Strona główna > Felieton
Legendarne mecze. Ani piędzi ziemi!
Więcej niż mecz
Są mecze piłkarskie, które dopiero z czasem stają się dla historii piłki nożnej istotne (na przykład ze względu na nietypowe rozwiązania taktyczne), są też i takie, które już w chwili rozegrania uznajemy za legendarne – z powodu niesamowitej atmosfery, jaka im towarzyszy (niekoniecznie związanej z samą piłką), bądź ze względu na zaskakujący wynik końcowy, na tyle nieoczekiwany, że całkowicie przewartościowujący poglądy fachowców i najzwyklejszych kibiców. Wydarzenie, które zmienia rzeczywistość i kreuje historię – czasem nie tylko samej piłki nożnej. Taki właśnie mecz rozegrała reprezentacja Polski z Węgrami 27 sierpnia 1939 roku. Mecz pod każdym względem niezwykły.
Uwaga, uwaga! Nadchodzi!
To był czas powszechnego niepokoju. Cała Europa już od kilku miesięcy żyła w strachu, wsłuchana w odbiorniki radiowe i rozszalałego sadystyczną furią Hitlera, który wywrzaskiwał coraz to nowe żądania wobec świata. Politycy europejscy prześcigali się w karkołomnych próbach ułaskawiania szaleńca, a ludzie słuchali radia, czytali gazety – i czekali…
Jeszcze w maju minister Józef Beck ustosunkował się w Sejmie do niemieckich chęci zaanektowania Gdańska i w płomiennych słowach przypomniał Niemcom o polskiej determinacji i narodowym honorze. Potem napięcie już tylko rosło.
Wbrew temu wszystkiemu ludzie starali się żyć normalnie. Czas wiosny i lata anno 1939 był w Polsce słoneczny i sprzyjał wypoczynkowi. Jak co roku zaczynały się wakacje. Ale dni sierpnia we wszystkich polskich miastach i miasteczkach przebiegały już nadzwyczaj szybko. Ogłoszono powszechną mobilizację – kto żyw i w miarę sił – do roboty nad okopami! Liga futbolowa też wystartowała, ale w mocno okrojonym składzie. Piłkarze potrzebni byli gdzie indziej.
Na ulicach coraz więcej mundurów, ale życie toczy się jakby normalnym trybem. Kawiarnie i restauracje zapchane. Kąpieliska zatłoczone. Można iść też do kina, na przykład na „Zemstę Tarzana” z Glennem Morrisem, zwycięzcą olimpiady z Berlina. Nikt nie chce być w te dni sam, życie towarzyskie kwitnie – jakby na zapas…
Czy w ogóle przyjadą?
Do ostatniej chwili trwały targi, Węgrzy bali się przyjeżdżać w tak gorącym czasie na mecz do Warszawy. Powszechna była opinia, że Hitler może ruszyć w każdej chwili, a jeśli ruszy, zacznie przecież od Polski. Między Warszawą a Budapesztem do samego końca trwały negocjacje na najwyższym szczeblu ministerialnym i wreszcie zapadła decyzja – mecz się odbędzie. Węgrzy przylecieli dzień przed pojedynkiem – samolotem, jak przystało na profesjonalistów. Tym faktem dodatkowo podsycili i tak już ogromne zainteresowanie zawodami. Jeden tylko Sarosi pół żartem doniósł na łamach „Przeglądu Sportowego”, że przyjedzie pociągiem, „by choć jeden piłkarz węgierski dotarł na mecz do Warszawy w całości”.
„Bez szans, ale z wolą walki...
