Strona główna > Felieton

Kiks Garrinchy. Georgie Boy


O, znam go dobrze. To pięknie oprawny
klejnot prawdziwy całego narodu

Wiliam Szekspir, Hamlet (tłum. Maciej Słomczyński)


Wystan Hugh Auden wymyślił definicję postaci mitopeicznej. Odnosił ją do bohaterów, takich jak Don Kichot, Hamlet czy Anna Karenina. Byli oni symbolami pewnych uniwersaliów psychofizycznych, zbiorami niezbywalnych cech i przywar, z archetypiczną mocą wżerającymi się w ludzką pamięć, oderwanymi na zawsze od czasoprzestrzeni swej pierwotnej egzystencji. Auden pisał o literaturze, ale definicja odnosić się może do jakiejkolwiek innej rzeczywistości, która zagospodarowuje wyobraźnię zbiorową.

25 listopada minęło pięć lat od śmierci George’a Besta, którego Pele nazwał najlepszym piłkarzem w historii świata. „Belfast Boy”, „George the Best”, „Piąty Beatles” – przezwisk było bez liku… Od samego początku jego droga sportowa i towarzyska pozbawiona była przeszkód, przypominała czerwony dywan, rozłożony w świetle fleszów, a Georgie – tak się przynajmniej wydawało – umiał się po nim poruszać z nonszalancją playboya, gracją luzaka i geniusza piłkarskiego. A ten geniusz też był bardzo odpowiedni, bo równy nonszalancji boiskowej – techniczne tricki, dryblingi, piłkarskie siatki, przede wszystkim zabawa.

Całe życie to wielka zabawa. Nawet, gdy ogłoszono go bankrutem, Georgie nie zmienił stylu życia. Przyszło, poszło. Trafił ze swą karierą na idealny czas, czyli lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku. To była dekada, w której wchodziło w dorosłość pierwsze pokolenie, koszmar niedawnej przecież wojny pamiętające tylko z opowieści. Pokolenia czasów wojny nie stać było na szaleństwo, traktowało życie bardzo serio, do tego wszystkiego gospodarka brytyjska dźwigała się z ruin. Urodzeni po wojnie chcieli żyć inaczej – popkultura lat sześćdziesiątych wystrzeliła z tym większą intensywnością.

I to był świat George’a Besta! Dziewczyny, alkohol, forsa, piłka nożna – w dowolnej kolejności. Z równą maestrią żonglował futbolówką, damskimi nogami i kieliszkami z szampanem. Był pierwszą, w pełni nowoczesną gwiazdą masowych mediów, standard gwiazdorstwa, który wypracował, obowiązuje w zasadzie do dziś. Zapotrzebowanie na bohatera oraz jednostka, która w mniej lub bardziej świadomy sposób owemu zapotrzebowaniu odpowiada - swoim pozornie niebanalnym, a w istocie przewidywalnym, według utartego schematu prowadzonym życiem. Tylko, że George miał to gdzieś, dla niego życie było zupełnie naturalne, pozbawione jakichkolwiek elementów odtwórczych. Nie słuchał mądrzejszych od siebie, bo nie uznawał autorytetów. Poza tym był ludziom potrzebny taki, jakim był. I tu, być może, tkwił prawdziwie dramatyczny zaplot: ufając, że wszystko toczy się swoim autonomicznym rytmem, w istocie wyczuwał, że publika oczekuje od niego takich, a nie innych zachowań, bycia graczem także poza boiskiem.

Zaczynał poważną grę w piłkę w roku 1962, mniej więcej wtedy, kiedy kończył ją Stanley Matthews, poprzedni idol brytyjskich kibiców. To dwa zupełnie inne porządki kulturowe i estetyczne – jeden stateczny, wykrochmalony, układny, na wskroś angielski. Georgie był całkowitym przeciwieństwem „czarodzieja z Blackpool”. Jest takie słynne zdjęcie, na które Matthews, by sobie nie pozwolił, ale też do którego zupełnie by nie pasował: Georgie i Mary Stevin (w tamtym momencie Miss Świata) leżą w ogromnym hotelowym łóżku, a wokół nich rozsypane banknoty funtowe o bardzo konkretnych nominałach. Alegoria życia George’a Besta. Ale cała historyjka – jeśli wierzyć autobiografii piłkarza [1] – ma swoją kontynuację. W pewnym momencie owej hotelowej nocy nasz bohater zamawia „butelczynę poczciwego szampana Dom Perignon”. Portier zjawia się natychmiast, jednym spojrzeniem obejmuje scenę niczym z filmów Felliniego, po czym zawiązuje się króciutki, a jakże gęsty treściowo dialog:

- Panie Best, czy mogę pana o coś spytać?
- Wal śmiało – odpowiedziałem.
Ponownie spojrzał na Mary, na forsę leżącą na łóżku, a potem na mnie i na jego twarzy ujrzałem autentyczne współczucie.
- Proszę mi powiedzieć, Panie Best, jak to się wszystko stało? Gdzie się to wszystko zaczęło pieprzyć?

