta, dwuznaczny stosunek do Sajgonu, kult tego podziału nie do zniesienia.
Dlatego najlepiej mi na boisku szkolnym z jego bujną trawą (nie mogę uprosić ignorującego mnie leniwego konserwatora, żeby skosił), z widokiem na góry i goniące się między szczytami obłoki, sam na sam z dziećmi. I lubię te rześkie dni październikowe, gdy pierwsza lekcja w szronie, a ostatnia w błocie, i wypada rzut piłką palantową, a ja zamyślony krążę wokół chorągiewek oznaczających długość poszczególnych rzutów, i czuję, że żyję. Najlepiej mi na boisku, bo to prawie kilometr od szkoły, na terenie wykupionym przez miasto od rolnika. Im dalej, tym lepiej, nie tylko dla mnie, przede wszystkim dla dzieci, ptaszki śpiewają, słoneczko świeci, widok na hałdę się otwiera. „Arko, tyś żadnym nie złamana ciosem” śpiewam sobie w duszy i do dzieci się uśmiecham. Ten zgred polonista niezły tekst zapodał. Rozwinąć to myśmy rozwinęli go sobie sami. Martwi mnie tylko, że odpowiedzi od wójta nie ma. Razem z prezesem Wisiorkiem wysłaliśmy pismo w sprawie dofinansowania klubu i nic. Tak że ostatni wyjazd na własny koszt się odbywał i to nie wypłynęło dobrze na grę, ja do renówki od ojca pożyczonej wziąłem czterech kolegów, prezes i jego szwagier też kilku i pojechaliśmy. A Skałki Stolec w tym roku twarde jak diabli, nie dali się tak łatwo zepchnąć do obrony jak zazwyczaj, odgryzali się za każdym razem, podobno dwóch dobrych stoperów i jednego napastnika z Kostomłotów ściągnęli, obiecując pracę w fabryce mebli należącej do prezesa. No i cztery cztery prawie do ostatniej minuty. Ja nie wiem, jak to zrobiłem, znowu duch święty, jego ingerencja czy co, na piętnaście sekund przed końcem po prostu pobiegłem przed siebie, instynktownie rzuciłem się w bok i podskoczyłem, gasząc głową wrzutkę Józka Szczepaniaka. I wywieźliśmy z jakże niewdzięcznego, zawsze trudnego Stolca zwycięstwo pięć cztery, ja nie wiem, jak to się stało. I kto wie, czy to łabędzi śpiew nie był, wójt nie odpowiada, a chłopaki zaczynają nerwów dostawać. Przecież gramy za darmo. Chodzi tylko o te dojazdy i kasę na buty, koszulki, spodenki, klub kibica sam piłki ze składkowych kupuje.
I chyba w ramach akcji odchamiania nauczyciela wuefu (złośliwcy) wysłali mnie z klasą na jakąś nasiadówkę, ale połowa mi po drodze uciekła, zostali tylko najwytrwalsi i dosłuchali do końca, bo to był w końcu obowiązek, szkoła nazywa się tak a nie inaczej, więc na konferencje o twórczości patrona trzeba chodzić i zainteresowanie wykazywać. Tylko że starym się już nie chce, wszystko olewają, bo ile oni do emerytury mają, tyle co nic, młodego wysyłają z najgorszą klasą w szkole, żeby się wstydu najadł, nauczycielskie ostrogi zdobył. Taką mi zresztą klasę w spadku po kimś dali. I teraz mi w głowie huczy od tych profesorskich wywodów. Nawet dzisiaj na treningu trener zwrócił uwagę i zapytał, czy chory nie jestem, bo żadna główka nie wychodziła, żadne podanie, dosłownie nic, parę razy potknąłem się na nieistniejącej przeszkodzie i leżałem jak długi. Bo myślałem. Trawiłem w sobie te zasłyszane perełki, na pamięć się nauczyłem. „Świadomość miejsca w historii i kontynuacja tradycji zespolone z kultem miejsca nabierają wymiaru duchowego, gdy są potwierdzane przez sacrum ujawniające się w tym wzajemnym związku i poprzez ten związek. Wittig jest wrażliwym i wiarygodnym świadkiem głębokiego poczucia istnienia tajemnych związków miedzy jednostką ludzką, jej zakorzenieniem i świadomością historyczną oraz przekonaniem o istnieniu transcendentalnego sensu.” Uff, pokręcone to z lekka, ale mocne, ja takie cytaty zbieram, długo noszę w sobie, na swój sposób przeżywam. Taki jeden nawet sobie zapisałem, pożyczywszy zeszyt od Dawida Stracha, prymusa, który został i liczył w związku z tym na ocenę wzorową w rubryce „udział w kulturze”. Nie pamiętam z czyjego wykładu, profesor Kościan, czy jakoś tak, Kościej, z Wrocławia. „Wzruszają mnie zawsze odkrywane gdzieś ślady duchowości tutejszej, szczególne akcentowanie regionalnej swoistości w odczuwaniu, pojmowaniu świata i człowieka. Wittig jak mało kto przed nim i po nim, w sensie literackim, filozoficznym i religijnym położył nacisk na lokalność. Przeżycie miejsca okazuje się w tym kontekście przeżywaniem człowieczeństwa w ogóle.”
