Strona główna > Felieton

Kiks Garrinchy. Suma szczęścia i pecha

Arcybanałem jest powiedzieć, że wynik sportowy stanowi sumę szczęścia i pecha. W rozgrywkach zespołowych o rezultacie końcowym decyduje więcej składowych, niż w sporcie indywidualnym, gdzie człowiek na starcie musi polegać głównie na sobie. W dyscyplinie drużynowej niewiadome rozkładają się na poszczególnych członków ekipy, do tego jeszcze dochodzą nieprzewidywalne reakcje rywali. Możliwości pecha i szczęścia jest więc bez liku. Im szybsza dyscyplina zespołowa, tym częściej zmienia się wynik, ale jednocześnie maleje ryzyko rozwiązań losowych, a zwiększa się waga umiejętności. Piłka nożna jest jedną z tych dyscyplin, w których szczęście, pech, krótko mówiąc – zbieg okoliczności, może przeważyć potencjał umiejętności. W ten sposób Amerykanie wygrali na mundialu w Brazylii w 1950 roku słynny mecz z Anglią. Cały urok piłki.

Przez długi czas uważałem za szczęściarza Leo Beenhakkera. Człowiek o zachodniej mentalności, wychowany w protestanckim poczuciu wiary w ciężką pracę, przynoszącą spodziewane owoce. Owszem, w swej dotychczasowej karierze trenerskiej nie zawsze był zwycięski, niektórzy nawet mówili, że ciągnie się za nim odium wiecznego pecha – długie i ciemne niczym tunel w podziemiach stadionu w Rotterdamie, którym podążał po przegranych barażach z Belgią o awans do mistrzostw świata w Meksyku. A jednak po objęciu naszej kadry wydawał się kimś, komu można uwierzyć. Był światowcem i zawodowcem, który, jeśli się za coś bierze, to z widokami na lepsze. Nawet porażka z Finlandią w Bydgoszczy nie bardzo zachwiała moim optymizmem.

I przyszedł mecz z Portugalią, który pewnie za lat kilka urośnie do rangi legendy. To było godne nawiązanie do najlepszej tradycji polskiej piłki reprezentacyjnej, bardzo wąskiej tradycji, odwołującej się do czasu, kiedy nie tylko pokonywaliśmy mocarzy, ale mieliśmy ich na kolanach. Wszystko w tym meczu było idealne, a fura polskiego szczęścia przeważyła nawet ładunek portugalskiego pecha. Bo my tego dnia chcieliśmy sobie pomóc, ale jak mawiał Wielki Szu w słynnej filmowej kwestii: „szczęście trzeba umieć sobie zorganizować”. Do pewnego momentu Beenhakker to szczęście jakoś organizował. Wmawiał skutecznie, że kadra przed każdym stoi otworem – piłkarze wierzyli, że nie koniecznie trzeba być artystą, przede wszystkim trzeba harować, a na dobre rzemiosło stać każdego uczciwego pracusia. Umiał motywować. Jeszcze w meczu z Finlandią Błaszczykowski potykał się o piłkę, a z Portugalią grał niczym natchniony. W tym samym meczu nieco ponadprzeciętny piłkarz Legii Grzegorz Bronowicki nawiązywał do najlepszych tradycji polskich skrzydłowych. International level. Genialny mecz, genialna drużyna, wielkie nadzieje. Leo dostał order prezydencki, nie wstydził się mówić o potrzebie posiadania pieniędzy, wystąpił nawet w stosownej reklamie.

Po klęsce Pawła Janasa na mundialu w Niemczech udało się holenderskiemu trenerowi w niedługim czasie odbudować zaufanie do reprezentacyjnej piłki. Kibicowanie piłkarzom znowu stało się modne, mówienie o piłce nie kojarzyło się wyłącznie z aferami i straconymi szansami boiskowymi. Zapachniało Zachodem. Nawet przyznanie Polsce Euro’2012 wydało mi się zasługą trenera naszej kadry, tego entuzjazmu, jaki wywołał: że my też możemy, że nie jesteśmy gorsi. Szło ku lepszemu i temu nikt nie mógł zaprzeczyć. Do tego wszystkiego Holender od początku postawił na całkowitą niezależność, co kibicom również się spodobało, bo oznaczało konflikt z PZPN. Jako pierwszy trener wprowadził Polaków do mistrzostw Europy. Nic to, że teraz w Euro gra szesnaście drużyn, a kiedyś osiem, a nawet cztery. Sukces to sukces. Nie udało się Górskiemu, udało się Beenhakkerowi.