…stajemy do rozprawy z drużyną wicemistrzów świata” – głosił na kilka dni przed meczem artykuł w „Przeglądzie Sportowym”. Faktycznie – historia i teraźniejszość przemawiały za Madziarami. To oni w końcu uczyli nas nowoczesnej piłki nożnej, z nimi zagraliśmy w 1921 roku pierwszy mecz międzypaństwowy, który nieznacznie przegraliśmy, potem graliśmy z nimi jeszcze kilkakrotnie i zawsze bez powodzenia. Poza tym Węgrzy byli wicemistrzami świata, przegrali na mistrzostwach we Francji tylko ze słynnymi Włochami, ale drużyny Vittorio Pozzo nie sposób było wtedy ograć. Absolutna europejska czołówka, wspaniała, wyrafinowana technicznie, pięknie dla oka grająca drużyna, może troszeczkę nazbyt miękka w grze, nie mniej posiadająca w swoim składzie wielkie gwiazdy sportu okresu przedwojennego. Przede wszystkim słynny György Sarosi – uosobienie sportowca w antycznym tego słowa znaczeniu: zgodnie z zasadami kalokagatii łączył umiejętnie przymioty ducha i ciała – był nie tylko znakomitym środkowym napastnikiem, ale także doktorem prawa. Mówiono tedy o nim: doktor Sarosi. Do tego Gyuala Zsengéller, znakomity zawodnik, który łącznie rozegrał w reprezentacji 39 meczów, a strzelił w nich 32 gole. Ze słynnej drużyny wicemistrzowskiej nie przyjechał do Warszawy tylko Antal Szabó. Zastąpił go najzdolniejszy bramkarz młodego pokolenia – Ferenc Sziklai.
A nasi? Od pamiętnego meczu z Brazylią nie wygrali meczu! Związek zatrudnił nawet zagranicznego trenera, byłego piłkarza Arsenalu, Alexa Jamesa, ale jemu kontrakt upłynął kilkanaście dni przed meczem. Co nam pozostało? „Pospolite ruszenie” – jak skomentowała rzecz gazeta, a mówiąc prawdę: coś w rodzaju bałaganu, same znaki zapytania, od bramkarzy po napastników (nie wiadomo było nawet, czy zagra Ernest Wilimowski, cyz zastąpi go… Pytel). Narcyz Suesserman (po wojnie zmienił imię i nazwisko na Tadeusz Maliszewski) pisał nie bez troski: „w niedzielę mamy mecz. W środę nie znamy jeszcze składu. Dyskutowano podobno nad nim długo i szeroko, by dojść do wniosku, że najlepiej będzie wyznaczyć kilkunastu graczy, a do niedzieli… jakoś Bóg da!
„Wspaniały był duch drużyny!"
Taki tytuł ukazał się w „Przeglądzie Sportowym” w pomeczowy poniedziałek. Tyle tylko zostało po siedemdziesięciu latach – obszerny przebogaty, pełen ciekawostek reportaż gazetowy („Przegląd Sportowy” już przed wojną był gazetą na bardzo wysokim poziomie, pisywali tam najlepsi z najlepszych). Coraz mniej pośród nas tych, którzy widzieli mecz na żywo. Nie było tego dnia na stadionie przy Łazienkowskiej nawet jednej kamery, nie zachowały się ślady relacji radiowej, a raczej czterdziestominutowego reportażu, emitowanego dopiero około godziny 21.
Była niedziela, ciepłe popołudnie. Mecz wyznaczono na 16’30. Jeszcze przed meczem wypełniony tłumem stadion wybuchł owacją: organizatorzy (zapewne dla podsycenia już i tak podniosłej atmosfery) wpuścili na boczną trybunę rezerwistów z przewieszonymi przez ramię maskami przeciwgazowymi. Duch narodowy i bez tego był nad wyraz pobudzony. Na trybunach tysiące zielonych mundurów, tysiące rogatywek.
Potem do głosu dopuszczono wreszcie głównych bohaterów dnia. Powitanie obydwu drużyn, bardzo nietypowe jak na dzisiejszy obyczaj – najpierw na murawę wybiegli Węgrzy, ustawili się w szeregu i odegrano im hymn. Dopiero po hymnie węgierskim na boisku pojawili się Polacy, odśpiewano Mazurka Dąbrowskiego i sędzia fiński Esko Pekonen mógł rozpocząć zawody. Nasi w białych koszulkach i spodenkach oraz czerwonych getrach; Węgrzy tradycyjnie: wiśniowe koszulki, białe spodenki, zielone getry.
Mecz przebiegał od początku pod dyktando gości. Spokój, doświadczenie, technika i kultura taktyczna robiły swoje. Zsengéller dość szybko strzelił bramkę, w 33 minucie jest już 2 – 0. I wtedy dopiero następuje zryw, jakże typowy dla całej polskiej historii, także tej najnowszej, pamiętanej dobrze przez kibiców zasiadających na trybunach. Za sprawą Wilimowskiego bardzo szybko łapiemy kontakt i na przerwę schodzimy ze stratą tylko jednego gola.