Nie wiem, gdzie te chłopaki po rozwiązaniu sekcji się podzieją, znów wchłonie ich Sajgon, przez długie lata nosa nie wyściubią, mieli jakiś sens, mogli być kimś i coś reprezentować, bo ja mam pracę, jakoś sobie poradzę, ale dla nich to będzie cios. Nie wiem, ile jeszcze kolejek bez dofinansowania pociągniemy. Kilka naszych drużynek już padło, w tabeli zrobił się luz jak nigdy. Ludwikowice kaput, Olimpia z Jugowa też się wycofała z braku środków, a ostatnio Huragan Bożków poległ bohaterską śmiercią. Nawet już w gazecie o tym pisali. Jakiś gość oczywiście pod pseudonimem, żeby nie rozsierdzić wójta, który gazetkę z burmistrzem współfinansuje, pod pseudonimem „frasobliwy” wywodził, że taki klub to coś więcej niż klub, że jednoczy całą wioskę i nic nie zastąpi tych chwil, gdy wszyscy zbierają się na boisku, by dopingować swoich. Pisał, że nic lepiej nie integruje członków wspólnoty, jak przeżycia związane z reprezentowaniem się na zewnątrz. Msza, mecz, obiad u teściowej, lody, piwko, ot, folklor niedzielny. I że jednego z tych elementów nagle w tych wioskach zabraknie. Krótko mówiąc, prorokował, że chłopaki pójdą w cug, zaludnią wiejskie puby. Obroty wzrosną, a fundusz profilaktyki i rozwiązywania problemów alkoholowych będzie miał czym się zająć. Końcówkę artykułu mam tu zapisaną, to i przytoczę: „I tak, moi drodzy, od poezji ogłoszeń prasowych doszliśmy do prozy decyzji administracyjnych.
Smutno i szaro robi się w tej prozie, gdy z kulturowego pejzażu znikają rozmaite Tęcze, Znicze, Huragany i Tornada”.Smutno i szaro, dobrze powiedziane, ale ja zaraz o szkole pomyślałem jako instytucji. Szkoła jest pusta, jałowa, jeśli prócz nauki nie stoi na straży czegokolwiek ważnego, nie garnie się do ducha i od tego ducha dzieci odciąga, a lekcje religii mechanicznie mielą co mają mielić i do żadnego uniesienia tam nie dochodzi, gesty tak samo puste jak ten krzyż w klasie na ścianie. Wszyscy się z siostry i religii śmieją, to anachronizm w jaśnie oświeconych czasach, a od nauczycieli aż bucha ten racjonalizm, ten jeszcze ze studiów wyniesiony marksistowski, wręcz podświadomy sznyt, obowiązkowy scjentyzm, ten laicyzm aż im uszami wychodzi i w każdym słowie go słychać, rosną kolejne pokolenia zakamuflowanych niedowiarków, o, już nikt z pasją w warunkach szkolnych nie jest w stanie nauczyć miłości do drugiego człowieka, do świata, nikt nie otwiera na nieskończoność, na boskość, bo to jest uznawane za śmieszne, egzaltowane, staroświeckie. Aż żal patrzeć, jak te dzieci bez żadnego wsparcia, bez przygotowania idą na rzeź czekającej nań pustki, ale co ja jeden, Franciszek Wartok, mogę zrobić, i to w dodatku na osamotnionej placówce boiskowej, na lekcjach pogardzanego wuefu, właściwie na marginesie.