I to była ta druga strona życia George’a Besta, zrazu niedostrzegalna przez klakierską gawiedź, choć piłkarz miał u swojego boku od samego początku także i tych, którzy uczciwie go przekonywali, że granicy nie zauważy, bo dla każdego z nas ta granica znajduje się w zupełnie innym miejscu.

Potem, kiedy Irlandczyk kończył karierę, kiedy rozmieniał się na drobne, a z czasem zwyczajnie się staczał, wtedy zaczęto kochać go za tragizm jego życia. Zapuszczał maskujące brody, trochę tył, potem – już do końca życia – przeraźliwie, niezdrowo chudł. Ale nie chciano w nim widzieć banalnego utracjusza, w końcu wydawał własne, jedni twierdzili, że to, co zarobił, inni, że to, co mu samo spadło z nieba. Bo takie to było życie – bajkowe, pozbawione realizmu, ale gdzieś tam podszyte piekłem wewnętrznej samotności i tragizmu powolnego upadku. Ludziska uwielbiają taką egzystencjalną dialektykę.

A Georgie? On trzymał szelmowski fason do samego końca. Kiedy przeszczepiono mu najbardziej wyeksploatowany alkoholem organ, a w końcu i ten przeszczepiony poddany został przez nowego właściciela wyniszczającej obróbce, Best skwitował to w te słowa: „wygląda na to że jestem pierwszym człowiekiem, który przepił cudzą wątrobę”. Koniec i bomba…

W pogrzebie brała udział cała Irlandia.


[1] George Best, Strzał w przerwie, tłumaczyli Maciej Kaczyński, Tomasz Rosiński, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2007.


Adam Adamczyk


Komentarze

nie dodano jeszcze żadnego komentarza.

Dodaj komentarz

 

*tytuł komentarza:

*treść komentarza:

Token

*wpisz znaki widoczne na obrazku:

 
Wokół piłki
Kiks Garrinchy. (Nie)wczesne urodziny
"Komentujący Jan Ciszewski nie zapomniał powiedzieć, że sędzia spotkania pan Patrick Partridge jest z zawodu farmerem, ale o mnie nic nie mówił. Mała dziewczynka – dzisiaj ma ze czterdziestkę – wręcza tuż przed pierwszym gwizdkiem Mirosławowi Bulzackiemu kwiaty i nie są to kwiaty dla mojej matki. Jan Tomaszewski płacze w czasie hymnu ze wzruszenia, ale wzruszony jest stutysięcznym śpiewem, a nie wiadomością o moich urodzinach" - cykliczny felieton Adama Adamczyka. więcej
 
Aktualności
2012-05-11
"Pisarze wobec futbolu. Negacje, irytacje, fascynacje"
Erotyzm futbolu, piłka nożna jako tworzywo poetyckie, poeta-chuligan... Katolicki Uniwersytet Lubelski zaprasza na konferencję poświęconą związkom futbolu i literatury (4-5 czerwca 2012). więcej
Archiwum cytatów

“Przelobować to zagrać tak, żeby piłka spadła bramkarzowi za plecami niczym liść jesienny, najlepiej klonowy, bo wirujący.”

Jerzy Pilch

Alexi Lalas
Słaba jakość krótkiego filmu nie pozwala dokładnie zorientować się, jak wygląda nocny klub muzyczny, który zwabił na gościnny występ prawie dwumetrowego rudzielca, z gęstą brodą i długimi włosami. Widzowie mogą odnieść wrażenie, że człowiek, który zaraz będzie śpiewał, nieco chowa się za swoim zarostem, dając do zrozumienia, że nie do końca czuje się na swoim miejscu. Ale oto rozpoczyna się piosenka i od razu rozpoznajemy nieśmiertelny standard. To „Johnny B. Good” z repertuaru Chucka Berry’ego. Ogromny facet podchodzi do mikrofonu i od pierwszych taktów nie mamy wątpliwości, że początkowe wrażenie było czystą kokieterią. Bo Alexi Lalas bez dwóch zdań umie śpiewać. więcej