Strona główna > Felieton

Kiks Garrinchy. O książce piłkarskiej

Książka piłkarska była jednym z marzeń mojego późnego dzieciństwa. Okres ten przypadł na lata 80. ubiegłego wieku, dla tego typu pasji czas bardzo niełaskawy. O cacka zza żelaznej kurtyny było ciężko, krajowe oficyny nie rozpieszczały, po aptekarsku dozowały futbolowe wydawnictwa. Imaginowałem sobie olbrzymie i ciężkie, drukowane na papierze kredowym albumy z wielkoformatowymi fotosami, ale takich książek wówczas w Polsce się nie publikowało.

Częściowo sprawę załatwiał rynek antykwaryczny. W Poznaniu stosunkowo dobrze zaopatrzony w książki sportowe był nieistniejący już dzisiaj antykwariat, znajdujący się na rogu Kościuszki i Armii Czerwonej. Tam udawało się uzupełniać literaturę polską, a raz trafił mi się bogato ilustrowany niemiecki rodzynek – olbrzymi album wydany przez FIFA po jakże udanych dla nas mistrzostwach roku 1974. Ubłagałem antykwariusza, żeby odłożył mi książkę choćby na kilka godzin (do dzisiaj się dziwię, że stała na półce sklepowej prawie cały dzień – ktoś ją przyniósł późnym popołudniem dnia poprzedniego), jakimś cudem przekonałem rodziców, żeby dali mi niemałe pieniądze na jej zakup. I zdobyłem pierwszą perłę, zaczątek kolekcji. Od zakupu minęło przeszło dwadzieścia lat, a książka jest w takim stanie, w jakim ją nabyłem. Przez długie lata ten wspaniały album był w moich zbiorach prawdziwym suwerenem.

Sukcesy polskich piłkarzy teoretycznie sprzyjałyby temu, by takie książki wydawać i u nas. Praktyka była wszakże inna. Monopolistą na rynku książki sportowej było wydawnictwo „Sport i Turystyka” i to ono publikowało znakomitą część książek piłkarskich w Polsce. Rynek był wiecznie wyposzczony. Niezależnie, jakie ilości się drukowało, wszystko schodziło na pniu. Nakłady były spore, pieniądze państwowe, a odpowiedzialność za produkt rozkładała się kolektywnie. Nikt się niczym nie przejmował.

Tracił tylko czytelnik. Książki piłkarskie wydawano prawie bez wyjątku na kiepściutkim papierze – szczytem zbytku stawała się fotograficzna wkładka umieszczana przeważnie na końcu książki. Prawdziwym rarytasemokazało się albumowe wydawnictwo „Gra o medal” Stefana Grzegorczyka, wieloletniego dziennikarza tygodnika „Piłka Nożna”. Sporo kolorowych zdjęć, sztywna estetyczna oprawa, ciesząca oko obwoluta – wszystko to stanowiło niewątpliwy atut, ale także wyjątek utwierdzający w smutnej regule. Mnie wówczas interesowała głownie szata graficzna i potencjał ikonograficzny futbolowych wydawnictw. Absolutny prym w tego typu przedsięwzięciach edytorskich wiedli wtedy zachodni Niemcy. Każda impreza rangi olimpiady lub piłkarskich mistrzostw świata była bogato dokumentowana. Owocem prac fotoreporterów było po kilka, a w przypadku X Weltmeisterschaft – co w pełni zrozumiałe – kilkanaście przepięknych, przebogatych fotograficznie albumów. Każde mistrzostwa świata, począwszy od rozgrywek w Szwecji w 1958 roku, mają co najmniej jeden album lub choćby okazałą, ilustrowaną książkę.

W Polsce dopiero Marek Wielgus opublikował w 1990 roku autorską książkę, dotyczącą mundialu we Włoszech. W cztery lata później przepięknie obfotografował mistrzostwa w USA i z pewnością byłyby też książki następne, gdyby ambitnego przedsięwzięcia (w wydawnictwach pomieszczone zostały fotografie wyłącznie jednego autora!) nie przerwała tragiczna śmierć Marka Wielgusa. Zaniechania polskiego rynku wydawniczego w dużym stopniu zostały nadrobione w roku 2006, przed mistrzostwami świata w Niemczech. Ukazała się wtedy wspaniała, obficie ilustrowana księga „Biało-czerwone mundiale”, sygnowana nazwiskami dziennikarzy „Przeglądu Sportowego”. To opis startu polskich piłkarzy na najważniejszym turnieju piłkarskim świata. W żadnym innym polskim wydawnictwie nie opublikowano tak wielkiej ilości zdjęć meczu z Brazylią z 1938 roku! We wszystkich dotychczas publikowanych książkach, także w gazetach, zamieszczano zazwyczaj fotkę z sytuacją pod bramką Edwarda Madejskiego. A tu cały fotoreportaż! Prawdziwe szczęście!