Czuję się genialny, ale to nie jest moja zasługa, lecz ducha świętego i nieraz mi się wydaje, że w tej szkole tak naprawdę tylko ja w coś jeszcze wierzę. Ale to tak na całego, całym sobą. Nieraz słów mi brakuje, żeby wyrazić, co czuję. Nieraz mają mnie za mruka. – Uwaga, Franek chce się wysłowić – mówi drwiąco matematyk Szeremeta. Im się ciągle gdzieś spieszy, ja zaś lubię powoli, spokojnie i z głębszym sensem. No i już mnie ochrzcili jąkała, kluchy w gębie i tym podobne. Niedoczekanie ich, żebym tak szczekał jak oni, jak karabin maszynowy, żeby tylko zabić nieznośną ciszę zapadającą nagle w pokoju nauczycielskim. Moje ciało jest szybsze, mówi im, co naprawdę czuje i myśli, mówi na dyskotece i boisku, ale słowa rodzą się bez pospiechu, a już nawiązanie rozmowy to dla mnie Sajgon, zresztą nie chciałbym o tym mówić, bo jest coś ważniejszego, prze, prze, przesłanie jest do wypowiedzenia. Nieważne, czy dosłowna Arka przetrwa i ile jeszcze razy wygra, nieważne, czy tę małą szkółkę na przedmieściu zlikwidują i znajdę się na bezrobociu, nieważne, czy ktoś o mnie usłyszy i opisze w lokalnej gazecie, nieważne, co robię i gdzie przebywam, najważniejsza jest arka przymierza unosząca się w wyobraźni, w powietrzu, ten symbol powiązania góry z dołem i na odwrót, bo Bóg bez nas nie pociągnie, tak jest słaby, chromy i ludzki, jak również i my bez Niego jak te szmaciane figurki w podpalonym przez faszystów wędrownym, żydowskim teatrze. To się odbywa jednocześnie, to do siebie przylega, to się wypełnia, żeby była pełnia. Inaczej życie ludzkie nie ma sensu, strzelona bramka, zamknięte za sobą drzwi, wypowiedziane słowo, otwarte łono ukochanej, ogród po deszczu, nic nie ma sensu, nie uczestniczy, kupy się nie trzyma. Taki jest ten nowy kościół pełen ludzi, którzy w porę zrozumieli i przekazują znak pokoju własnym oddechem, obdzielając kogo popadnie spontaniczną, bezinteresowną miłością. Bo ostatecznie chodzi o miłość. Chodzi o to, żeby uwierzyć, żeby wierzyć jak dziecko. Wystarczy, że trzech się zbierze w ciemnym lesie i pozdrowi się dobrym słowem, a Bóg się znajdzie między nimi i poprzez nich. Ale tych trzech musi chcieć, musi wreszcie wyjść z siebie i podążyć na spotkanie. W tej miłości giną nasze ludzkie podziały i wymysły, w oczach Boga żaden Sajgon nie istnieje albo wszystko jest Sajgonem.