Ale to było tylko złudzenie, bo tak naprawdę to Kazimierzowi Górskiemu udało się to, co nie stało się udziałem Leo Beenhakkera. Przecież tamta słynna drużyna z połowy lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku też rodziła się w bólach i nie bez pewnej presji. To były w końcu czasy, w których Polska w każdej dziedzinie życia starała się równać do najlepszych. Także w sporcie, także w piłce nożnej. Najpierw było mistrzostwo olimpijskie, ale w profesjonalnej piłce nikt nie traktował tego poważnie. Weryfikacją miała być rywalizacja z zawodowcami (u nas ich rzekomo nie było). Jak się skończyło – wszyscy wiemy. Ale zaczął Kazimierz Górski od porażki, jak Beenhakker – w marnym stylu i ku powszechnej dezaprobacie. A potem mecz z Anglią (z Portugalią). A potem zwycięskie eliminacje do mistrzostw świata (mistrzostw Europy). A potem kiepskie, bezbarwne mecze sparingowe. I oczekiwanie na furę szczęścia.

Pierwszy mecz. Z Argentyną. Czwarta minuta gry. Mario Kempes jest sam na sam z Tomaszewskim. Może zrobić wszystko. Strzela tuż obok słupka. Cud!

Pierwszy mecz. Z Niemcami. Druga minuta gry. Krzynówek dostaje rewelacyjną piłkę na woleja w polu karnym. Podczas treningu strzeliłby na luzie w okienko. Ale to mecz z Niemcami, pierwszy mecz turnieju. Cud się nie zdarza.

Nasi po tej akcji Kempesa ocknęli się błyskawicznie. Na tyle szybko, że cztery minuty później prowadzili 2 – 0. Ostatecznie zwyciężyli 3 – 2, co jeszcze wtedy świat piłkarski uznał za sensację.

Nasi po akcji Krzynówka nie poszli za ciosem. Niemcy nie zagrali wielkiego meczu. Czekali tylko na błędy Polaków, które wedle piłkarskiego rachunku prawdopodobieństwa musiały się zdarzyć. Suma szczęścia i pecha – równanie, wedle prawideł którego lepszy ma zawsze więcej szczęścia.

Ktoś by powiedział, że o wyniku w obydwu meczach zadecydował los. I do pewnego stopnia ten ktoś miałby rację. Przypuśćmy, że w opisanych przypadkach padłyby jednak bramki. Całkiem możliwe, że nie byłoby wówczas legendy słynnej drużyny Kazimierza Górskiego. Argentyńczycy zaczęliby grać na luzie (a umieli grać w piłkę już wtedy, a nie dopiero cztery lata później), nasi być może stanęliby sparaliżowani, jak w tylu meczach wcześniej i później. Późniejszy mecz z Włochami gralibyśmy o awans, pod presją, a pod presją ciężko się strzela takie gole jak ten Szarmacha i Deyny, a zwłaszcza wicemistrzom świata. A gdyby strzelił Krzynówek? Powtórka z Portugalii? A dlaczego nie? Wówczas nie tylko ten mecz z Niemcami mógłby ułożyć się inaczej, ale cały turniej, bo drużyna czasem rodzi się podczas turnieju, z meczu na mecz gra coraz lepiej, pewniej.

Suma szczęścia i pecha. Pierwszy mecz turnieju był początkiem nieśmiertelnej sławy Górskiego i początkiem końca Beenhakkera. Mit Holendra zaczął kruszeć. Właściwie było już tylko gorzej, chociaż wylosowaliśmy doskonałą grupę eliminacyjną. Mecz z Czechami okazał się już tylko łabędzim śpiewem – pięknym, ale przedśmiertnym. Przyszły dziwne porażki, obrażanie się na wszystko i wszystkich. Flegmatyczny, zdystansowany dżentelmen – racjonalista okazał się raptusem, krzykaczem o belferskim zadęciu (słynne wywody o amatorszczyźnie i drewnianych chatkach). Jeszcze bronił go w oczach kibiców otwarty już konflikt z PZPN, bo tej organizacji nie znosi się w Polsce bardziej, niż nie znosi się porażek drużyny narodowej. Ale porażki przeradzały się w kompromitacje, trener stawał się arogancki, opryskliwy, niechętny, do końca ufny w swoją nieomylność – coś, co nigdy nie stałoby się udziałem Górskiego: ten podejmował decyzje osobiście, ale ludzi rzetelnie słuchał, a nie łajał na lewo i prawo.