Fotografie fotografiami, ale z wiekiem człowiek zaczął łaknąć słowa pisanego. Mam może nieco ponad setkę książek futbolowych (to nie jest wcale dużo) i trudno w krótkim tekście wymienić choćby połowę. Jeszcze po ojcu odziedziczyłem „ABC Piłkarza”, książeczkę z roku 1958, a w niej reportaż z wygranego meczu ze Związkiem Radzieckim oraz specjalna laudacja ku chwale wydawcy książki, laudacja pióra ówczesnego prezesa PZPN Stefana Glinki, który ubolewa, że tak mało w Polsce książek o piłce i dziękuje nakładcy, że „wypełnia dotkliwą lukę na tym odcinku”. A poza tym dowcipy, w stylu popularnego wówczas Satyryczka czy nieszczęsnej „Karuzeli”, na przykład taki:„Czego najbardziej żałuje Didi? Że nie zna języka polskiego i nie może przeczytać «ABC Piłkarza»”.


Z zupełnie innych powodów wspominam w niniejszym tekście książkę „Przez Wembley do Monachium”. Jej autorem jest Wiktor Osiatyński, znany reportażysta i obieżyświat, dziś także alkoholog. Osiatyński przed obejrzeniem słynnego meczu Polski z Anglią nie interesował się piłką w najmniejszym nawet stopniu. A jednak to on jest autorem najciekawszej polskiej książki futbolowej. Ta książeczka to prawdziwy majstersztyk reportażu. Osiatyński po wylądowaniu na Heathrow z każdą sekundą nasiąka gęstniejącą atmosferą, zbiorową psychozą londyńskiej ulicy. Dla autora książki piłka nożna staje się alegorią problematyki geopolitycznej, w obliczu oczekiwania na wielki mecz wszystko inne schodzi na dalszy plan, a mocno podzielone społeczeństwo kapitalistyczne demokratyzuje się pod wspólnym szyldem zwycięstwa w piłkarskim meczu. Inteligencja Osiatyńskiego pozwoliła mu w kilka dni dostrzec jeszcze coś więcej – piłka nożna w Anglii przechodziła na ów czas kryzys organizacyjny. Taka teza dla polskiego kibica, karmionego wyłącznie legendami prasowymi i urywkami telewizyjnymi z co ciekawszych akcji, musiała brzmieć szokująco – ale jakże proroczo! Dzieło Osiatyńskiego ma w sobie wszelkie cechy dobrze skrojonego kryminału – rosnące napięcie i oczekiwanie na ostateczny triumf dotychczasowego, powszechnie akceptowanego porządku świata. Koniec okazuje się jednak nadzwyczajny – nieliczni nie posiadają się ze szczęścia, inni przeżywają tragedię, także osobistą. Taka jest moc piłki. A opis samego meczu przypomina najlepsze tradycje polskiej literatury batalistycznej. Książka cudowna, godna wydarzenia, które opisuje.

Są także inne mecze piłkarskie, które doczekały się osobnych książek, mecze niepowtarzalne i jedyne w swoim rodzaju, jak choćby mecz Brazylii z Urugwajem z mistrzostw świata w 1950 roku. „Anatomia porażki” to wszechstronne, socjologiczne i kulturowe ujęcie tego wydarzenia, najczarniejszego dnia w historii brazylijskiej piłki. Swojej książki doczekał się także mecz RFN – Węgry ze szwajcarskich mistrzostw z roku 1954. Trzy mecze, trzy legendy.

Patrzę na półkę: mnóstwo godnych polecenia książek. Pełna smutnego humoru autobiografia George’a Besta; wspomnienia o piłce nożnej międzywojnia pióra Stanisława Mielecha;  słynna „Futbolowa gorączka” Nicka Hornby’ego; nie tak dawno wydana i tym bardziej godna polecenia „Moja historia futbolu” Stefana Szczepłka, pełna anegdot i reprodukcji pamiątek z przebogatej kolekcji autora; dwie angielskie książki poświęcone historii strojów piłkarskich. Prawdziwy las rzeczy…

A w tym gąszczu niewielka, świetnie napisana (nie ustępuje Osiatyńskiemu!) reporterska opowieść o mundialu w Hiszpanii. Jej autorem Andrzej Markowski. W przerwie meczu Polska – Peru Markowski spotyka na trybunach Mario Vargasa Llosę. Peruwiański pisarz jest zawołanym kibicem piłkarskim. Umawiają się tedy panowie na rozmowę po końcowym gwizdku. Mecz był decydujący dla obu drużyn, do dalszej fazy rozgrywek awansuje tylko ten, kto wygra. Do przerwy jest 0-0. Wszyscy pamiętamy, że Polska ostatecznie zdemolowała Peruwiańczyków. Autor „Święta kozła”, mocno zszokowany, dotrzymał jednak słowa – jak na dżentelmena przystało.

Nie ma miejsca, aby zarekomendować wszystko, co godne polecenia. Kibica piłkarskiego o wartości wydawnictw piłkarskich przekonywać nie trzeba. Przez laików odsądzani jesteśmy od intelektualnej czci – ale cóż nas to obchodzi!