I pamiętam ze studiów solipsyzm, oj, nawiedzony był magisterek od filozofii, nawiedzony, i tenże solipsyzm zbyt często bywa moim usprawiedliwieniem. I na tym polega błąd, błędne koło, kręcimy się w swych środkach jak najęci, gadamy ze sobą, negocjujemy możliwość istnienia świata, wycinamy tam w sobie rzeczywistość jak origami, a dość bezradni jesteśmy w pracy, domu i zagrodzie, że tak zażartuję, bo nieraz tylko żart może udźwignąć ciężar, który chyba nie jest do wypowiedzenia, bo mi właściwie o co chodzi? O rozmijanie mi chodzi. O to, że my wewnętrzni rozmijamy się z nami zewnętrznymi. Tyle w nas porywów, szlachetnych gestów, tyle mamy do powiedzenia, wyjaśnienia i załatwienia, a gdy przychodzi co do czego, paraliż, suche gardło, kluski w gębie, kilka wyjąkanych frazesów i dziękuję, do widzenia. Solipsyzm codzienny, stosowany, chroniczny solipsyzm, a może już nawet toksyczny, zabójczy, co się rozchodzi jak czad i uzbraja nas, zaopatruje w groźną skorupę, odcina od tlenu, od prawdy, od innych ludzi. Taki jestem mądry, wygadany, ale tylko w środku. Taki jestem otwarty na ludzi i świat, łyżkami bym to wszystko jadł, ale tylko w sobie. Z entuzjazmem o miłości opowiadam jak o jakimś międzyludzkim kleju, ale tylko w środku, bo na zewnątrz w tak zwanym realnym świecie jeszcze miłości tak naprawdę nie zaznałem. Żeby ktoś nas nauczył tego przełożenia wewnętrznego poziomu na codzienne gesty, żeby ktoś z nami ćwiczył na stronie, jeżeli się oficjalnie nie da, odpowiednie zachowanie, zwykle reakcje, żeby ktoś pokazał, jak się odpowiada bez wstydu, czerwienienia, zaciskania ust na pytania świata, na wezwania realności. Żeby były jakieś obozy kondycyjne, ale związane z kondycją psychiczną. I wydaje mi się, że to święty Paweł przestrzegał przed śmiertelną pułapką solipsyzmu, gdy mówił o tym, że byłby nikim, gdyby miłości nie miał, i że ona jest najważniejsza w każdej ludzkiej i boskiej hierarchii. Przyjdzie i oświeci. Wtedy co najmniej połowa z tego, co tu wypowiedziałem, przestanie być ważna. I niech się śmieją z formy pod tytułem „zakochany nauczyciel wuefu”, niech się śmieją. Ja będę bardzo daleko. Tam ludzki śmiech mnie nie dojdzie.
Komentarze
Dodaj komentarz
*tytuł komentarza:
*treść komentarza:
"Komentujący Jan Ciszewski nie zapomniał powiedzieć, że sędzia spotkania pan Patrick Partridge jest z zawodu farmerem, ale o mnie nic nie mówił. Mała dziewczynka – dzisiaj ma ze czterdziestkę – wręcza tuż przed pierwszym gwizdkiem Mirosławowi Bulzackiemu kwiaty i nie są to kwiaty dla mojej matki. Jan Tomaszewski płacze w czasie hymnu ze wzruszenia, ale wzruszony jest stutysięcznym śpiewem, a nie wiadomością o moich urodzinach" - cykliczny felieton Adama Adamczyka. więcej
"Pisarze wobec futbolu. Negacje, irytacje, fascynacje"
Erotyzm futbolu, piłka nożna jako tworzywo poetyckie, poeta-chuligan... Katolicki Uniwersytet Lubelski zaprasza na konferencję poświęconą związkom futbolu i literatury (4-5 czerwca 2012). więcej
“Przelobować to zagrać tak, żeby piłka spadła bramkarzowi za plecami niczym liść jesienny, najlepiej klonowy, bo wirujący.”
Jerzy Pilch
Alexi Lalas
Słaba jakość krótkiego filmu nie pozwala dokładnie zorientować się, jak wygląda nocny klub muzyczny, który zwabił na gościnny występ prawie dwumetrowego rudzielca, z gęstą brodą i długimi włosami. Widzowie mogą odnieść wrażenie, że człowiek, który zaraz będzie śpiewał, nieco chowa się za swoim zarostem, dając do zrozumienia, że nie do końca czuje się na swoim miejscu. Ale oto rozpoczyna się piosenka i od razu rozpoznajemy nieśmiertelny standard. To „Johnny B. Good” z repertuaru Chucka Berry’ego. Ogromny facet podchodzi do mikrofonu i od pierwszych taktów nie mamy wątpliwości, że początkowe wrażenie było czystą kokieterią. Bo Alexi Lalas bez dwóch zdań umie śpiewać. więcej