Skąd to porównanie Beenhakkera z Górskim? Zupełnie przypadkowe. Tak sobie w pewnym momencie pomyślałem – kiedy wygraliśmy z tą Portugalią, kiedy dostaliśmy z Ukrainą to Euro, kiedy wreszcie na Euro awansowaliśmy – że może teraz, że może wreszcie – zwłaszcza, że widziałem w tym wszystkim jakieś podobieństwa – jak się okazało, bardziej oczami kibicowskiej duszy mojej, niźli racjonalisty szkiełkiem i okiem.

Tekst piszę we wtorkowy wieczór, na dzień przed rewanżowym meczem ze Słowacją. Już wiem, że Stefan Majewski nic ciekawego nie wymyśli. Na dworze jest mroźno, gdzieniegdzie na południu Polski zaczyna padać śnieg, nie ma widoków na lepsze, przyroda przygotowuje się do snu, a do tego wszystkiego nad Stadionem Śląskim ciemno, a na Stadionie Śląskim do tego wszystkiego pusto – i tylko złe duchy hulają za karę po boisku. Za życia brakło im choćby odrobiny piłkarskiego szczęścia. Ktoś im wmówił, niebożętom, że wszystko będzie dobrze, że będzie bezpieczne. Ten ktoś się pomylił.

Adam Adamczyk


>>> KIKS GARRINCHY. NA CO DZIEŃ I OD ŚWIĘTA

 

Adam Adamczyk:
krytyk, prozaik. Publikował m.in. w "Czasie Kultury" i serwisie futbol.pl

 

Komentarze

nie dodano jeszcze żadnego komentarza.

Dodaj komentarz

 

*tytuł komentarza:

*treść komentarza:

Token

*wpisz znaki widoczne na obrazku:

 
Wokół piłki
Kiks Garrinchy. (Nie)wczesne urodziny
"Komentujący Jan Ciszewski nie zapomniał powiedzieć, że sędzia spotkania pan Patrick Partridge jest z zawodu farmerem, ale o mnie nic nie mówił. Mała dziewczynka – dzisiaj ma ze czterdziestkę – wręcza tuż przed pierwszym gwizdkiem Mirosławowi Bulzackiemu kwiaty i nie są to kwiaty dla mojej matki. Jan Tomaszewski płacze w czasie hymnu ze wzruszenia, ale wzruszony jest stutysięcznym śpiewem, a nie wiadomością o moich urodzinach" - cykliczny felieton Adama Adamczyka. więcej
 
Aktualności
2012-05-11
"Pisarze wobec futbolu. Negacje, irytacje, fascynacje"
Erotyzm futbolu, piłka nożna jako tworzywo poetyckie, poeta-chuligan... Katolicki Uniwersytet Lubelski zaprasza na konferencję poświęconą związkom futbolu i literatury (4-5 czerwca 2012). więcej
Archiwum cytatów

“Przelobować to zagrać tak, żeby piłka spadła bramkarzowi za plecami niczym liść jesienny, najlepiej klonowy, bo wirujący.”

Jerzy Pilch

Alexi Lalas
Słaba jakość krótkiego filmu nie pozwala dokładnie zorientować się, jak wygląda nocny klub muzyczny, który zwabił na gościnny występ prawie dwumetrowego rudzielca, z gęstą brodą i długimi włosami. Widzowie mogą odnieść wrażenie, że człowiek, który zaraz będzie śpiewał, nieco chowa się za swoim zarostem, dając do zrozumienia, że nie do końca czuje się na swoim miejscu. Ale oto rozpoczyna się piosenka i od razu rozpoznajemy nieśmiertelny standard. To „Johnny B. Good” z repertuaru Chucka Berry’ego. Ogromny facet podchodzi do mikrofonu i od pierwszych taktów nie mamy wątpliwości, że początkowe wrażenie było czystą kokieterią. Bo Alexi Lalas bez dwóch zdań umie śpiewać. więcej