Strona główna > Felieton

Kiks Garrinchy. Platini

Pamiętny dowcip Zenona Laskowika – „Gdzie ja to nie byłem… W NRD nie byłem, w Czechosłowacji nie byłem”mógłbym sparafrazować, mając na myśli wydarzenia piłkarskie. Czego to ja nie widziałem! Prawie niczego nie widziałem. Nie byłem nigdy na meczu wyjazdowym Lecha (rodzice mnie nie puszczali i tak potem zostało), nie uczestniczyłem w ani jednym ważnym meczu europejskiej lub światowej rangi.

Dla równowagi – coś tam jednak dane było mi przeżyć: na żywo obserwowałem grę Linekera, Gascoigne’a, Cantony, Papina, Amorosa, Eto’o, Saravakosa… Z bardzo bliska widziałem dwie rzeczy, które zrobiły na mnie wielkie wrażenie. O drugiej napiszę innym razem. Pierwszą był trening reprezentacji Francji na bocznym boisku Lecha. Francuzi przyjechali w sierpniu 1991 roku na towarzyski mecz z Polską. Byli wtedy najlepszą drużyną Europy i sprali nas przy Bułgarskiej 5 do 1. Wybraliśmy się z kolegą na boczne boisko Lecha, usiedliśmy na trawie i mieliśmy prawie dwie godziny radochy – wszystko z odległości kilku metrów. W bramce Bruno Martini profesjonalnie rzucający się na piłkę. Obrońca Laurent Blanc, który jakiś czas później został mistrzem świata. Rozgrywający Franck Sauzée mijał kolegów bez wysiłku, a oczy miał dookoła głowy. Obrońca Basile Boli imponował siłą, szybkością, determinacją i obwodem uda (większy miał tylko Anglik Stuart Pearce) – za dwa lata wygra z Olimpique Marsylia Ligę Mistrzów! Do tego skrzydłowy Jean–Phlippe Jurand. Sami znajomi z Eurosportu. W telewizji wyglądali bardziej realnie, ich umiejętności sprawiały wrażenie ludzkich, patrząc z odległości kilku metrów, nie było to już takie pewne.

Dla mnie i kolegi liczyło się jednak wyłącznie to, co pokaże Jean–Pierre Papin, wzorcowy strzelec i egzekutor, stawiacz piłkarskich kropek nad „i”. To był absolutny top piłkarski, warto bowiem wspomnieć, że reprezentacyjna piłka południowoamerykańska pozostawała wówczas w chwilowym odwrocie. Nie chcieliśmy być tamtego roku Carecą, Maradoną, Alemāo czy Burruchagą. Chcieliśmy być jak Papin, ćwiczyliśmy tedy woleje, strzały z pierwszej piłki, gole strzelane z niczego…

Wylegiwaliśmy się z kumplem na trawie i nic nam nie było do szczęścia potrzebne. Próby bywają przecież ciekawsze od finalnych spektakli, w których czynnik improwizacji schodzi na plan dalszy kosztem efektu końcowego. Tu była pełna improwizacja – i była to Wielka Improwizacja! Taka niby zabawa z piłką, ale na najwyższym poziomie – bardzo szybko, z ostrymi wślizgami, z obronionymi strzałami nie do obrony. To, co widzieliśmy, odnosiliśmy do naszych podwórkowych wyczynów, dzięki czemu szok był większy, w telewizji lub z trybun wszystko wydaje się prostsze. A do tego kostiumy głównych aktorów jak spod igły – najnowsze stroje adidasa z reklamą Canal+, bieluteńkie piłki Etrusco unico – cuda, dziwy… W Poznaniu był już sklep firmowy adidasa, ale piłek tam nie mieli, w ogóle niezbyt wiele w nim było.