A po przerwie prawdziwy koncert, ułańska szarża. Nasi grają, jakby od tego zależały losy Polski. Być może spiker podaje przez megafon, że Słowacy ogrywają u siebie Niemców 2-0. Patriotyczna ekstaza nie ma końca, a Wilimowski jest wspaniały. I nie ma się czemu dziwić – to był jeden z kilku najlepszych wówczas piłkarzy świata. Strzela bramkę wyrównującą, na koniec dokłada jeszcze jedną, a po faulu na nim karnego celnie bije Piątek.
Sensacyjne 4-2 staje się faktem. Polacy udowadniają, jak wiele w rywalizacji może znaczyć ambicja, wola walki, chęć zwycięstwa. Ile braków i przewag przeciwnika można podobnymi cnotami zniwelować. Jeszcze kilka dni i to myślenie będzie po prostu niezbędne – żeby przeżyć każdy dzień.
"Przedostatnia radość"
Takim tytułem opatrzył swoje wspomnienie z meczu Bohdan Tomaszewski, naoczny świadek tego niecodziennego wydarzenia, wówczas młody tenisista, później słynny komentator sportu. Przedostatnia radość – bo ostatnią była informacja o przystąpieniu Wielkiej Brytanii do wojny. Powszechna była wówczas opinia, że ten fakt szybko zakończy konflikt. Czas pokazał, jakie to wszystko było naiwne. W istocie role rozpisali już wcześniej silniejsi – na cztery dni przed meczem z Węgrami Mołotow i Ribbentrop podpisali wyrok na Polskę. Ale któż mógł wtedy wiedzieć…
Pozostała legenda meczu piłkarskiego. 31 sierpnia 1939 roku cytowany już przeze mnie Narcyz Suesserman napisał w pełnych patosu, ale jakże uzasadnionych w tamte dni słowach: „Kiedyś po latach mecz Polska – Węgry w Warszawie będzie się wspominać jako wyjątkowe zdarzenie. Historykowi posłużyć może jako dokument epoki. Dla nas jest świadectwem, co zdziałać można w sporcie (czy tylko w sporcie?) ambicja, siła woli i ofiarność”. Krótki cytat, a ile w nim gorzkiej treści: obawa przed tym, co się lada chwila może zdarzyć i świadomość, że po tym wydarzeniu nic już nie będzie takie, jak do tej pory.
Adam Adamczyk
Komentarze
Dodaj komentarz
*tytuł komentarza:
*treść komentarza:
"Komentujący Jan Ciszewski nie zapomniał powiedzieć, że sędzia spotkania pan Patrick Partridge jest z zawodu farmerem, ale o mnie nic nie mówił. Mała dziewczynka – dzisiaj ma ze czterdziestkę – wręcza tuż przed pierwszym gwizdkiem Mirosławowi Bulzackiemu kwiaty i nie są to kwiaty dla mojej matki. Jan Tomaszewski płacze w czasie hymnu ze wzruszenia, ale wzruszony jest stutysięcznym śpiewem, a nie wiadomością o moich urodzinach" - cykliczny felieton Adama Adamczyka. więcej
"Pisarze wobec futbolu. Negacje, irytacje, fascynacje"
Erotyzm futbolu, piłka nożna jako tworzywo poetyckie, poeta-chuligan... Katolicki Uniwersytet Lubelski zaprasza na konferencję poświęconą związkom futbolu i literatury (4-5 czerwca 2012). więcej
“Przelobować to zagrać tak, żeby piłka spadła bramkarzowi za plecami niczym liść jesienny, najlepiej klonowy, bo wirujący.”
Jerzy Pilch
Alexi Lalas
Słaba jakość krótkiego filmu nie pozwala dokładnie zorientować się, jak wygląda nocny klub muzyczny, który zwabił na gościnny występ prawie dwumetrowego rudzielca, z gęstą brodą i długimi włosami. Widzowie mogą odnieść wrażenie, że człowiek, który zaraz będzie śpiewał, nieco chowa się za swoim zarostem, dając do zrozumienia, że nie do końca czuje się na swoim miejscu. Ale oto rozpoczyna się piosenka i od razu rozpoznajemy nieśmiertelny standard. To „Johnny B. Good” z repertuaru Chucka Berry’ego. Ogromny facet podchodzi do mikrofonu i od pierwszych taktów nie mamy wątpliwości, że początkowe wrażenie było czystą kokieterią. Bo Alexi Lalas bez dwóch zdań umie śpiewać. więcej