Na absolutny szczyt polską książkę piłkarską wywindował Andrzej Gowarzewski, fundator słynnej w piłkarskim świecie „Encyklopedii Piłkarskiej Fuji”. Zaprosił do współpracy najlepszych polskich dziennikarzy sportowych. Efektem przedsięwzięcia jest już kilkudziesięciotomowa tomowa seria. Moim ulubionym tomem jest książka Tomasza Wołka, poświęcona rozgrywkom Copa America. Kto zna rzemiosło jej autora, precyzję i artyzm wyrażania myśli, domyśla się prawdziwości mojego zachwytu. Iście poetycka narracja.

Książki piłkarskie towarzyszą mi od zawsze – od wielkoformatowych albumów, po mniejsze książki biograficzne, reporterskie, historyczne – całe mnóstwo tytułów niesprawiedliwie pominąłem. Niektóre z nich szczególnie cenne, więc nie zwykłem ich wypożyczać. Ale i tak sprawdzam co jakiś czas, czy stoją na swoim miejscu półki.

Książki piłkarskie - temat, który nie daje się wyczerpać. Jeszcze nie raz przyjdzie do niego wrócić.

 

Adam Adamczyk
Krytyk, prozaik.
Publikował m.in. w "Czasie Kultury" i serwisie futbol.pl

 

>>> KIKS GARRINCHY. NA CO DZIEŃ I OD ŚWIĘTA

>>> KIKS GARRINCHY. SUMA SZCZĘŚCIA I PECHA

 

Komentarze

2010-02-13 03:46:52

klinzi

kazio...
czy to ważne kto pisze, gdy nazwisko niesie treść?:)

zgłoś naruszenie zasad

2010-02-10 08:31:06

lenker33

coś jeszcze
dzięki za propozycję. Obydwie książki mam, choć o nich nie pisałem. Szczególnie ciekawa jest ta druga - taki niby dziennik Kazimierza Górskiego, w którym autor osobiście nie napisał nawet jednej najmniejszej literki. Taka ciekawostka.

zgłoś naruszenie zasad

2010-02-09 22:29:25

klinzi

coś jeszcze
warto wspomnieć jeszcze o takich pozycjach jak "W blasku Złotej Nike - Walka o Puchar Świata 1930-1974", wydanej przez Sport i Turystykę w 1975 roku oraz książce "Z ławki trenera" Kazia Górskiego. oba te tytuły posiadam, jeżeli jesteś nimi zainteresowany, daj znać wojtkowi. klinzi

zgłoś naruszenie zasad

Dodaj komentarz

 

*tytuł komentarza:

*treść komentarza:

Token

*wpisz znaki widoczne na obrazku:

 
Wokół piłki
Kiks Garrinchy. (Nie)wczesne urodziny
"Komentujący Jan Ciszewski nie zapomniał powiedzieć, że sędzia spotkania pan Patrick Partridge jest z zawodu farmerem, ale o mnie nic nie mówił. Mała dziewczynka – dzisiaj ma ze czterdziestkę – wręcza tuż przed pierwszym gwizdkiem Mirosławowi Bulzackiemu kwiaty i nie są to kwiaty dla mojej matki. Jan Tomaszewski płacze w czasie hymnu ze wzruszenia, ale wzruszony jest stutysięcznym śpiewem, a nie wiadomością o moich urodzinach" - cykliczny felieton Adama Adamczyka. więcej
 
Aktualności
2012-05-11
"Pisarze wobec futbolu. Negacje, irytacje, fascynacje"
Erotyzm futbolu, piłka nożna jako tworzywo poetyckie, poeta-chuligan... Katolicki Uniwersytet Lubelski zaprasza na konferencję poświęconą związkom futbolu i literatury (4-5 czerwca 2012). więcej
Archiwum cytatów

“Przelobować to zagrać tak, żeby piłka spadła bramkarzowi za plecami niczym liść jesienny, najlepiej klonowy, bo wirujący.”

Jerzy Pilch

Alexi Lalas
Słaba jakość krótkiego filmu nie pozwala dokładnie zorientować się, jak wygląda nocny klub muzyczny, który zwabił na gościnny występ prawie dwumetrowego rudzielca, z gęstą brodą i długimi włosami. Widzowie mogą odnieść wrażenie, że człowiek, który zaraz będzie śpiewał, nieco chowa się za swoim zarostem, dając do zrozumienia, że nie do końca czuje się na swoim miejscu. Ale oto rozpoczyna się piosenka i od razu rozpoznajemy nieśmiertelny standard. To „Johnny B. Good” z repertuaru Chucka Berry’ego. Ogromny facet podchodzi do mikrofonu i od pierwszych taktów nie mamy wątpliwości, że początkowe wrażenie było czystą kokieterią. Bo Alexi Lalas bez dwóch zdań umie śpiewać. więcej