Francuzi na naszych oczach rozgrywali gierkę wewnętrzną, a w jednej z drużyn grał selekcjoner reprezentacji Francji – Michel Platini. To była muzyka sfer, niebiańska, kosmiczna, totalna. Niedługo wcześniej zakończył karierę zawodniczą, jeszcze w 1986 roku grał na mundialu wielki mecz przeciwko Brazylii! A teraz biegał z piłką po trawie, na której ja siedziałem, kilka metrów dajej. Powtórzę raz jeszcze – z większej odległości pewnych rzeczy się nie zobaczy. Sposób poruszania się po boisku, szybkość, układ nogi przy uderzeniu, świst piłki (jest coś takiego!), umiejętność przewidywania boiskowych sytuacji i czarująca technika. Platini był najlepszy, improwizował z maestrią prawdziwego geniusza! Od niechcenia strzelił niesamowitego gola – stojąc tyłem do bramki, kopnął piłkę zewnętrzną częścią prawej stopy…

Ten zachwycający spektakl trwał półtorej godziny. Podszedłem do Platiniego po autograf, z wrażenia upadł mi na trawę pisak. Trener Francuzów podniósł go, podpisał się i podał mi rękę na pożegnanie. Historia piłki jest fascynująca, bo nieprzewidywalna. Reprezentacja Francji była hegemonem tamtego czasu, jechała na Euro do Szwecji w roli absolutnego faworyta. Wywalczyła tam zaledwie dwa punkty i nie wyszła nawet z grupy. Grali ci sami piłkarze – ale bez Platiniego. Dla mnie i tak pozostali magikami, a przedmeczowy trening – największym wydarzeniem w moim kibicowskim życiu.


Adam Adamczyk
krytyk, prozaik
Publikował m.in. w "Czasie Kultury" i serwisie futbol.pl

 

>>> KIKS GARRINCHY. NA CO DZIEŃ I OD ŚWIĘTA

>>> KIKS GARRINCHY. SUMA SZCZĘŚCIA I PECHA

>>> KIKS GARRINCHY. O KSIĄŻCE PIŁKARSKIEJ

>>> KIKS GARRINCHY. PIŁKARZE (NIE)LUBIANI

>>> KIKS GARRINCHY. TORT ŻAŁOBNY

>>> KIKS GARRINCHY. STUDIUM I PUNCTUM MUNDIALI

 

Komentarze

nie dodano jeszcze żadnego komentarza.

Dodaj komentarz

 

*tytuł komentarza:

*treść komentarza:

Token

*wpisz znaki widoczne na obrazku:

 
Wokół piłki
Kiks Garrinchy. (Nie)wczesne urodziny
"Komentujący Jan Ciszewski nie zapomniał powiedzieć, że sędzia spotkania pan Patrick Partridge jest z zawodu farmerem, ale o mnie nic nie mówił. Mała dziewczynka – dzisiaj ma ze czterdziestkę – wręcza tuż przed pierwszym gwizdkiem Mirosławowi Bulzackiemu kwiaty i nie są to kwiaty dla mojej matki. Jan Tomaszewski płacze w czasie hymnu ze wzruszenia, ale wzruszony jest stutysięcznym śpiewem, a nie wiadomością o moich urodzinach" - cykliczny felieton Adama Adamczyka. więcej
 
Aktualności
2012-05-11
"Pisarze wobec futbolu. Negacje, irytacje, fascynacje"
Erotyzm futbolu, piłka nożna jako tworzywo poetyckie, poeta-chuligan... Katolicki Uniwersytet Lubelski zaprasza na konferencję poświęconą związkom futbolu i literatury (4-5 czerwca 2012). więcej
Archiwum cytatów

“Przelobować to zagrać tak, żeby piłka spadła bramkarzowi za plecami niczym liść jesienny, najlepiej klonowy, bo wirujący.”

Jerzy Pilch

Alexi Lalas
Słaba jakość krótkiego filmu nie pozwala dokładnie zorientować się, jak wygląda nocny klub muzyczny, który zwabił na gościnny występ prawie dwumetrowego rudzielca, z gęstą brodą i długimi włosami. Widzowie mogą odnieść wrażenie, że człowiek, który zaraz będzie śpiewał, nieco chowa się za swoim zarostem, dając do zrozumienia, że nie do końca czuje się na swoim miejscu. Ale oto rozpoczyna się piosenka i od razu rozpoznajemy nieśmiertelny standard. To „Johnny B. Good” z repertuaru Chucka Berry’ego. Ogromny facet podchodzi do mikrofonu i od pierwszych taktów nie mamy wątpliwości, że początkowe wrażenie było czystą kokieterią. Bo Alexi Lalas bez dwóch zdań umie śpiewać. więcej